niedziela, 29 czerwca 2014

Tak trudno jest być szarym człowiekiem




Forest Gump powiedział, że są dni, kiedy człowiekowi po prostu zabraknie kamieni. Mnie ich ostatnio zabrakło. A rzucałabym chętnie we wszystkich – poczynając od własnego odbicia w lustrze, przez pracę, po rodzinę. Rzucałabym i rzucała, ale pod ręką żadnych kamieni. Są dni, kiedy całą swoją egzystencję ograniczyłabym najchętniej do niewystawiania ani nosa ani stopy poza łóżko. Mogłabym tylko spać. A przecież nie bardzo mam powody. Z boku wygląda, że wszystko dobrze, nie ma na co narzekać. Rodzina jest. Praca jest. Zainteresowania, które rzekomo ubogacają życie, są. „Więc czego narzekasz?”, pytają mnie zadziwione spojrzenia innych.
            W takie dni zastanawiam się, po co mi to wszystko. Oczywiście, pisanie jest taką samą formą spędzania wolnego czasu, jak każda inna. Można pływać, grać w gry komputerowe, można biegać, fotografować. I można też pisać. W moim przypadku wygląda to następująco – historia jest jak film, który odtwarza mi się w głowie do momentu, aż jej nie spiszę. A potem mogłabym równie dobrze o niej zapomnieć. Zakopać gdzieś na twardym dysku laptopa i nigdy więcej o niej nie pomyśleć. Mogłabym ją też spróbować wydać. W końcu, kto nie próbuje, ten nie ma, prawda?
            Dopóki piszę coś pcha mnie do przodu. Ta chęć poznania, jak zakończy się opowieść. Ale gdy kończę pisać, zaczyna brakować kamieni. „Po co znów się szarpać, tak, jak to było w przypadku pierwszej książki? Co to dało? Dziewczyno, teraz więcej ludzi pisze i próbuje coś wydać, niż czyta, wiesz o tym, prawda? A nawet, gdybyś miała w to zainwestować to z czego, znów chcesz stracić pieniądze, których nie masz? Wydać książkę ci się zachciewa, dobre sobie. Popatrz, nawet bloga nie potrafisz uczynić popularnym. Masz najlepszy przykład na to, że inni mają gdzieś twoje pisanie, skoro bloga nikt nie czyta, dlaczego książkę mieliby przeczytać?”
            „Każdy z nas to gromada rozmaitych postaci, obfitość samego siebie. Dlatego ten, kto gardzi otoczeniem, nie jest tym samym, który – w jego osobie – cieszy się tym otoczeniem albo się nim męczy. Rozległą kolonię naszego bycia zamieszkują różnego rodzaju ludzie odmiennie myślący i czujący”. W mojej osobie doszła do głosu ostatnio ta, która ma po prostu ochotę się poddać.    
            Wiatru w żagle…

piątek, 27 czerwca 2014

Nikt się nie spodziewa hiszpańskiej inkwizycji, czyli katolicyzm a "Golgota picnic"



Przeraża mnie to, co dzieje się wokół festiwalu Malta i spektaklu „Golgota picnic”. Przeraża mnie, że polscy duchowni gotowi są nawoływać do ogólnopolskiego protestu, w czasie którego ich zdaniem powinna się polać krew, byle zatrzymać wydarzenie kulturalne.  Widziałam dziś rano w telewizji informacyjnej wywiad z dyrektorem festiwalu. Z jednej strony rozumiem jego argumenty przemawiające za odwołaniem spektaklu. Też nie jestem pewna, czy gdyby w grę wchodziły ewentualne zamieszki i możliwość, iż ktoś zostanie ranny,  a ja byłabym dyrektorem takiego wydarzenia, nie podjęłabym decyzji o odwołaniu przedstawienia. Ale z drugiej strony mam też do pana dyrektora żal. Ugiął się. Pokazał, że sztuka może ulegać dyktaturze jednostek.  Stworzył precedens, z którego moherowe berety będą teraz skwapliwie korzystać.  W tym samym programie wspominano też, że spektakl obejrzało 55 osób, a po jego wyświetleniu ktoś wpuścił do Teatru Nowego śmierdzącą substancję i spotkanie z reżyserem odbyć się już nie mogło. Gdyby tak podczas ewakuacji którejś z tych 55 osób coś się stało? Czy tak postępują prawdziwi katolicy? Podczas wyświetlania „Golgota picnic” na ulicy przed teatrem protestowało około 200 osób. Dziennikarz rozmawiał z jedną z nich. Pytał, dlaczego tam jest.  Pani odpowiedziała:
- Bo nam żyć nie dają.
- Kto komu żyć nie daje?
- Ksiądz w kościele powiedział, że to jest złe, że atakuje wiarę.
Jedna pani z drugą panią nie wie nic na temat przedstawienia, nie wie nic o reżyserze, ale wie doskonale, że spektakl jest zły, bo ksiądz w kościele tak powiedział. A ksiądz wszak przecież co powie, to święte musi być.
            Tyle, że teraz musiałabym odpowiedzieć „żyć mi nie dają”. Jestem ateistką. I nie chcę, by w szkołach, urzędach i budynku sejmu Rzeczpospolitej Polskiej wisiały katolickie symbole religijne. Nie chcę, by katolicy wtrącali się, co mogę, a czego nie mogę oglądać podczas wydarzeń kulturalnych. Dlaczego ten wasz powierzchowny, odpustowy, pusty katolicyzm ma decydować o tym, co wolno nam, ateistom? (Zaznaczam, że do ludzi wierzących prawdziwie nic nie mam, tych szanuję i cenię, ale takich znam tylko kilkoro – żadna z tych osób nie stanęłaby wczoraj pod teatrem).  Dlaczego wasze przekonania mają krępować kulturę? Nie godzę się na to i mam prawo głośno wyrazić moje zdanie. Choćby tutaj.
Nie dajecie mi żyć. A gdy patrzę na to, co się dzieje, dochodzę do wniosku, że to nie jest kraj dla normalnych ludzi ani niestety, kraj normalnych ludzi.

poniedziałek, 23 czerwca 2014

Herbjorg Wassmo w wywiadzie dla WO



W sobotnich „Wysokich obcasach” ukazał się wywiad z Herbjorg Wassmo, autorką słynnej „Księgi Diny”, białego kruka, który przez ostatnie lata pojawiał się na allegro jedynie z rzadka, ale za to za astronomiczną cenę. W czerwcu wydawnictwo Smak Słowa wznowiło tę wspaniała książkę. Ponadto wydało także „Stulecie”, będące opowieścią o kobietach z rodziny pisarki. W wywiadzie Wassmo opowiada o swojej powieści, o relacji z ojcem i radzeniu sobie ze wstydem.

„- Pisze Pani: <<Jeśli człowiek nie pójdzie za swoim powołaniem, wtedy wszystko się psuje”. Pani poszła. To wszystko naprawiło?
- Nie naprawiło niczego. Codziennie muszę się naprawiać od nowa.”  

piątek, 13 czerwca 2014

"To on, to upiór tej opery"



Na pewno znacie to uczucie, kiedy jesteście czegoś bardzo ciekawi. Automatycznie stawiacie wtedy wysokie wymagania, prawda? Przecież poprzednia książka tego autora, wcześniejszy film danego reżysera tak was zachwycił. Więc sięgacie po daną pozycję i okazuje się, że jak zachwyca, kiedy nie zachwyca? Otrzymujecie nie to, czego się spodziewaliście. Tak było ze mną i z „Upiorem w operze”.
                Musical jest adaptacją powieści Gastona Leroux z 1911 roku. Wersja stworzona przez Andrew Loyda Webbera pochodzi z 1986 roku. W Polsce pierwsza premiera miała miejsce w warszawskim TM Roma w 2008 roku, następna, również w większości z obsadą  z Warszawy, odbyła się w 2013 r. w Białym Stoku. Ja natomiast miałam możliwość obejrzeć wersję filmową w reżyserii Joela Schumachera, która powstała 10 lat temu w oparciu o dzieło Webbera. „Upiór w operze” jest jednym z najdłuższych, najdłużej granych oraz najbardziej dochodowych musicali w historii gatunku. Tyle faktów. 
„Upiór w operze” jest opowieścią o Cristine, młodej solistce pracującej w paryskiej operze. Kiedy główna śpiewaczka, mająca grać w najnowszym przedstawieniu, nieoczekiwanie odchodzi, dziewczyna otrzymuje zadanie, by ją zastąpić. Debiutantka okazuje się być fenomenalna. Tymczasem w operze zaczyna dochodzić do dziwnych wypadków. Po kątach szepcze się, że wszystko ma miejsce za sprawą upiora mieszkającego w zakamarkach budynku.
                Jest to opowieść o pasji przeradzającej się w obsesję rujnującą życie zarówno samego zainteresowanego, jak i kobiety, która staje się jej przedmiotem. To także historia o tym, jak okrutny potrafi być człowiek wobec tych, których uznaje za „innych”. Choć oparta na klasycznej książce, mocno się moim zdaniem postarzała. Generalnie bardzo lubię gotyckie klimaty, jednakże w tym filmie jakoś mnie do siebie nie przekonały. Ta cała otoczka cmentarzy, tuneli, ukrytych przejść raczej denerwowała, niż dodawała grozy i tajemniczości, a co za tym idzie pewnego uroku. Rozumiem, że musical jako gatunek już tak ma, że korzysta z uproszczeń, ale w „Upiorze” mnie one raziły. 

                Co do samych piosenek też jakoś nie zachwycają. Przed seansem „Upiora” kupiłam sobie w sklepie internetowym TM Roma płytę z utworami w wersji polskiej. Cieszyłam się, jak głupia, a potem posłuchałam i… nie poczułam się oczarowana. No, może „Maskaradą” i „O tyle proszę cię”. Cała reszta, owszem przyjemna dla ucha, ale od zachwytu jestem raczej daleka.
                Podsumowując, oczekiwałam czegoś wielkiego, a dostałam po prostu musical dobry, ale moim zdaniem nie wybitny.  Fanką „Upiora” chyba jednak nie zostanę.


"Jedna miłość, tak, jak życie jedno. (...). Jedno życie, miły, dziel je ze mną. Kochaj, o tyle proszę cię". 

środa, 11 czerwca 2014

Czarownica Diabolina



Gdybym miała wybierać ulubione disney’owskie księżniczki, Aurora nie znalazłaby się pewnie nawet w pierwszej trzydziestce. Nie przepadam ani za nią, ani za Śnieżką, ani za pozostałymi mimozami, które zapadały w letarg i pozwalały się ratować księciu, który przybywał na białym koniu. Gdy tak teraz o tym myślę, to „stary” Disney w ogóle mało mnie do siebie przekonuje. Kiedy więc usłyszałam o próbie opowiedzenia „Śpiącej Królewny” z punktu widzenia Diaboliny, pomyślałam, że to dość ciekawy pomysł. Jak się to udało? Postanowiłam wybrać się na „Czarownicę” i sprawdzić.
            Diabolina jest piękną i silną młodą wróżką, strażniczką pradawnego boru, królestwa nazywanego Knieją. Pewnego dnia poznaje mieszkańca sąsiedniego państwa, człowieka imieniem Stefan. Lata mijają, a Diabolina i Stefan zaprzyjaźniają się ze sobą. Wkrótce jednak stary król, który zawsze pragnął podporządkować sobie Knieję, oznajmia swym poddanym, że przekaże królestwo i rękę córki temu, kto  zabije Diabolinę. Stefan podstępem odcina jej skrzydła, zostaje królem i wkrótce rodzi mu się córka, imieniem Aurora. Dalszą część już znacie. Zaślepiona chęcią zemsty Diabolina rzuca na księżniczkę klątwę.
            W zasadzie mamy tu wszystkie motywy, które powinny znaleźć się w „Śpiącej Królewnie”. Klątwa – jest. Kołowrotki –są. Cierniowy lat – jest. Znalazło się miejsce nawet dla smoka i księcia oraz zawsze towarzyszącego czarownicy czarnego kruka. Tyle, że wszystko zostało w cudowny sposób przemieszane. Książę okazuje się jedynie marginalnym dodatkiem do historii, a co więcej nie udaje mu się pocałunkiem obudzić królewny. Podoba mi się, że od jakiegoś czasu Disney puszcza oko do starszych widzów, naśmiewając się z tak charakterystycznych dla niego rozwiązań i schematów (wystarczy chociażby wspomnieć scenę z „Krainy lodu”, w której Hans podśmiechuje się z Anny, iż zakochała się w swoim narzeczonym w jedną noc). Takich smaczków jest w „Czarownicy” znacznie więcej. Choćby scena, kiedy Diabolina budzi się i odkrywa, iż Stefan odciął jej skrzydła. Następnie, okaleczona, podpierając się laską, która stanowić będzie nieodłączną odtąd różdżkę, wraca do Kniei. Stefan nie tylko oszukał i zdradził Diabolinę. Mamy tu ewidentnie do czynienia z opowieścią o ingerencji w kobiece ciało, brew wiedzy i woli zainteresowanej. Utrata skrzydeł naznaczy całe dalsze życie bohaterki, stając się motorem dalszego działania.

            Podobało mi się pokazanie samej postaci Diaboliny oraz jej relacji z Aurorą. Angelina Jolie w zasadzie nią gra Diaboliny, ona nią po prostu jest. Ogromnie podobało mi się jej przedstawienie, jako ironicznej,  ale jednocześnie niepozbawionej uczuć. Diabolina nie jest (jak chciałaby klasyczna „Śpiąca królewna”) czystym złem. Jest po prostu surowa i głęboko zraniona, ale jak się okazuje, potrafi też wybaczyć i pokochać. Aurora jest natomiast taka, jaka moim zdaniem być powinna – naiwna, trochę głupiutka, oczywiście śliczna, zawsze roześmiana. Jest, ale jakby jej nie było. Typowa heroina romansu, dama w opałach, kompletnie bez charakteru, czekająca jedynie, by ją uratować.  Na uwagę zasługują zwłaszcza sceny, kiedy Diabolina obserwuje małą Aurorę. Gdy nie pozwala jej spaść z urwiska, widz może jeszcze zastanawiać się, czy uratowała ją tylko dlatego, iż pragnie, by jej klątwa się wypełniła, czy też po prostu lubi dziewczynkę. Bardzo zabawnie wypada też scena między Diaboliną a Aurorą, kiedy mała podbiega do czarownicy i wymusza, by wzięła ją na ręce. Diabolina stwierdza wtedy, że ma sobie iść, bo nie znosi dzieci. Scena jest tym zabawniejsza, jeśli wiemy, że małą Aurorę gra córka Angeliny Jolie. 

Daleko mi jednak do interpretowania relacji miedzy Diaboliną a Aurorą w kontekście queer. Moim zdaniem jest to już nadinterpteracja. Chodziło moim zdaniem o miłość macierzyńską. Diabolina pokochała Aurorę jak własną córkę. (Rozwiązanie to nie jest też wcale niczym nadzwyczajnym ani nowatorskim, wystarczy tu choćby wspomnieć finał pierwszego sezonu serialu „Once upon a time”, w którym wykorzystano to samo rozwiązanie. Z dziwnego snu-klątwy budzi wtedy dwunastoletniego Henry’ego pocałunek jego matki, która jest zresztą córką Królewny Śnieżki).
            Bardzo dobrze wypada też scenografia. Knieja z jej wróżkami, stworami i prastarymi drzewami jest niezwykle przyjemna dla oka. Efekty specjalne są, choć nie w przesadnej ilości. Ja akurat miałam możliwość uczestniczyć w seansie 3D. Tego jednak nie polecam. 2D zupełnie wystarcza, zwłaszcza, ze różnica jest naprawdę niewielka. Co do rozwiązań konstrukcyjnych, to nie podobało mi się wprowadzenie osoby narratorki, która co jakiś czas rzucała z offu swoje komentarze, które nie dość, że niepotrzebne, to na dodatek trąciły strasznym banałem.  

            Podsumowując „Czarownica” podobała mi się bardzo. Wiem oczywiście, że jest efektem trwającej od kilku lat w słonecznym Hollywood mody na baśnie, ale wcale mi to nie przeszkadza. Jasne, że nieco trąci banałem, że jest trochę przekombinowana, ale i tak oceniam ją niezwykle pozytywnie. Jednak, jeśli jesteście tradycjonalistami i lubicie, kiedy to przystojny książę gra w opowieści pierwsze skrzypce, na dźwięk słowa „feminizm” dostajecie wysypki, to omijajcie wszystkie seanse „Czarownicy”  szerokim łukiem. 

A na koniec piosenka "Once upon a dream" w wykonaniu Lany del Rey. Moim zdaniem jest znacznie lepsze, niż klasyczne, które usłyszeć można podczas oglądania "Śpiącej królewny". 



poniedziałek, 9 czerwca 2014

Co prawdziwy fan książek odnajdzie w "Fanbooku"?



Dzięki Facebookowi dowiedziałam się o konkursie magazynu „Fanbook”, w którym do wygrania były wszystkie numery gazety oraz książka. Dwa tygodnie temu przyszła przesyłka. Książki raczej nie przeczytam, bo przyznam, szkoda mi na nią czasu, ale na „Fanbooka” wręcz się rzuciłam. Co prawda nie od razu, bo czasu wciąż zbyt mało, a zobowiązań zbyt wiele, ale trzeci numer czasopisma (nie wiem, dlaczego zaczęłam od trzeciego, przypadek) mam już za sobą.
            Cóż mogę powiedzieć. Od momentu zniknięcia z rynku wydawniczego „Bluszcza” (ach, jak nie lubię tej odmiany) szukam czegoś, co go zastąpi. Wydawało mi się, że lukę tę może wypełnić „Fanbook”, tak się chyba jednak nie stanie. Za czasopismem przemawia niewątpliwie niska cena (2 złote). Każdy może sobie na nie pozwolić. Jest też kilka elementów przemawiających jednak przeciw niemu.
Trzeci numer dwumiesięcznika proponuje nam wywiad w Suzanne Collins. Przeczytałam go jako pierwszy, gdyż trylogię „Igrzyska śmierci” uważam za jedną z najlepszych w ostatnich latach pozycji dla młodzieży. Wywiad całkiem niezły, choć krótki. Znajdziemy w „Fankbooku” także artykuł o kryminałach retro. Właściwie trudno ten szkic nazwać artykułem. To raczej zaledwie zarys, a nie rzetelne omówienie tematu. Nie odnajdziemy tam wiele więcej poza wymienieniem tytułów powieści i autorów zajmujących się tą tematyką. Podobnie ma się sprawa w przypadku tekstu o książkach kucharskich. Artykuł krótki, a reklam przeróżnych książek kucharskich kilka stron. Tendencja powinna być odwrotna, choć rozumiem oczywiście, że chcąc utrzymać cenę gazety (i uniknąć losu „Bluszcza”) musi tak pozostać. Zresztą reklama ma i swoje plusy, bo pozwala zorientować się w nowościach wydawniczych. Podoba mi się pomysł, iż książki dla młodzieży recenzują nastolatki. Nieco cierpi na tym forma i wnikliwość tekstu, ale jestem w stanie to zaakceptować. Podobał mi się również miniwywiad z Ewą Nowak i tekst o tym, jak fakt, że rodzice dziecka czytają, wpływa na nawyk czytania u niego samego.
            Najgorzej wypada w „Fanbooku” korekta. Zdarzają się błędy ortograficzne, co moim zdaniem, w czasopiśmie o książkach absolutnie nie powinno mieć miejsca. W następnych numerach należałoby poświęcić jej więcej uwagi.. 
            Po przyjrzeniu się „Fanbookowi” stwierdzam, że niewiele jest tam do czytania. Artykuły raczej powierzchownie traktują podejmowane tematy. Pretensji do zajęcia miejsca „Bluszcza” gazeta rościć sobie raczej nie może. Ale fakt, pozostaje znacznie tańsza. Już samo to jest wystarczającą rekomendacją, by raz na dwa miesiące zakupić „Fanbooka” i go sobie przekartkować. 

środa, 4 czerwca 2014

Przyszłość, przeszłość i X-men



Obejrzałam niedawno drugi w tym roku komiksowy film (udaje mi się jak na razie utrzymać postanowienie „jeden miesiąc, jedna wizyta w kinie”). Na „Spidermana” niestety nie dałam rady dotrzeć. Seria „X-men” jest moim zdaniem jedną z najlepszych, jeśli chodzi o komiksowe adaptacje, a „Pierwsza klasa” ociera się w swojej kategorii wręcz o mistrzostwo. Dużo zatem oczekiwałam, idąc do kina na „X-men. Przeszłość, która nadejdzie”.
            W najnowszym filmie naszym superbohaterom zagraża zgraja robotów, które rozpoznają mutantów, przejmują ich moce, a następnie eliminują. W skutek wojny między ludźmi, mutantami oraz maszynami na świecie zapanował kompletny chaos. Dlatego Profesor X w porozumieniu z Magneto postanawia wysłać w przeszłość Wolverine’a, by ten zapobiegł wydarzeniu prowadzącemu do wojny, za które uważają zastrzelenie naukowca odpowiedzialnego za konstrukcję robotów przez Mistique.

            Przede wszystkim cieszyłam się z powrotu bohaterów znanych nam już z „Pierwszej klasy”. Bardzo lubię młode wersje Profesora i Magneto. Cała intryga też w miarę trzymała się ciągu przyczynowo-skutkowego i logiki, może poza faktem, że zdaniem twórców scenariusza w latach siedemdziesiątych Amerykanie potrafili już skonstruować inteligentne roboty i swobodnie bawili się genetyką (no dobrze, jestem w stanie to przełknąć). Bardzo podobały mi się też kreacje Mistique, Quicksilver, Kitty Pride oraz Rosomaka. Ten ostatni, jak zawsze zresztą, dostarczył nam sporo zabawnych tekstów. Na uwagę zasługuje również kreacja głównego czarnego charakteru. Tym razem naszych mutantów ściga nie kto inny, lecz sam Tyrion Lannister (pardon, doktor Trask). 
            Podobało mi się dwutorowe prowadzenie akcji. Obserwujemy zarówno poczynania X- menów z przyszłości, ich ucieczki przed robotami oraz rozmowy, jak i wydarzenia dziejące się na początku lat osiemdziesiątych, gdzie wysłano świadomość Logana w celu zmiany przyszłości (i przeszłości zarazem). Nowa odsłona X-menów prowokuje do zadawania pytań o naturę przyszłości. Czy jest z góry ustalona i nawet po wprowadzonych zmianach pozostaje identyczna, a nasze działania i decyzje nie mają na nic wpływu? A może sami kształtujemy swój los, a przeznaczenie nie istnieje?

            Teraz będzie bezwstydny spoiler. Mieszając w przeszłości, X-men zmienili przyszłość. W ten sposób scenarzyści w zasadzie wyzerowali serię. Wracają więc Phoenix, Cyclops a Rogue (yes, yes, yes!) odzyskuje swoje moce.
            Podsumowując, oczekiwałam więcej, ale było nieźle. Jednak nadal moim faworytem pozostaje „Pierwsza klasa”. Co nie zmienia faktu, że nowy film o „X-menach” trzyma poziom. Polecam.  

niedziela, 1 czerwca 2014

Dorosłe dzieci, dziecinni dorośli



Czasami zastanawiam się, co wypada, a czego nie wypada dorosłemu człowiekowi. Jestem ogromną miłośniczką Disneya i w zasadzie, jeśli mogę, chętnie chodzę na jego bajki i filmy do kina. Na razie jeszcze bez skrępowania. Liczę się jednak z tym, że przyjdzie czas, kiedy będę wolała obejrzeć film, gdy po kilku miesiącach ukaże się na DVD lub zacznę masowo wypożyczać rodzinne dzieci, niż pójść do kina sama i narazić się na śmieszność. Bo pewnych rzeczy w moim wieku już „nie wypada”. Czy osobie dorosłej, której bliżej, niż dalej, do trzydziestki wypada fascynować się bajkami dla dzieci? Czy może bezkarnie wejść do sklepu i kupić sobie (sobie, nie dziecku) maskotkę? Gdzie zaczyna się ta cienka granica, której dorosłemu nie wolno już przekraczać? Czy kupowanie maskotek już jest jej przekroczeniem? Czy jest nim chodzenie do kina na bajki?
            A co za tym idzie nurtuje mnie pytanie ważniejsze. Czy dorosły, któremu przebiegnie przez głowę myśl: „Kurde, ale fajna maskotka kupiłbym/łabym ją sobie” jest infantylny? Czy ktoś taki jest dziecinny, niepoważny, niegodny zaufania? Powierzylibyście swoje ciężko zarobione pieniądze bankierowi, gdybyście wiedzieli, że dajmy na to, zbiera zabawki z Kinder Niespodzianki? Czy zbieractwo takie jest jednoznaczne z byciem osobą niekompetentną lub stanowi zaprzeczenie, iż dobrze wypełnia swoje życiowe obowiązki, przynależne każdej dorosłej osobie? Czy różni się w jakikolwiek sposób od zbierania znaczków, kamieni, pocztówek? 

            Wokół siebie mam w zasadzie trzy frakcje – tę, która mówi, że to nie wypada, tę, która pyta: „A komu to szkodzi?” oraz trzecią, w postaci T, która wręcz zachęca do bycia wiecznym dzieckiem i głośno nawołuje: ”Bierz, nie zastanawiaj się”. W zasadzie to nie wiem, której z nich powinnam wierzyć. Co gorsza, wcale nie jestem też pewna, za którą z nich chciałabym się opowiedzieć. A Wy, co sądzicie?