piątek, 27 czerwca 2014

Nikt się nie spodziewa hiszpańskiej inkwizycji, czyli katolicyzm a "Golgota picnic"



Przeraża mnie to, co dzieje się wokół festiwalu Malta i spektaklu „Golgota picnic”. Przeraża mnie, że polscy duchowni gotowi są nawoływać do ogólnopolskiego protestu, w czasie którego ich zdaniem powinna się polać krew, byle zatrzymać wydarzenie kulturalne.  Widziałam dziś rano w telewizji informacyjnej wywiad z dyrektorem festiwalu. Z jednej strony rozumiem jego argumenty przemawiające za odwołaniem spektaklu. Też nie jestem pewna, czy gdyby w grę wchodziły ewentualne zamieszki i możliwość, iż ktoś zostanie ranny,  a ja byłabym dyrektorem takiego wydarzenia, nie podjęłabym decyzji o odwołaniu przedstawienia. Ale z drugiej strony mam też do pana dyrektora żal. Ugiął się. Pokazał, że sztuka może ulegać dyktaturze jednostek.  Stworzył precedens, z którego moherowe berety będą teraz skwapliwie korzystać.  W tym samym programie wspominano też, że spektakl obejrzało 55 osób, a po jego wyświetleniu ktoś wpuścił do Teatru Nowego śmierdzącą substancję i spotkanie z reżyserem odbyć się już nie mogło. Gdyby tak podczas ewakuacji którejś z tych 55 osób coś się stało? Czy tak postępują prawdziwi katolicy? Podczas wyświetlania „Golgota picnic” na ulicy przed teatrem protestowało około 200 osób. Dziennikarz rozmawiał z jedną z nich. Pytał, dlaczego tam jest.  Pani odpowiedziała:
- Bo nam żyć nie dają.
- Kto komu żyć nie daje?
- Ksiądz w kościele powiedział, że to jest złe, że atakuje wiarę.
Jedna pani z drugą panią nie wie nic na temat przedstawienia, nie wie nic o reżyserze, ale wie doskonale, że spektakl jest zły, bo ksiądz w kościele tak powiedział. A ksiądz wszak przecież co powie, to święte musi być.
            Tyle, że teraz musiałabym odpowiedzieć „żyć mi nie dają”. Jestem ateistką. I nie chcę, by w szkołach, urzędach i budynku sejmu Rzeczpospolitej Polskiej wisiały katolickie symbole religijne. Nie chcę, by katolicy wtrącali się, co mogę, a czego nie mogę oglądać podczas wydarzeń kulturalnych. Dlaczego ten wasz powierzchowny, odpustowy, pusty katolicyzm ma decydować o tym, co wolno nam, ateistom? (Zaznaczam, że do ludzi wierzących prawdziwie nic nie mam, tych szanuję i cenię, ale takich znam tylko kilkoro – żadna z tych osób nie stanęłaby wczoraj pod teatrem).  Dlaczego wasze przekonania mają krępować kulturę? Nie godzę się na to i mam prawo głośno wyrazić moje zdanie. Choćby tutaj.
Nie dajecie mi żyć. A gdy patrzę na to, co się dzieje, dochodzę do wniosku, że to nie jest kraj dla normalnych ludzi ani niestety, kraj normalnych ludzi.

5 komentarzy:

  1. Żyjemy w kraju, gdzie mamy prawo do własnego zdania i poglądów, o ile zgadzają się z poglądami kościoła...

    OdpowiedzUsuń
  2. Moje się nie zgadzają, co nie znaczy, że mam zamiar z nich zrezygnować.

    OdpowiedzUsuń
  3. Bardzo dobry wpis. Niestety zyjemy w kraju, gdzie obledny tzw. katolicyzm dyktuje warunki zycia i ustala zasady gry. Bractwo moherowe probuje narzucic czesci spoleczenstwa swoj punkt widzenia. Odwolanie spektaklu to ich kolejne male zwyciestwo. Pytanie: czym moherowy katolicyzm rozni sie od ortodoksyjnego islamu? Odpowiedz: niczym.

    OdpowiedzUsuń
  4. To typowe dla "katolikow": krytykowac spektakl, ktorego sie nie widzialo. Bo proboszcz kazal. Jakby nie mieli wlasnego rozumu. Sa jak owce prowadzone przez barana. I chyba nie maja. To osoby mocno ograniczone intelektualnie, niegotowe do samodzielnego myslenia. Kiedy wreszcie przestaniemy sie za nich wstydzic?!
    Jesli w szkolach i parlamencie jest miejsce na krzyz, powinno rowniez znalezc sie miejsce na symbole innych wiar. Ale jakos nikt sie nie kwapi uszanowac zydow, prawoslawnych, mahometan... Polska to ciagle kraj nietolerancji.

    OdpowiedzUsuń