piątek, 13 czerwca 2014

"To on, to upiór tej opery"



Na pewno znacie to uczucie, kiedy jesteście czegoś bardzo ciekawi. Automatycznie stawiacie wtedy wysokie wymagania, prawda? Przecież poprzednia książka tego autora, wcześniejszy film danego reżysera tak was zachwycił. Więc sięgacie po daną pozycję i okazuje się, że jak zachwyca, kiedy nie zachwyca? Otrzymujecie nie to, czego się spodziewaliście. Tak było ze mną i z „Upiorem w operze”.
                Musical jest adaptacją powieści Gastona Leroux z 1911 roku. Wersja stworzona przez Andrew Loyda Webbera pochodzi z 1986 roku. W Polsce pierwsza premiera miała miejsce w warszawskim TM Roma w 2008 roku, następna, również w większości z obsadą  z Warszawy, odbyła się w 2013 r. w Białym Stoku. Ja natomiast miałam możliwość obejrzeć wersję filmową w reżyserii Joela Schumachera, która powstała 10 lat temu w oparciu o dzieło Webbera. „Upiór w operze” jest jednym z najdłuższych, najdłużej granych oraz najbardziej dochodowych musicali w historii gatunku. Tyle faktów. 
„Upiór w operze” jest opowieścią o Cristine, młodej solistce pracującej w paryskiej operze. Kiedy główna śpiewaczka, mająca grać w najnowszym przedstawieniu, nieoczekiwanie odchodzi, dziewczyna otrzymuje zadanie, by ją zastąpić. Debiutantka okazuje się być fenomenalna. Tymczasem w operze zaczyna dochodzić do dziwnych wypadków. Po kątach szepcze się, że wszystko ma miejsce za sprawą upiora mieszkającego w zakamarkach budynku.
                Jest to opowieść o pasji przeradzającej się w obsesję rujnującą życie zarówno samego zainteresowanego, jak i kobiety, która staje się jej przedmiotem. To także historia o tym, jak okrutny potrafi być człowiek wobec tych, których uznaje za „innych”. Choć oparta na klasycznej książce, mocno się moim zdaniem postarzała. Generalnie bardzo lubię gotyckie klimaty, jednakże w tym filmie jakoś mnie do siebie nie przekonały. Ta cała otoczka cmentarzy, tuneli, ukrytych przejść raczej denerwowała, niż dodawała grozy i tajemniczości, a co za tym idzie pewnego uroku. Rozumiem, że musical jako gatunek już tak ma, że korzysta z uproszczeń, ale w „Upiorze” mnie one raziły. 

                Co do samych piosenek też jakoś nie zachwycają. Przed seansem „Upiora” kupiłam sobie w sklepie internetowym TM Roma płytę z utworami w wersji polskiej. Cieszyłam się, jak głupia, a potem posłuchałam i… nie poczułam się oczarowana. No, może „Maskaradą” i „O tyle proszę cię”. Cała reszta, owszem przyjemna dla ucha, ale od zachwytu jestem raczej daleka.
                Podsumowując, oczekiwałam czegoś wielkiego, a dostałam po prostu musical dobry, ale moim zdaniem nie wybitny.  Fanką „Upiora” chyba jednak nie zostanę.


"Jedna miłość, tak, jak życie jedno. (...). Jedno życie, miły, dziel je ze mną. Kochaj, o tyle proszę cię". 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz