środa, 27 września 2017

Gdyby Marple miała wąsy



„Morderstwo odbędzie się” należy do cyklu książek, których główną bohaterką jest Jane Marple, starsza pani, pałająca zamiłowaniem do historii kryminalnych. Obok Herkulesa Poirota to najbardziej rozpoznawalna postać stworzona przez Agatę Christie.
            W piątkowym wydaniu lokalnej gazety Little Paddock ukazuje się ogłoszenie, w którym wszyscy mieszkańcy zostali zaproszeni do uczestnictwa w grze w morderstwo. Właścicielka domu wymienionego w ogłoszeniu, wcześniej nie mająca pojęcia o istnieniu zaproszenia, postanawia się dostosować i przygotowuje przyjęcie. O wyznaczonej godzinie część mieszkańców miasteczka odwiedza pannę Blacklock i zupełnie niechcący uczestniczy w realnym zamachu na życie gospodyni, w trakcie którego ginie jedynie sam napastnik. Śledztwo prowadzi inspektor Craddock, a pomaga mu nieoceniona panna Marple, przebywająca z wizytą u przyjaciół.
            Poza faktem, że „Morderstwo odbędzie się” jest sprawnie napisane i dobrze się czyta, powieść ma niemal same wady. Owszem, intryga kryminalna jest przeprowadzona bardzo sprawnie i z dbałością o szczegóły (choć tym razem udało mi się domyślić się, kto zabijał, nie wiedziałam tylko, jaki miał powód). To druga książka Christie, którą czytam i zaczynam mieć wrażenie, że wszystkie są na jedno kopyto. Zawsze ktoś podaje się za kogoś innego, pojawiają się zaginieni krewni, którzy w ogóle nie powinni istnieć, a wszystko kręci się wokół dziedziczonych wielkich fortun. A same postaci, gdy poznać ich motywy, wydają się bardzo antypatyczne. Zdaję sobie sprawę, że w czasach, gdy Agata Christie pisała swoje książki, takie zdarzenia mogły być jeszcze na porządku dziennym (powojenny chaos, brak dokumentów), współczesnemu czytelnikowi kryminałów, obeznanemu z DNA i odciskami palców, coraz trudniej przyjmować tę rzeczywistość na wiarę.
            Nie podoba mi się także potraktowanie postaci Mitzi. Narrator pokazuje ją jako nieco niezrównoważoną intrygantkę, która lubi zmyślać i ma nazwisko nie do wymówienia. Nikogo też nie oburza fakt, że Patryk zrobił jej obrzydliwy żart i przekonał biedaczkę, że szukają jej gestapowcy. Niestety, mnie jako mieszkankę Polski, nieco inaczej patrzącą na okropności II wojny światowej, nie podoba się naśmiewanie się z Żydówki, która w strachu przed śmiercią ucieka z własnego kraju. Kraju, w którym miała tytuł uniwersytecki, a nie piekła placki dla bandy zadufanych w sobie mieszkańców wsi, dla których największy problem po II wojnie to taki, że węgiel jest drogi i znacznie trudniej, niż kiedyś o dobrego ogrodnika. Czytałam i zastanawiałam się, jak bardzo ci ludzie nie mieli o niczym pojęcia.  
            Po przeczytaniu książki obejrzałam ekranizację z 2005 roku, w której w rolę Jane Marple wciela się  Geraldine McEwan. Film jest dość wiernym odwzorowaniem książki, choć nie podoba mi się wycięcie części postaci – choćby Bułeczki i jej męża. Zupełnie niepotrzebna była także zmiana niektórych wątków – pozbawienie pułkownika żony i uwikłanie go w romans z panią Swettenham.
            Choć doceniam dokonania Agaty Christie dla rozwoju kryminału jako gatunku, „Morderstwo odbędzie się” nie jest książka robiąca dobre wrażenie, w Little Paddock mieszka zbyt wiele osób podających się za kogoś innego w przeliczeniu na kilometr kwadratowy.   Jest to powieść, przy lekturze której zastanawiałam się, czy Jane Marple sama w którymś momencie nie ściągnie maski, nie pokręci wąsa i nie powie: „Oto ja, Herkules Poirot, oszukałem was wszystkich i na co dzień noszę wąsy”.

piątek, 15 września 2017

Polonistka, nieobliczalny bibliotekarz i ludzie z lasu



Jest rok 1985. Maria ma trzydzieści sześć lat i niezdiagnozowaną depresję (tak przypuszczam po lekturze, ale to tylko moje zdanie, takie stwierdzenie nigdzie w powieści nie pada). Uczy języka polskiego. Mieszka z ciotką stara panną, która aktualnie choruje i przebywa w szpitalu. Maria ma też tajemnicę. Gdy miała sześć lat, zgubiła się w lesie. Przebywała tam sześć dni, a kiedy została odnaleziona, była cała we krwi. Pewnego dnia nauczycielka dowiaduje się, że jeden z jej podopiecznych także ma tajemnicę. Gdy prosi swoją nauczycielką o pomoc, Maria go lekceważy. Jej stanowisko zmienia dopiero śmierć chłopca. Kobieta zaczyna rozumieć, że to, co przytrafiło jej się w dzieciństwie, może mieć związek ze śmiercią jej ucznia.
            Muszę przyznać, że „Łaska” to jedna z lepszych polskich powieści jakie czytałam. Ma świetnie skonstruowane postaci. Zarówno pierwszo, jak i drugoplanowe. To są pełnokrwiści bohaterowie, tak prawdziwi, jak tylko prawdziwi mogą być – zagubiona prowincjonalna nauczycielka ze złamanym życiem, młody milicjant-karierowicz, czy z pozoru cichy, ale być może nieobliczalny bibliotekarz.      
            Zagadce też nie można nic zarzucić. Często wspominam, że o jakości kryminału, świadczy zakończenie. Niekiedy mamy do czynienia z naprawdę dobrze napisana książką, z postaciami, którym nie można nic zarzucić, ze świetnie skonstruowanym światem przedstawionym. Gdy jednak dochodzi do rozwiązania zagadki, czytelnik ma ochotę rzucić tą z pozoru świetną książką o ścianę. „Łaska” to na szczęście nie ten przypadek. Można by się oczywiście trochę czepiać, iż trudno uwierzyć, że mężczyzna i dziecko żyją w szałasie w lesie i nikt, absolutnie nikt, o nich nie wie. Trochę bajkowo brzmi, prawda? Ale z drugiej strony ta część powieści dzieje się dziesięć lat po wojnie. Nie ma jeszcze komórek, GPS-ów. Nie tak łatwo jest zlokalizować człowieka. Choć ta część historii brzmi naciąganie, powiedzmy, że nie na tyle, by nie można w nią uwierzyć.
            Podoba mi się też klimat tej powieści. Nie tylko okładka jest tu szara i smutna. Wszystko jest szare i smutne. Jak na PRL-owski świat przystało. Na półkach nic nie ma. Wszędzie leży śnieg. Zimno. Szaro. Buro i ponuro. A do tego ta atmosfera zagrożenia. Osaczenia. Bycia obserwowanym. Wszystko tutaj gra – od opisów świata przedstawionego po czcionkę zastosowana w książce, wyglądem przypominającą tekst wystukany na maszynie do pisania.
            No  i ten opis biblioteki! Sami rozumiecie, nie mogę się powstrzymać:
„Maria, odkąd pamiętała, czuła się w bibliotekach dobrze. Lubiła zapach drewna, kurzu i starego papieru, a także tę specyficzną, jakby uroczystą ciszę, która nawet najmłodszych skłaniała do tego, by zniżali głos. Trochę jak w kościele, tyle że tam było zimno i ponuro, podczas gdy biblioteki zawsze wydawały się pełne przyjaznego ciepła. (…) Nawet potem, gdy dorosła i wyjechała na studia, często przeciągała chwilę wyboru książki w warszawskiej bibliotece, przechadzała się wzdłuż półek, sunąc palcem po zakurzonych grzbietach, odczytywała tytuły i z sennym zadowoleniem wsłuchiwała się w ciche tykanie zegara”. (s. 246).
            To kawał naprawdę dobrej literatury popularnej. Nie wiem, jak wypadają inne powieści Anny Kańtoch, ale „Łaskę” mogę Wam z czystym sercem polecić.

wtorek, 12 września 2017

Cormoran i Drozd na tropie Kukułki



„Wołanie kukułki” ukazało się w 2013 roku i stanowiło pierwszy tom przygód Cormorana Strike’a, byłego żołnierza, syna gwiazdora muzyki rockowej i prywatnego detektywa. W następnych latach na rynek wydawniczy trafiły także „Jedwabnik” oraz „Żniwa zła”. O wszystkich trzech książkach pisałam na łamach Biblioteki Edgara. Gdy publikowałam trzecią ze wspomnianych recenzji, wiadomo już było, że BBC nakręci ekranizację przygód londyńskiego detektywa. I cóż? „Strike. Wołanie kukułki”, trzyodcinkowy serial, miał swoją premierę pod koniec sierpnia.
            Cóż mogę powiedzieć? Na początku tyle, że kocham historyjki o Strike’u, więc z całą pewnością nie jestem obiektywna. Mam świadomość, że kryminalnie nie stoją na najwyższym poziomie, że to raczej historie obyczajowe z wątkiem kryminalnym, niż rasowe powieści detektywistyczne. Ale dla mnie te historie zawsze opierały się przede wszystkim na fenomenalnie napisanych bohaterach – zarówno Cormoranie, jak i jego asystentce, Robin, o której sama Rowling mówi, że jest najlepszą spośród napisanych przez nią postaci. Nie sposób się z nią nie zgodzić. Tylko, czy dobrze napisane postaci wystarczyły, by pociągnąć tę historię?
           
W pierwszej odsłonie swoich przygód Cormoranowi przyjdzie zmierzyć się z samobójstwem supermodelki, Luli Landry. Czy też może z jej zabójstwem. Tak w każdym razie twierdzi brat zmarłej, który zjawia się u detektywa, by zlecić mu zbadanie sprawy. Czy Lula sama wyskoczyła, czy ktoś jej pomógł?
            Serialowi bohaterowie dość dobrze oddają książkowe pierwowzory. Tom Burke jest dość postawny i miśkowaty, wzbudza respekt. Choć moim zdaniem jest zbyt przystojny jak na Cormorana. Patrząc na Holliday Grainger można mieć wrażenie, że taka mogłaby być Robin Ellacott wyciągnięta wprost z kart powieści. Z tym, że oboje wydają się nieco zbyt mało charyzmatyczni. Książkowe pierwowzory miały w sobie znacznie więcej życia. Tych dwoje tylko snuje się po ekranie, a widz ani im nie współczuje, ani nie kibicuje. Są mu doskonale obojętni.
A może to w ogóle jest kłopot całego tego serialu? Ma w sobie mało ikry. Wydarzenia się dzieją, ale jak na kryminał mało w tym wszystkim akcji. Ma się wrażenie, że śledztwo dotyczące Luli Landry schodzi na dalszy plan, zepchnięte w cień w stosunku do zatargów Cormorana z Charlotte, ojcem, siostrą oraz kłopotów Robin namnożonych wokół zmiany miejsca zamieszkania.
            Plusem jest niewątpliwie przedstawienie miasta. Nieodłączną częścią książki były małe zadymione puby, bary, ale też prywatne domy, bogate apartamenty i ekskluzywne sklepy. I tutaj wszystko to dostajemy, łącznie oczywiście ze sztandarowym w przypadku Strike’a „Tottenham”.

            Gdyby do następnej odsłony przygód Cormorana, „Jedwabnika”, wprowadzić więcej akcji, byłoby już bardzo dobrze. A tak jest tylko dobrze. Chwilami nudnawo, chwilami zabawnie („Dzisiaj jest dzień zupy”). Ja jednak obejrzałam z przyjemnością i odczuwam niedosyt. Czekam na więcej!       

piątek, 8 września 2017

Notatnik... śmieci



Nie jestem może wielką fanką gatunku, ale kilka anime w życiu jednak widziałam. Na tej liście znajduje się również „Notatnik śmierci”, który oglądałam kilka lat temu. Pamiętam, że zrobił na mnie bardzo pozytywne wrażenie. Kiedy więc gruchnęła wiadomość, że Netflix będzie ekranizował „Notatnik”, byłam szczerze zainteresowana. Sami wiecie, Netflix, serial… Czego tu się obawiać, prawda?
            Okazało się jednak, że nie serial, tylko film. Jednak to nadal film Netflixa. Netflixa, który dał nam „Dardevila”, „Jessikę Jones”, „Anię z Zielonego Wzgórza”. Więc przystąpiłam do oglądania bez obaw i… nie wiem, co mam powiedzieć. Dosłownie. Okazuje się, że Netflix też może zrobić coś, co się kupy nie trzyma. Nie, wróć, co w zasadzie samo jest kupą.
            Light Turner odnajduje przypadkiem stary notes. Okazuje się, że jest on własnością Riuka, boga śmierci. Każdy, kogo nazwisko zostanie wpisane do notatnika, umrze. Light rozpoczyna więc swoją własną vendettę przeciwko zbrodniarzom i kryminalistom, przyjmując imię Kira. Śladem pogromcy zła rusza geniusz kryminalistyki, tajemniczy L.
            Japoński „Notatnik śmierci” to było coś. Bohaterowie mieli naprawdę dobrze nakreślone charaktery. Japoński Light nie był głupkiem-socjopatą. Netflixowy Light pierwsze co robi, to opowiada o posiadanym przedmiocie swojej dziewczynie. I hej, ta dziewczyna okazuje się jeszcze gorszą socjopatką niż on. Nie, japoński Light-Kira był geniuszem z zasadami. Notatnik nie służył mu jako narzędzie do… hmmm, sama nie wiem, zadawania coraz wymyślniejszych śmierci? Bo to przecież takie przyjemne zobaczyć dekapitację, potrącenie przez autobus. Relacja japońskiego Kiry z L. była pojedynkiem dwóch wielkich umysłów. Które się tropiły, osaczały, ale jednak podziwiały. Każdy ruch japońskiego Kiry był gruntownie przemyślany, był częścią większego planu. Natomiast Light Amerykanin, no cóż, to dzieciak, który entuzjastycznie oznajmia swojej dziewczynie między jednym a drugim seksem: „Hej, zabijmy kogoś! – Tak, zabijmy kogoś. – Ale żeby to nie był nikt niewinny. Nie chcę zabijać niewinnych”. A  potem, by zabić kilku członków jakiegoś gangu czy innego kartelu… wykoleja pociąg. No tak, bo wtedy jest bardzo dużo prawdopodobieństwo, że nikt niewinny nie zginie, prawda? L. w japońskim pierwowzorze był takim uroczym geniuszem z zamiłowaniem do cukru. Ale był geniuszem. Planował każdy ruch niczym rasowy szachista. A L. z filmu? Wcina żelki i siedzi w dziwnych pozach. I wszyscy o nim mówią, że jest geniuszem, ale hej, oni tylko mówią, sam L. nic nie robi, żeby na tę reputację zasłużyć.
            A relacja Lighta z Riukiem? Hej, to w końcu bóg śmierci mierzy się z nastolatkiem. Japoński Light wiedział, że Riuk chce go wykiwać. I próbował zrobić wszystko, by do tego nie dopuścić. A jaka jest relacja amerykańskiego Lighta z bogiem śmierci? Ano żadna. Daniel Defoe w zasadzie właściwie nie wiadomo po co snuje się po ekranie.
            W zasadzie, gdy dochodzi do pierwszej śmierci w filmie, dekapitacji, a głowa szkolnego cwaniaczka rozpryskuje się niczym dojrzały arbuz, wiadomo już, jaki to będzie film. A potem jest tylko jeszcze więcej krwi, jeszcze bardziej bez sensu. Dobranie piosenki „Power of love” jako motywu napisów końcowych, chyba by mnie dobiło, gdyby nie to, że siedziałam przed telewizorem, mrugałam oczami i nie mogłam uwierzyć, że ten film, co coś, zrobił, kurna, Netflix.
            Jeśli jesteście fanami oryginału, z całą pewnością tego nie oglądajcie. Jeśli jesteście fanami produkcji Netflixa, z całą pewnością tego nie oglądajcie. Jeśli… nie, po prostu tego nie oglądajcie. Bo nikt Wam nie zwróci półtorej godziny z życia. Naprawdę.

wtorek, 5 września 2017

Wąsik, ach, ten wąsik!



Recenzja bierze udział w wyzwaniu  „Wrzesień z Agathą”



Herkules Pairot to jeden z najsłynniejszych na świecie detektywów. Jest bohaterem niemal czterdziestu powieści Agaty Christie. Ten mały Belg, pedant, grubasek z zabawnym wąsikiem niewątpliwie musi coś w sobie mieć, skoro jego sława nie słabnie już od niemal stulecia.
            „Gwiazdka Herkulesa Pairota”(znana także pod tytułem „Morderstwo w Boże Narodzenie”) jest pierwszą powieścią Christie, z którą miałam styczność. Do tej pory zachwyciłam się jedynie serialem z Davidem Suchetem. Jednakże w ramach pewnej zabawy postanowiliśmy z T. przeczytać tę samą książkę o Pairocie. Szkopuł polegał na tym, że mieliśmy doczytać tylko do momentu, kiedy Pairot swoim zwyczajem zbiera wszystkich zamieszanych w sprawę w jednym pomieszczeniu, by objaśnić im przebieg zdarzenia. Następnie każde z nas miało obstawić mordercę.
            Simeon Lee zaprasza na Boże Narodzenie do rodzinnego domu wszystkich swoich synów oraz wnuczkę. Kiedy wyjawia im, że postanowił zmienić testament, odżywają rodzinne spory i niesnaski. Jeszcze tego samego wieczoru starzec zostaje zamordowany. Na szczęście Herkules Pairot spędza święta nieopodal i może pomóc w rozwiązaniu zagadki tajemniczego morderstwa.
            Trzeba przyznać, że powieść czyta się bardzo przyjemnie. Dla niektórych czytelników plus stanowić może również fakt, że w przeciwieństwie do dzisiejszych powieści, nie ma tu niemal żadnych wątków pobocznych. To klasyczny kryminał – liczy się tylko śledztwo i nic poza nim. Herkules Pairot jedynie rozmawia z podejrzanymi. Ale jak rozmawia! Czytamy i zastanawiamy się, jakąż to tajemnicę wyciągnie z każdego zdania, każdego obejrzanego portretu.
Mimo, że powieść jest niezbyt obszerna, Agacie Christie udało się stworzyć pełnokrwistych bohaterów, z których każdy ma niepowtarzalną osobowość.  Tak niewiele słów potrzeba, by niektórych polubić, innym współczuć, a jeszcze innych szczerze nie znosić. Myślę, że w tym tkwi siła pisarstwa Christie (jedna z wielu). Współcześni mogliby się od niej uczyć, jak odpowiednie nadać rzeczy słowo, nie czyniąc tego w tysiącach zwrotów.
            Do momentu, gdy Herkules Pairot przystępuje do rozwiązania zagadki, powieści nie można nic zarzucić. Jednakże w każdym kryminale najważniejsze jest zakończenie, rozwiązanie intrygi. A to w przypadku „Bożego Narodzenia Herkulesa Pairota” jest zwyczajnie słabe. Bardzo słabe. Podobnie, jak podczas oglądania niektórych odcinków serialu o Pairocie, nie mogłam się pozbyć wrażenia, że historie te, choć wciągające i dobrze skonstruowane, mocno się zestarzały i trąca myszką. Bądźmy szczerzy, kryminału z takim rozwiązaniem, jak to w „Bożym Narodzeniu”, dziś, po siedemdziesięciu ośmiu latach od jego premiery, nikt by nie wydał.
            Zasiadłam do czytania pełna zapału. Czytałam z ołówkiem w ręku, robiąc notatki. Kto, gdzie był, kiedy popełniono morderstwo. Kto komu towarzyszył. Kto miał jakie motywy. A tymczasem moje przewidywania mogłam sobie od razu odpuścić, bo rozwiązanie było trochę niczym wyciągnięcie królika z kapelusza. Nie do przewidzenia. Na nic wcześniejsze dociekania. Na nic przemyślenia na temat intrygi. Także w naszej literackiej grze nikt nie wygrał. Ani ja, ani T. nawet nie zbliżyliśmy się do zaproponowanego przez pisarkę rozwiązania. Trochę szkoda. Wszystko rozbiło się o ten nieszczęsny wąsik!
            Tak czy siak, nie czuję się zniechęcona i na pewno sięgnę po inne powieści Agaty Christie. Nawet te, których ekranizacje już widziałam. To jedna z tych pisarek, o których wiem, że gdybym miała możliwość poznać ją osobiście (co jest już przecież, niestety, niemożliwe) bardzo byśmy się polubiły. Czytajcie Agatę Christie, naprawdę warto.