niedziela, 31 grudnia 2017

Koniec roku 2017



Postanowiłam zrobić małe podsumowanie 2017 roku. To był głównie zły rok, ciężki i w zasadzie przez całą drugą jego połowę powtarzałam, że czekam, aż się skończy. I dziś, gdy rzeczywiście się już kończy, żegnam go, o dziwo nie z ulgą, a z pewnym sentymentem. Mimo, że generalnie uczynił mi wiele złego. Ale też był rokiem zmiany. Zmiany mieszkania, która wyszła mi tylko na dobre i jestem z niej zadowolona. Zmiany w pracy. Tutaj bywało różnie. Są rzeczy dobre i rzeczy złe, są takie, które mnie rozczarowały, choć myślałam, że są na wyciągnięcie ręki. Zmian w sposobie postrzegania siebie i innych ludzi. Zmian w poglądzie na miłość, czy idealizm, a nawet na to, co jestem lub nie jestem w stanie wytrzymać.
       Co udało mi się osiągnąć? Cóż, nadal tu jestem, a to pewne osiągnięcie, zaręczam. Bycie, istnienie wcale nie jest to takie proste, jak mi się do tej pory wydawało. Opublikowałam tekst w czasopiśmie branżowym, co też uważam za osiągnięcie. Otrzymałam dla mojej biblioteki tytuł najlepszej w Polsce. Zrobiłam całkiem niezłą i całkiem sporą imprezę kulturalną o zasięgu wojewódzkim. Odkryłam nową, fantastyczną restaurację i teraz mogę cieszyć się ich przepysznym jedzeniem już zawsze.
     Osiągnięciem, myślę, jest też rozwijanie pasji. Blogowo nie wygląda to może imponująco, bo napisałam 37 notatek, czyli nawet nie jedną tygodniowo. Ale udało mi się też zawrzeć nową, bardzo sensowną współpracę z czasopismem internetowym, dzięki czemu mam stały dopływ nowości. Przeczytałam 63 książki, z których większość była naprawdę przeciętna. Choć kilka perełek by się znalazło. Obejrzałam 157 filmów i seriali. Więcej razy w roku, niż sądziłam, byłam w kinie, co mnie cieszy. Mam za sobą „Jaśniejszą od gwiazd”, którą chciałam obejrzeć od lat. Zagrałam w kilka naprawdę fajnych gier. Nadal uczę się jeździć na rolkach (trzeci rok i nadal nie potrafię, wyjątkowy ze mnie antytalent), zaczęłam grać w kosza. Byłam na tegorocznym Pyrkonie. Obejrzałam nowy musical Romy. Nabyłam kilka świetnych płyt. Poznałam kilka nowych fantastycznych tytułów czasopism.
     Jakie mam plany na sylwestra? Ubrać coś bardzo wygodnego i zrobić sobie maraton „Władcy Pierścieni” z czymś naprawdę smacznym do zjedzenia. Właściwie to, pisząc ten wpis, zrobiło mi się tak jakoś przyjemnie. Rok 2017 nie raz i nie dwa mocno kopnął mnie w rzyć. W zasadzie tak mocno, że myślałam, że już nie wstanę. Ale podarował mi też Totoro, Wonder Woman, Skyrima i książki Agaty Christie. Więc ostatecznie, było źle, było dobrze. Jak to w życiu.
    I za to dziś wypiję. Bo rok 2018 też taki będzie. Trochę dobry, trochę zły. Miło byłoby, gdyby okazał się lżejszy, ale jeśli nie, trudno, będziemy sobie radzić, tak czy inaczej. Za Was także wypiję i za naszą internetową znajomość. Wszystkiego najlepszego w 2018 roku!

piątek, 22 grudnia 2017

Filmowy kalendarz adwentowy



Pod koniec listopada podjęłam decyzję, że w grudniu będę oglądać jeden świąteczny film dziennie. Oczywiście mi się nie udało. Za mało czasu, za dużo obowiązków i książek do przeczytania. Ale coś tam obejrzałam i chciałabym zdać Wam dziś relację z tej przygody. No, to lecimy, Kochani:

1.      „Pada śnieg” – 1 grudnia
Pani z wielkiej korporacji jedzie do pensjonatu w górach. Jej firma właśnie go zakupiła, a ona ma dokonać przeglądu nabytych dóbr i podjąć decyzje o potrzebnych modernizacjach. Pani oczywiście zakochuje się tak w urokliwym pensjonaciku, jak i w synu właściciela. Postanawia więc go zachować w obecnym kształcie (pensjonat, nie chłopaka), przez co wchodzi w konflikt z szefem. Nieco drewniane aktorstwo, ale w sumie widoczki ładne. Wspomniany jest szereg zwyczajów świątecznych z różnych krajów, o których nie miałam pojęcia (no dobrze, o polskim barszczu słyszałam). Obejrzeć można.

    






2.      „Świąteczny książę”- 2 grudnia
Kolejny wytwór Netflixa, który niestety nie jest dobrym tworem Netflixa. Aktorzy z reguły tacy, o których nigdy nikt nie słyszał, banał goni banał, a napiętrzenie absurdu jest takie, że nawet jak na film świąteczny staje się nie do wytrzymania. No, bo wiecie, jest sobie dziennikarka i jest sobie książę, który ma przejąć schedę po zmarłym królu. Król był oczywiście ideałem, a książę jest be, bo tronu po tatusiu nie chce. Dziennikarka ma z kolei napisać o nim siarczysty plotkarski artykuł, więc najpierw wchodzi sobie tylnym wejściem do pałacu królewskiego (tak po prostu, zero ochrony, zero kamer, zero czegokolwiek), a potem podaje się za amerykańską guwernantkę księżniczki. Koniec końców książę i aktoreczka,  upps dziennikarka zakochują się w sobie, oczywiście na zabój. Po czterech dniach i w ogóle się nie znając. Nawet jak na telewizyjny film świąteczny „Świąteczny książę” jest tragedią.

3.      „Świąteczne życzenie” – 3 grudnia
Pamiętacie Claudię z „Ich pięcioro”? Jak przez mgłę? No właśnie, ona gra tu główną rolę. I jest chyba weteranką filmów świątecznych. Ma ich w filmografii pięć czy sześć. W tym konkretnie dostaje w prezencie od Mikołaja… śmiałość.  Rzuca pracę, wtedy szef szefów ją dostrzega i ponownie zatrudnia. Ma z nim jechać do bosa bosów i namówić na to, żeby dał im zlecenie. Po drodze są święta i choinki, skłócone rodziny. Nic szczególnego, w przyszłym roku nie będę pamiętała, że to oglądałam.









4.      „Świąteczna wiadomość” – 8 grudnia
Jest sobie mała dziewczynka, która niedawno straciła rodziców i jej wujek, który odtąd stał się prawnym opiekunem. Wujek jest listonoszem, a w jego placówce pojawia się pani zajmująca się… odpisywaniem dzieciom na listu adresowane do Mikołaja. Jako Mikołaj oczywiście. Wujek i pani nawiązują relację (intymną w końcu pewnie też), dziewczynka jest szczęśliwa. Listy od Mikołaja są piękne i przynoszą dobre rezultaty. Po drodze, rzecz jasna, kilka potknięć. Małe kłamstwa i kłamstewka. Taka słodka głupotka. Obejrzeć można, natychmiast się zapomina. Najlepiej w filmie gra pies.








5.      „Uwierz w święta” – 8 grudnia
Dziewczyna szuka pracy. Chodzi od firmy do firmy. Jej CV myli się z CV jakiejś super wykształconej dziewczyny. Nasza bohaterka dostaje więc pracę. Jedzie z szefem, który właśnie objął panowanie nad super-hiper-mega firmą, do należącej do niego fabryki zabawek, żeby sprawdzić, czy uda się ją uratować. Oczywiście dziewczyna wymyśla sprytny plan. Szef się w niej zakochuje. Standardzik. W filmie pojawia się książka „Dziadek do orzechów” z zapiskiem: „ 25 grudnia 1995 r. w tym dniu pięcioletni David przeczytał babci swoją pierwszą książkę”. Refleksja? Smuteczek. Młodzi miliarderzy w filmach są już młodsi niż ja. Single bohaterowie w filmach są już młodsi niż ja. Buuu, smuteczek. 

6.       ‘Świąteczna nadzieja’ – 9 grudnia
Na początku filmu poznajecie bohaterkę. Jest kelnerką, ma córeczkę, czasem coś tam sobie śpiewa. I potem rozumiecie, nasza bohaterka wpada pod samochód. I ginie, żeby nie było wątpliwości. Zimny trup. Więc robi się smutno i wisielczo, bo jak to tak zginąć w święta? I pani nawet nie wraca, ani jako anioł, ani nawet jako bałwan. Dziewczynka trafia pod skrzydła pani z opieki społecznej. Pani z opieki społecznej sypie się życie i małżeństwo. Więc dziewczynka oczywiście rzeczone małżeństwo swoją obecnością  ratuje. Pani w filmie ma za duże buty, bo w bardzo podniosłej scenie przy choince jej spadają. Oglądanie generalnie nie boli, ale to też nie był film do zapamiętania. 

7.      „Te święta” – 9 grudnia
Kompletnie skonfliktowana rodzina zjeżdżą na święta do matki. Wychodzą na jaw zadawnione animozje i konflikty. Ujawniane zostają tajemnice. Podnosi na duchu fakt, że nie wszystkie rodziny są idealne i czujesz się tak swojsko i normalnie, dopóki… wszystko się dobrze nie kończy i wszyscy sobie przypominają, że kurcze, jednak się kochają. Ogólnie oglądałam już lepsze filmy oparte na tym schemacie. Jeśli interesuje was coś takiego, to polecam film z Diane Keaton i Olivią White, „Kochajmy się od święta”. Dużo lepszy.

   8.      „To wspaniałe życie” – 9 grudnia
Klasyka, która mi się nie podobała. O powodach już pisałam tutaj. Ale świąteczny klasyk mam zaliczony.





 9.      „Świąteczna lista życzeń” – 16 grudnia
Jest sobie babcia, biedaczka przed świętami zwichnęła nogę. I jej rodzina, która w wyniku splotu wydarzeń jak u Moliera, myśli, że babcia umiera. Więc córka i wnuczka, co to od lat drą koty, postanawiają zrobić  jej przyjemność i wypełnić ułożoną wcześniej przez seniorkę  świąteczną listę życzeń. Taki standardzik. Pieką ciasteczka, kradną żywą choinkę sprzed urzędu miejskiego. Wysyłają kartki, kwestują na biedne dzieci. Wniosek po filmie? Zelda z „Sabriny. Nastoletniej czarownicy” ładnie się zestarzała.

Biorąc pod uwagę, że kalendarz adwentowy ma dokładnie 24 okienka, to wychodzi na to, że oglądałam jeden film na blisko trzy dni. Jak ja wytrzymałam taką ilość lukru, sama się sobie dziwię. Brawo ja ;).





Pewnie nie będę miała już okazji, więc już dzisiaj składam Wam najserdeczniejsze życzenia. Spędźcie te święta z tymi, którym na Was zależy. Jedzcie, pijcie, korzystajcie z wolnego czasu. Czytajcie, czytajcie, czytajcie! Wszystkiego najlepszego. A w prezencie dostaniecie... choinkę z naszej biblioteki. 


wtorek, 19 grudnia 2017

Strumień świadomości [2]



1.      „Thor. Ragnarok”

Nie przepadam specjalnie za serią o nordyckim bogu, ale na „Ragnarok” poszłam nawet chętnie. Fabuła, jak we wszystkich komiksowych filmach, nie jest specjalnie wyszukana. Oto okazuje się, że Thor i Loki mieli siostrę, którą Odyn postanowił jednak wymazać z kart historii Asgardu (ach, te ukrywane niechciane dzieci!). Hela, bogini śmierci, jednakże postanawia wrócić do domu. Rozumiecie, poczucie niesprawiedliwości, skrzywdzenia, chęć przejęcia władzy nad światem, no te sprawy. Przy okazji to chyba jeden z najlepszych złoczyńców, z jakimi mieliśmy do czynienia w filmach Marvela. Motywacja Heli, choć niezbyt głęboka, jest sensowna. Właściwie to taka Galardiela permanentnie nosząca pierścień (no dobra, jaki żarcik, nie mogłam się powstrzymać).  Przy okazji Thor zaplątał się na jakąś śmieciową planetę, gdzie zostaje gladiatorem i spotyka Hulka. Hulk dla odmiany jest tu dłużej Hulkiem, niż Bunnerem, jednak mówi dużo i chętnie. Dorzućmy do tego czarną walkirię, bo poprawność polityczna być musi, Stana Lee w roli demonicznego fryzjera, który opitolił biednego Thora i dużo humoru. Ogólnie bardzo na plus.

2.      „Wonder Woman”

Bo wiecie, jest taka mistyczna kraina (rozczarowani Iron Fistem, łączcie się!), w której żyją Amazonki. Pewnego dnia na wyspę Amazonek spada amerykański lotnik. A skoro lotnik, to wojna, a skoro wojna, to Ares. A skoro Ares, to Diana myśli, że może go pokonać, więc opuszcza rodzinną wyspę i udaje się na front. Generalnie trochę kłóci mi się fakt, że w błocie i brudzie giną ludzie, a dookoła lata sobie roznegliżowana babka ze złotymi bransoletami. Doceniam jednak ten film. Po pierwsze, wreszcie mamy film o superbohaterce. Tak, tak, wiem. „Supergirl” i „Kobieta Kot”. Pierwsza po dwudziestu latach od nakręcenia jest niestrawna (nie dałam rady przez nią przebrnąć), druga… nie jest filmem o superbohaterce. Selena, Candice, Prudence, czy jak ona miała tam ma na imię, jest w tym filmie rzeczą, pokazywaną tak, by była obiektem męskiego pragnienia. Widownię, postrzeganą jako męskiego odbiorcę, miały interesować jej walory estetyczne, nie poczynania. Stąd na ekranie więcej cycków i pupy Halle Berry, niż czegokolwiek innego. Woner Woman też ma skąpy kostium, zgadza się, ale pokazuje się tę bohaterkę z szacunkiem. Może dlatego, że film robiła kobieta, także z myślą o kobietach. Dostajemy więc wreszcie bohaterkę, która ma osobowość i cel. Pełnoprawną bohaterkę na pierwszym planie. Dodajmy do tego niewymuszony humor, klimat i świetne kostiumy. Całość odbioru psuje może trochę tożsamość głównego złoczyńcy. Gdy zostaje ujawniona, widz zastanawia się: „Kurde, co tu właśnie zaszło?”. Zbyt długa jest też końcowa nawalanka. Całość jednak bardzo na plus. Wonder Woman wysuwa się dla mnie teraz na czoło bohaterów DC jako postać zdecydowanie najlepiej wykreowana i najsensowniejsza.

3.      „Inhumans”, sezon 1

Eeeee? Zastanawiam się, co tu zaszło. Obejrzałam, nawet z pewną przyjemnością, ot, taki popcorniak do obiadu, gdy się przychodzi z pracy i nie ma się ochoty oglądać czegoś, nad czym trzeba by wysilać umysł. Ale kurcze, bez przesady. Mamy zatem społeczność nieludzi na księżycu. Pierwsi osadnicy, którzy założyli Atillan przybyli z Ziemi. Wygnano ich, bo posiadali specjalne umiejętności. Mogło więc być całkiem nieźle. A jak było? Tanio. Przede wszystkim: tanio. Tanie kostiumy, tania charakteryzacja, tanie puste lokacje (serio supertajna rządowa jednostka w pustym hangarze, gdzie stoją trzy komputery?), tanie aktorstwo nikomu nieznanych aktorów (no dobra, Ramsey Bolton się nie liczy). Wreszcie tani bohaterowie, których los w ogóle was nie obchodzi, bo są gburowaci, niesympatyczni: „Bo my jesteśmy rodziną królewską z Atillanu”, taakkk, to wszystko wyjaśnia. Tanie moce: Blackbold się nie odzywa, więc za pokazanie jego mocy nie trzeba zapłacić, Meduzie obcinają włosy w drugim odcinku, więc resztę czasu antenowego straszy okropnym rudym jeżykiem. Temu, co to niby miał mieć kopyta, ubiera się buty, więc płacenie za charakteryzację odpada. Co dostajemy za to w pełnej krasie? Gigantycznego psa teleportującego. Mopsa albo innego pekińczyka, cholera wie. Szkaradztwo. I o co chodziło z tymi ludzikami w białych porannikach, co przez osiem odcinków moczyli nogi w małym baseniku? Szkoda czasu i atłasu.

sobota, 9 grudnia 2017

To wspaniałe życie, to beznadziejne bibliotekarstwo!



       Postanowiłam, że w tym roku, w okresie przedświątecznym, będę oglądać jeden cukierkowy, lukrowaty i trącący straszliwą telewizyjną sztampą film świąteczny dziennie. Taki swoisty kalendarz adwentowy. Szybko się okazało, że nie daję rady. Nawet nie z powodu braku chęci, ale czasu. Minimum półtoragodzinny film dziennie, gdy ma się inne obowiązki, to jednak sporo. Chciałabym jednak napisać o fragmencie pewnego filmu, który wyjątkowo mnie zainteresował, a zarazem zabolał. Mam tu na myśli „To wspaniałe życie”.
       
Mary - szczęśliwa żona
Pod koniec filmu bohater postanawia popełnić samobójstwo. Odwiedza go anioł. Pokazuje mu, jakby wyglądał świat, gdyby się nie urodził. Oczywiście to pasmo klęsk i niepowodzeń innych ludzi, bo przecież na tylu z nich miał wpływ nasz bohater. Koniec końców bohater pyta o swoją żonę: „Gdzie jest Mary?”. Anioł odpowiada mu, że nie spodoba mu się to, co usłyszy. Ponieważ nasz bohater nie przyszedł na świat, więc jego żona nigdy nie wyszła za mąż. Jest starą panną, a do tego… bibliotekarką!
         I w zasadzie nie wiadomo, co jest gorsze. Bycie starą panną, czy bycie bibliotekarką. Maria nie jest już piękna, jak w poprzednich kadrach. Jest nieatrakcyjna i ma zbolałą minę, jakby bycie bibliotekarką unieszczęśliwiało wszystkie kobiety, które wykonują ten zawód. 
Mary - bibliotekarka
         Film „To wspaniałe życie” nakręcono w 1946 roku. Mamy rok 2017. Po siedemdziesięciu jeden latach stereotyp nadal trzyma się dzielnie. Pracujemy w bibliotece we trzy. Wszystkie jesteśmy bibliotekarkami. Wszystkie jesteśmy starymi pannami. I zapewniam, żadna z nas nie chodzi z tak skwaszoną miną. Co więcej, ośmielamy się bywać zadowolone. Mary, ach Mary, jakaś ty biedna, bo nie masz męża i jesteś bibliotekarką! A może jednak należałoby dobremu Mikołajowi za to podziękować?