sobota, 9 grudnia 2017

To wspaniałe życie, to beznadziejne bibliotekarstwo!



       Postanowiłam, że w tym roku, w okresie przedświątecznym, będę oglądać jeden cukierkowy, lukrowaty i trącący straszliwą telewizyjną sztampą film świąteczny dziennie. Taki swoisty kalendarz adwentowy. Szybko się okazało, że nie daję rady. Nawet nie z powodu braku chęci, ale czasu. Minimum półtoragodzinny film dziennie, gdy ma się inne obowiązki, to jednak sporo. Chciałabym jednak napisać o fragmencie pewnego filmu, który wyjątkowo mnie zainteresował, a zarazem zabolał. Mam tu na myśli „To wspaniałe życie”.
       
Mary - szczęśliwa żona
Pod koniec filmu bohater postanawia popełnić samobójstwo. Odwiedza go anioł. Pokazuje mu, jakby wyglądał świat, gdyby się nie urodził. Oczywiście to pasmo klęsk i niepowodzeń innych ludzi, bo przecież na tylu z nich miał wpływ nasz bohater. Koniec końców bohater pyta o swoją żonę: „Gdzie jest Mary?”. Anioł odpowiada mu, że nie spodoba mu się to, co usłyszy. Ponieważ nasz bohater nie przyszedł na świat, więc jego żona nigdy nie wyszła za mąż. Jest starą panną, a do tego… bibliotekarką!
         I w zasadzie nie wiadomo, co jest gorsze. Bycie starą panną, czy bycie bibliotekarką. Maria nie jest już piękna, jak w poprzednich kadrach. Jest nieatrakcyjna i ma zbolałą minę, jakby bycie bibliotekarką unieszczęśliwiało wszystkie kobiety, które wykonują ten zawód. 
Mary - bibliotekarka
         Film „To wspaniałe życie” nakręcono w 1946 roku. Mamy rok 2017. Po siedemdziesięciu jeden latach stereotyp nadal trzyma się dzielnie. Pracujemy w bibliotece we trzy. Wszystkie jesteśmy bibliotekarkami. Wszystkie jesteśmy starymi pannami. I zapewniam, żadna z nas nie chodzi z tak skwaszoną miną. Co więcej, ośmielamy się bywać zadowolone. Mary, ach Mary, jakaś ty biedna, bo nie masz męża i jesteś bibliotekarką! A może jednak należałoby dobremu Mikołajowi za to podziękować? 

wtorek, 5 grudnia 2017

Magia słowa czytanego



Bernhard Schlink przyszedł na świat, kiedy trwała jeszcze II wojna światowa. Jego dzieciństwo i dorastanie przypadły na lata powojenne, kiedy Niemcy mierzyły się ze skutkami, który wywołały. Potomkowie nazistów stawiali czoła własnemu wstydliwemu dziedzictwu. Taki był właśnie świat, w którym żył autor „Lektora”, pisarz i profesor nauk prawnych, mieszkaniec Berlina. Jego powieść, jako pierwsza w historii literatury niemieckiej, trafiła na listę „New York Timesa”. Czy słusznie?
            Bohater powieści ma zaledwie piętnaście lat, gdy przypadkiem poznaję Hannę, trzydziestosześcioletnią, skrytą bileterkę. Młody chłopak natychmiast odczuwa do niej pociąg seksualny i nawiązują romans. Nieoczekiwanie łączy ich jednak także literatura. Bohater czyta bowiem Hannie na głos książki. Ich znajomość kończy się równie nieoczekiwanie, jak się zaczęła. Kobieta znika. Bohater kończy szkołę, idzie na studia, zapomina o dawnej kochance. Spotykają się ponownie, gdy on jest jednym z obserwatorów procesu strażniczek z obozu koncentracyjnego. Ona siedzi na ławie oskarżonych.
            Trudno określić, o czym jest ta powieść. Gdyby uznać ją za opis fascynacji młodego chłopaka dorosłą kobietą, za literacką wizję „nieodpowiedniego” związku osoby ,wydawałoby się, dorosłej i odpowiedzialnej z dzieckiem, to oczywiste, że „Lektor” musi przegrać z „Lolitą” Nabokova. Gdyby uznać ją za opis pierwszej życiowej fascynacji drugim człowiekiem, historię zachłyśnięcia się pierwszą miłością, również znajdą się lepsze książki, jak choćby „Spóźnieni kochankowie”. Jednakże sprowadzenie „Lektora” tylko do tych dwóch tematów robi tej powieści krzywdę. Należy także zauważyć, że relacja tej dwójki oparta jest na miłości do literatury. Chłopiec staje się dla Hanny tytułowym lektorem – czyta jej książki. To dzięki niemu kobieta stopniowo nabiera świadomości. Jej postrzeganie świata zmienia się właśnie dzięki poznanym lekturom.
O czym zatem jest to książka? Można „Lektora” potraktować jako traktat o winie i karze oraz o bolesnym, ale potrzebnym rozliczaniu się z przeszłością. Bo wojna była tak straszna, że nie wolno nam zapomnieć. Nigdy nie wolno nam zapomnieć. Ale jeśli spojrzeć na tekst pod tym kątem, to wątek procesu jest tu tylko jednym z elementów fabuły i to wcale nie najważniejszym.
Można też na „Lektora” patrzeć jak powieść filozoficzną. Czy wolno nam ratować drugiego człowieka wbrew jego woli? Co z godnością jednostki? Czy można pozwolić komuś świadomie zniszczyć samego siebie, jeśli istnieje możliwość, by go uratować? Czy niewiedza może być usprawiedliwieniem dla wyrządzonego przez człowieka zła? Czy nieposiadanie wykształcenia, bycie pionkiem w nazistowskiej machinie, zwalniało od odpowiedzialności? Właśnie z tej powieść Schlinka wydaje mi się najciekawsza do interpretacji. Jednakże to znów tylko ułamek całego tekstu.
            Kolejny kłopot z „Lektorem” jest taki, że jest bardzo krótki. O ile zwykle zdarza mi się narzekać, że w obecnych czasach książki są zbyt długie, przegadane, tak w przypadku tej wydaje mi się, że jest na odwrót. Narrator skąpi nam informacji. Prawie nic nie wiadomo ani o głównym bohaterze, ani o Hannie. Uważam, że tekst należałoby rozwinąć. Wyszłoby to tej książce na dobre, bowiem w obecnej formie bardziej przypomina szkic niż powieść właściwą.
            Czy „Lektor” Bernharda Schlinka powinien zrobić tak zawrotną karierę? Według mnie nie. Uważam, że to kolejna książka, która wypłynęła na fali zainteresowania tematem obozów koncentracyjnych i wojny. Bo to, co traktuje o obozach, trzeba doceniać, nagradzać. Bo musimy pamiętać, potępiać, dbać, by się to nie powtórzyło. Owszem, jest to powieść, na którą autor miał pomysł i nie zabrakło mu też talentu na jego wykonanie. Moim zdaniem jest to jednakże pierwszorzędna książka wśród drugorzędnych.

wtorek, 28 listopada 2017

Upadek Kartaginy



Od wielu lat Joyce Carol Oates uchodzi za murowaną kandydatkę do Nagrody Nobla. I jakoś od lat jej nie otrzymuje. Autorka jest pisarką-rzemieślniczką. Nie uznaje natchnienia. Pisanie to dla niej praca. Każdego dnia po prostu wstaje i siada do biurka. Oates tworzy głównie powieści społecznie zaangażowane. Spod jej pióra wyszły takie perełki jak „Córka grabarza” czy „Ofiara” oraz książki, które uważam za ewidentne pomyłki i gnioty, jak choćby „Przeklęci”. „Kartagina” jest najnowszą pozycją w dorobku autorki. Na polski rynek wypuściło ją wydawnictwo Rebis.
       Cressida zaginęła. Po prostu nie wróciła do domu z kolacji u przyjaciółki. Co się z nią stało? Uciekła? Może została porwana? A może nie żyje? Wszyscy mówili, że to była ta „mądra”, ale mniej kochana córka. Ta dziwna i depresyjna, której nikt nie potrafił zrozumieć. Wszystko wskazuje na to, że jako ostatni widział ją narzeczony siostry, młody kapral, który właśnie wrócił z Iraku, gdzie doznał urazu mózgu. Czy to możliwe, że coś jej zrobił? W poszukiwania dziewczyny angażują się wszyscy – rodzina, przyjaciele, policja, ochotnicy.
         Trudno odpowiedzieć sobie na pytanie, o czym dokładnie jest powieść Oates. Właściwie trudno sobie odpowiedzieć na to pytanie w przypadku większości jej książek, gdyż wszystkie są ogromniastymi kobyłami, przeładowanymi informacjami, a ich lektura spokojnie może zająć dwa tygodnie. W przypadku „Kartaginy” nie pomyliłby się zapewne ten, kto powiedziałby, że to powieść o rozpadzie rodziny. Autorka daje nam możliwość długiego obserwowania rodziny Anette i Zenona Mayfieldów. Oates funduje nam szczegółową wiwisekcję niegdyś szczęśliwej rodziny dotkniętej tragedią. Towarzyszymy im, kiedy Cressida mieszkała jeszcze w domu, kiedy zaginęła i podczas intensywnych poszukiwań, aż po moment, gdy jej bliscy uświadamiają sobie, że najprawdopodobniej Cressie już nie wróci.
         Ale czy pomyliłby się ten, kto powiedziałby, że to książka o amerykańskim systemie sprawiedliwości i więziennictwa? O karze śmierci, pomyłkach, niedociągnięciach i przekłamaniach systemu? Moim zdaniem nie, gdyż jest to powieść także na ten temat, co udowadnia drobiazgowo poprowadzony wątek Śledczego i jego Asystentki, z którymi udajemy się na wycieczkę po amerykańskim więzieniu o zaostrzonym rygorze.
       Czy jest to powieść o okrucieństwach i niesprawiedliwości wojny? O tym, jak niszczy i doprowadza na skraj rozpaczy zwykłych, niczego niepodejrzewających ludzi? Jeśli weźmiemy pod uwagę szczegółowo opisany wątek kaprala Brada, otrzymamy również powieść na ten temat. Oates ukazuje nam, jak okrutna jest wojna zarówno dla cywilów w okupowanym kraju, jak i dla naiwnych chłopaków, zaciągających się do armii z pieśnią na ustach i honorem w sercu, a wracających ze zniszczoną psychiką i odmienionych na zawsze.
       To zatem powieść naładowana informacjami, naszpikowana wątkami. Nie jest wolna od typowych dla pisarstwa Joyce Carol Oates wad. Pisarka do znudzenia lubi powtarzać niektóre fakty, jakby bała się, że czytelnik nie zapamięta wszystkiego. Często czyni to dokładnie tymi samymi słowami. Co, uwierzcie mi, w liczącej ponad 500 stron, gęsto zadrukowanej kobyle potrafi czasami bardzo nużyć.
        Drugi błąd tej, skądinąd moim zdaniem rewelacyjnej, autorki, polega na tym, że chciałaby zawsze bardzo dużo przekazać w każdej ze swoich książek. „Kartagina” jest więc powieścią o dotkniętej nieszczęściem rodzinie, o chorującej na depresję dziewczynie, która całe życie sądziła, że nikt jej nie kocha, o amerykańskim więziennictwie i słuszności kary śmierci, o okropnościach wojny. A ponieważ porusza tak wiele tematów, jest, niestety, będąc o wszystkim, trochę o niczym.
      „Kartagina”, choć nieco przegadana i zbyt obszerna, nadal pozostaje bardzo dobrą, wartościową i godną polecenia książką. Jedną z lepszych w dorobku Joyce Carol Oates. Znajdą w niej coś dla siebie zarówno zwolennicy wartkiej akcji (od opisów poszukiwań „mądrej” siostry nie można się oderwać), jak i miłośnicy prozy refleksyjnej, gdyż to doskonała powieść psychologiczna.

niedziela, 19 listopada 2017

Strumień świadomości [1]



Czytam więcej książek, niż recenzuję. Czasami nawet mam ochotę coś o danej powieści powiedzieć, bo z jakiegoś powodu zrobiła na mnie wrażenie, ale akurat nie mam czasu pisać i sprawa się przeciąga. Potem już wspomnienia po lekturze nie są tak wyraźne, by pisać pełnoprawną recenzję. Dlatego wymyśliłam sobie nową rubrykę w ramach bloga. Mam tu na myśli „Strumień świadomości”, gdzie publikować będę zapamiętane refleksje na temat książek i filmów, o których pierwotnie planowałam napisać, ale z jakiegoś powodu nie wypaliło. Dziś zamieszczam pierwszy tego typu post. No, to lecimy. Jeszcze raz jednak podkreślam, nie należy tego traktować, jako pełnoprawnych recenzji. To raczej ciągi luźnych myśli, wesołych skojarzeń.


    1. Tove Jansson, „Lato”

Wiecie, to ta pani od Muminków. W latach 80 XX wieku „Lato” ukazało się w Polsce po raz pierwszy. W sumie nie wiadomo, czy to książka, dla dzieci, czy dla dorosłych. Dla dzieci chyba za trudna. Trochę obrazków, trochę słodko-gorzkich refleksji o tym, co znaczy być dzieckiem, co znaczy być starcem. Kilka naprawdę przezabawnych rozmów. O tolerancji i o Bogu, o aniołach i o śmierci. O sztucznej szczęce. O tym, że w każdym momencie życia jesteśmy na coś „za…”. Babcia lubi kryminały, wnuczka ma na imię Sophnia, a ojciec po prostu jest. Nie jest to wybitna literatura, ale przeczytać można. Zwłaszcza w listopadzie. Wprowadzi trochę lata do Waszego życia.
 


2. Mario Vargas Lliosa, „Szelmostwa niegrzecznej dziewczynki”

Panie z klubu książki powiedziały, że to nie jest najlepsza książka, by zaczynać przygodę z Wielkim Noblistą. Trudno, stało się, a że aby zrobić pierwsze wrażenie ma się szansę tylko raz, to chyba ja i markiz Lliosa będziemy odtąd traktować się chłodno, z dystansem. Otilita, czy jak jej tam było, dostaje ode mnie medal najbardziej irytującej bohaterki w dziejach literatury. O jak mnie ta kobieta wkurzała. Książka dobrze napisana, ale bohaterka wydra, a bohater dupa. Fajne tło obyczajowe. Najlepsze fragmenty o przyjaźni hipisa ze starszą panią.




   3.  Julia Heaberlin, "Polne kwiaty”

Thriller. Wydawało mi się, że bardzo dobry, więc chciałam o nim napisać. Nie złożyło się. Po dwóch miesiącach pamiętam, że był morderca i ocalała ofiara, którą prześladował. Pamiętam, że nie wszystko w tej książce jest takie, jakie się wydaje. Całkiem dobrze pokazano też sytuację z różnych punktów widzenia i stopniowano fragmenty prawdy. Zabawna postać staruszki, która piekła niedobre ciasta. No i pan psycholog, któremu też zginęła córka. Niby dobry kawałek literatury popularnej, a po dwóch miesiącach prawie nic nie pamiętam.  

poniedziałek, 13 listopada 2017

Sztuka szaleństwa



W sumie nie nazwałabym siebie samej „graczem”. Nie jest to rozrywka, na którą przy moim ograniczonym czasie wolnym, lubię poświęcać jakoś specjalnie dużo czasu. Znacznie bardziej wolę książki i książki, i... być może kolorowanie. Grywam od czasu do czasu. W różne pozycje. W centrum mojego zainteresowania znajduje się nie tyle typ gry, co jej tematyka. I to właśnie dla opowiedzianej historii zainteresowałam się „Layers of fear".
            Akcja gry toczy się w XIX wieku. Wiktoriańskie i steampunkowe klimaty zawsze należały do
moich ulubionych. Gra odwołuje się też bardzo mocno do historii Doriana Graya, młodzieńca, który dzięki swojemu portretowi, nie starzał się mimo parszywego trybu życia. Natomiast bohaterem naszej opowieści  jest malarz. Poznajemy go w momencie, gdy wraca do własnego domu i stara się odkryć tajemnicę zaginięcia swojej rodziny. Wygląda na to, że nasz bohater, którego imienia nigdy nie poznamy, nic nie pamięta. Razem z nim krążymy po domu, by odnajdywać wskazówki, a dzięki nim zrozumieć, co w nim zaszło.
            Nie jestem miłośniczką horroru, a do tego typu gier należy „Layers of fear".  Jest to jednak pozycja, która straszy klimatem, nie krwią i odętymi członkami. Wraz z bohaterem snuć się będziemy po jego niegdyś pięknym wiktoriańskim domu. Z każdym okrążeniem odkrywać go będziemy wciąż na nowo i na nowo. Klimat tej gry jest naprawdę niesamowity. To wizualny majstersztyk. Przede wszystkim wszechobecne obrazy. Nie tylko te wiszące na ścianach, ale także ten, który nasz bohater desperacko próbuje skończyć. Jednak gra to nie tylko obrazy. Oczywiście obowiązkowo pogoda. Deszcz i błyskawice. Ciemna noc. Zazwyczaj brak światła, liczyć można tylko na świece. No i te niepokojące stuki i puki, znikające i pojawiające się drzwi. To wszystko tworzy naprawdę niepowtarzalny klimat. Wspomnieć należy o muzyce, która również została perfekcyjnie dobrana, a motywu przewodniego słucha się z przyjemnością, ale także pewną dozą strachu.
           
„Layers od fear" nie jest jednak pozbawione wad. Gra, choć początkowo straszy fenomenalnie, z biegiem czasu człowiekowi powszednieje. To, co wywoływało ciarki za pierwszym, czy drugim razem, po raz kolejny może już tylko przywołać pobłażliwy uśmiech. Denerwujące jest też poszukiwanie drobnych elementów we wszechogarniającej ciemności. A niestety bez ich znalezienia gra nie przepuści nas dalej, tak że kilkakrotnie musiałam się posiłkować pomocą internetu, by przejść do następnego pomieszczenia. Poza tym „Layers of fear” jest rzekomo grą wyborów. To, jak postąpimy, ma wpływać na przebieg rozgrywki i ostateczny kształt zakończenia. Owszem, są trzy warianty zakończenia historii malarza, tyle że dokonywane przez gracza wybory, to żadne wybory, gdyż nie wiemy nawet, w którym momencie ich dokonujemy. Nie mam zielonego pojęcia, co mogło zdecydować o kształcie mojego zakończenia i ostatecznym wyglądzie obrazu.
  
            Ogólnie jednak oceniłabym tę grę bardzo pozytywnie. Ma świetny klimat, tajemnicę, którą powoli odkrywamy, tak że wciąż mamy ochotę grać i pozostajemy ciągle zaciekawieni, nawet gdy spostrzeżemy pewne niedostatki mechaniki gry, przyjemną dla ucha muzykę. Gra pozwala nam powoli odkrywać kolejne warstwy opowieści, dzięki czemu zaczynamy się zastanawiać, gdzie leży granica między normalnością a szaleństwem, miedzy sztuką a perwersją.