środa, 30 listopada 2011

Henry Got szturmuje empik.com















W poniedziałek otrzymałam od wydawnictwa egzemplarz sygnalny mojej powieści. Muszę przyznać, że wygląda lepiej, niż się spodziewałam. Ku mojemu zdziwieniu okazało się, że książka trafiła już także na stronę Empiku

Premiera „Milczących słów” zaplanowana jest na 14 grudnia 2011. Powieść będzie więc najprawdopodobniej dostępna przed Świętami Bożego Narodzenia i może stanowić prezent gwiazdkowy dla miłośników literatury fantasy i nie tylko. A skoro idą Święta i wszyscy proszą o prezenty i cuda, to ja też mam życzenie. Chciałabym, by to wydarzenie stało się pierwszym dniem tej lepszej reszty mojego życia. I kto wie, może właśnie to dostanę? Bo jak mówią słowa piosenki bożonarodzeniowej: „trzeba mieć marzenia, by doczekać ich spełnienia”. Jednym słowem, Henryku Gocie, jeśli mnie zawiedziesz, oświadczam, zabiję!

poniedziałek, 28 listopada 2011

Obserwuj. Chroń. Rejestruj. Kochaj.

Dziś będzie krótko, co w moim wykonaniu jest raczej rzadkością. Budowanie zdań pojedynczych nie jest moją domeną. Oto recenzja "Zawsze przy mniej stój" Carolyn Jess-Cooke - KLIK. A dla Mayi szczególne pozdrowienia i zyczenia przyjemności podczas czynności zapoznawania się z pewnymi bajowymi postaciami. O, tyle. Skończyłam.

sobota, 26 listopada 2011

"Jest nas tu wielu/ którzy czują, że życie to tylko żart/ Lecz ty i ja już przez to przeszliśmy/ i nie jest to nasz los"


Ostatnia sobota listopada, zatem ostatnie spotkanie z Henry’m Gotem. Tym razem wybrałam dwa fragmenty z tomu trzeciego – „Melancholia światła”. Wydaje mi się, że pokazują Henryka w dość ciekawym świetle. Bo mimo, że nie jest to oswojony lew, można go też kochać. A jako dodatek do lektury przecudowna piosenka Boba Dylana „All along the Watchtower”. Zatem nie przedłużając, pozostawiam Was z Henry’m Gotem. Miłej lektury!



Alicja wstała, założyła swoje ulubione bamboszki z wymalowanymi pieskami (nawet pogromca wampirów musi mieć prawo do odrobiny ekstrawagancji) i człapiąc, noga na nogą, ruszyła na poszukiwania swojego ulubionego smakołyku. Schodząc po schodach, czuła każdy mięsień i przeklinała, ze Wartownia musi się mieścić w starym klasztorze, a nie w jakimś nowoczesnym budynku z windą. Szła po omacku, tak bardzo była zmęczona. Nie potrafiła zapanować nad klejącymi się oczami. No, wreszcie postawiła stopę na podłodze głównej sali.
- Dzień dobry, Alicjo.
Ala odskoczyła i wrzasnęła ze strachu. W mroku dostrzegła jedynie niewyraźny zarys sylwetki siedzącej na kapanie, nieco mroczniejszy niż ciemność, która ją otaczała. Nici z ciastek. To miałaby być moja ostatnia przedśmiertna myśl?, przeszło jej przez głowę. Ciemna sylwetka wstała. Alicja przezornie zrobiła krok w tył. Usłyszała poruszenie na górze. Ktoś zapalił światło. Korzystając z harmidru wywołanego jej krzykiem, chwyciła miecz pozostawiony poprzedniego wieczoru na stole.
            Ciemna sylwetka okazała się mężczyzną w wieku około trzydziestu lat. Był wysoki i bardzo przystojny. Miał przepiękne, błyszczące czarne oczy. Kasztanowe loki, opadały delikatnie na ramiona. Uśmiechnął się do niej. A ten uśmiech był tak ujmujący, iż poczuła, że jej serce topnieje.
- Nie zrobię ci krzywdy, Alicjo – ten głos był jak muzyka.
Usłyszała kroki na schodach. Dopiero teraz zdołała oderwać od niego oczy. Był tak piękny, że patrzenie na niego sprawiało fizyczny ból. Żaden człowiek nie może być tak piękny, przebiegło jej nagle przez myśl. Koło niej stanęła właśnie Inturei. Zdziwiona przyglądała się przybyszowi. Pogromczyni i nieznajomy mierzyli się wzrokiem. Wreszcie mężczyzna pochylił głowę z uznaniem i głęboko się ukłonił.
- Chwała na wysokości Bogu, a na ziemi pokój ludziom dobrej woli.
- I ty mówisz o Bogu? – zapytała pogromczyni. Alicja nie mogła nie zauważyć, że ustawiła się między nią i mężczyzną, tak aby ją zasłonić.
- Pan wie, co było i co jest, a także zna wszystkie możliwe i nieprawdopodobne rozwinięcia przyszłych wydarzeń. A zatem wszystkie decyzje podejmowane przy pomocy wolnej woli przez ludzi i aniołów dzieją się tak naprawdę za zgodą i z woli Boga. Wszystko jest cząstką wielkiego boskiego planu, który ma swój cel, choć my nigdy nie będziemy w stanie go pojąć…
Pogromczyni widocznie nie miała ochoty wdawać się w teologiczne dysputy. Przewróciła niecierpliwe oczami. Mężczyzna uśmiechnął się i zmienił temat:
- Masz głos wampira, Elizjon. Mówił ci to ktoś? – patrzył na nią chwilę, machnął ręką, jakby się zreflektował. – Wybacz, stare przyzwyczajenia. Zresztą głos to nie wszystko… Głos masz wspaniały, wyśmienity, ale nie, żaden byłby z cienie członek rodziny żyjących po śmierci…
Oliwer, mimo powagi sytuacji, czyli obcego faceta, najprawdopodobniej wampira, spacerującego po salonie Wartowni o czwartej w nocy (albo nad ranem, jak kto woli), parsknął śmiechem. Elizjon spiorunowała go wzrokiem, a wampir kontynuował:
- Wybacz, młoda damo, ale żaden byłby z ciebie krwiopijca. Nie masz, jakby to rzecz, charakteru wampira. A jeśli miałabyś być takim wampirem kaleką jak ci wegetarianie, to lepiej już umrzyj człowiekiem…
Elizjon przyrzekła:
- Masz moje słowo.
Uśmiechnęli się do siebie.
- Co ty tu robisz? – zapytała, korzystając z możliwości zmiany tematu. – Jak w ogóle wszedłeś?
Zaśmiał się.
- Myślałaś, że będę kłopotał się kupowaniem biletu na samolot? Po prostu otworzyłem sobie portal.
W holu zebrali się pozostali. Franek przecierał oczy, Wanda miała dziwnie potargane włosy, a Jeremi był w jednym klapku. Julia dopiero teraz przewiązywała się szlafrokiem.
- Co do odpowiedzi na pierwsze pytanie, przybyłem, bo uznałem, że potrzebujesz mojej pomocy. Czyż nie tak czynią przyjaciele, Elizjon?
Rozejrzał się z zaciekawieniem po pomieszczeniu. Potem spojrzał na nich. Uśmiechnął się. Alicja zauważyła, że mężczyzna traktuje pogromczynię z niezwykłym szacunkiem.
- Zatem to jest Lux.  Masz zaprawdę niezwykłych przyjaciół, Elizjon Keller.
- To prawda – odpowiedziała, uśmiechając się.
- Wiem, co chcesz zrobić i nie podoba mi się to.
- On zabija ludzi – odpowiedziała hardo, prostując się.
Mężczyzna pokiwał ze zrozumieniem głową. Chwilę patrzył jej w oczy, a potem się uśmiechnął.
- Zapomniałem jaka potrafisz być uparta, Elizjon. Zuzanna była wybawicielką, tylko ona mogła podźwignąć z upadku pierwotnego…
- Kochała cię, Henry Gocie, to wszystko.
- Ale ty, Elizjon… Ty jesteś inna. Oddałabyś życie nawet za osobę nieznajomą. Chcesz dawać ludziom to, czego pragną, zupełnie nie pamiętając o tym, czego sama chcesz. I zupełnie nie znasz w tym umiaru. Cholerna z ciebie altruistka, młoda damo.
Pokręciła głową.
- Ale to nie jest powód, dla którego tu jesteś – nie dawała za wygraną.
Wampir puścił tę uwagę mimo uszu i kontynuował:
- Ty i ja jesteśmy podobni. Choć trudno ci to zaakceptować, łączy nas coś bardzo silnego, Inturei, Pogromczyni Spoglądająca w Siebie.
- Przecież nie umiłowanie prawdy – zakpiła. 
- Nie, Elizjon, bunt. Masz odwagę za wszelką cenę bronić tego, w co wierzysz. Odeszłaś, choć wiedziałaś, że możesz zapłacić za to najwyższą cenę, głowę, ten bezcenny kapitel ciała. A jednak zrobiłaś to, bo wydało ci się, że tak trzeba, że to słuszne. Potrafiłaś znaleźć w sobie tyle siły, by się sprzeciwić. Wiem, nie widzisz w tym nic niezwykłego, ale niewielu ludzi na to stać… To właśnie ludzie podobni tobie, mający siłę, by wyrazić sprzeciw, zmieniają świat.
Elizjon zagryzła wargi. Mogła żyć w spokoju, nieścigana przez łowców, nie nienawidzona przez wszystkie wampiry w promieniu tysiąca kilometrów. A jednak zamieniła spokojne życie laboratoryjnej szczurzycy na wyrok śmierci od obu stron i przywództwo tajnego stowarzyszenia, do którego należały w zasadzie… dzieci. Oto była jej niezgoda na otaczający ją świat. I już nie wiedziała czy to bardziej śmieszne, czy bardziej tragiczne. Wyraziła sprzeciw, ale czy coś tak naprawdę udało jej się tym gestem zmienić?  Może nie dane nam jest być nikim więcej, niż naprawdę jesteśmy? Zauważyła, że wampir jej się przygląda. Uśmiechnęła się do niego. Pomyślała, że w jakiś dziwny, tylko jej wiadomy i zrozumiały sposób, brakowało jej go. Nie chciała kontynuować przerwanej dyskusji. Wiedziała, że Parszywa Siódemka bacznie się przysłuchuje, odkąd usłyszeli słowo „śmierć”. Byli na nie ostatnio wyczuleni.
Machnął ręką, przechadzając się po pokoju.
- Nie powiedziałem, że nie wolno ci go zabić, Elizjon – stwierdził, wyrywając ją z zamyślenia. -  Musisz to uczynić, ale nie dasz rady sama…
- Nie jestem sama.
Znów rzucił im przelotne spojrzenie.
- Taaak… Wydaje ci się, że już nic nie mogę, prawda? Może nie jestem już superszybki, nie mam nadnaturalnej siły ani słuchu, ale wciąż potrafię to… - jego oczy w jednej chwili pociemniały. Czerń całkowicie przysłoniła białka.
I nagle w swych głowach usłyszeli. Miecze w dłoń. Elizjon zobaczyła, jak jej własna ręka wysuwa się po broń. Dlaczego mam robić, co on mi każe…odezwał się jakiś głos w jej głowie. Nie! Zmusiła się, by nie wykonać polecenia. Zamrugała i zobaczyła, że inni trzymają miecze w dłoniach. Wampir uśmiechnął się do niej.
- Wycelujcie je ostrzem w swoją stronę i przyłóżcie do piersi.
Wszyscy wykonali polecenie. I nagle, podobnie jak ona zamrugali. Wampir ich puścił.
- Miałaś próbkę jak szybko skończy się ta walka, Elizjon. Niewielu spotkałem ludzi o woli taki silnej jak twoja i jeśli mam rację, żadnego już nie spotkam…
- Co twoim zdaniem powinnam zrobić? – zapytała.
- Wszystko po kolei –wampir podszedł i spojrzał w oczy pogromczyni. – Odpowiedz mi najpierw na jedno pytanie. Ufasz im, Elizjon?
Pogromczyni skinęła głową.
- Ufam... Przeważnie… Od czasu do czasu… W tej chwili tak.
Młody mężczyzna pokiwał poważnie głową.
- Zatem siadajcie.
Członkowie Lux pozostali sceptyczni.
- Słyszeliście, siadajcie.
Poodkładali swoje miecze i patrząc na przybyłego nieco wilkiem, zajęli swoje stałe miejsca. Elizjon dostawiła sobie krzesło. Wampir wstał. 
- Wybacz, Elizjon. Jestem jednak dzieckiem poprzednich epok. Przedstaw mnie.
Pogromczyni dokonała prezentacji.
- Lux: Dublerze, Niezłomna, Błystko, Mąciwodo, Złodziejko Myśli, Błędny Ogniku, Pędziwietrze przedstawiam wam Henry’ego Gota – spojrzała karcąco na Bartka. – Wstrzymaj się z prośbą o podpisanie książki, bo cię zabiję.
Wampir zaśmiał się szczerze.
- Będzie i czas po temu, mam nadzieję. Ile oni wiedzą, Elizjon?
- Mniej więcej tyle, ile napisane jest w książkach, Henry.
Wampir zmarszczył brwi.
- Czyli niewiele – spojrzał na nich. – Nazywam się Henry Got. Henry Got wampir, tak mówią o mnie niektórzy – przedstawił się, a potem zwrócił ponownie do pogromczyni. - Przepraszam, Elizjon.
- Za co?
- Za to, co właśnie teraz zrobię.
Wstańcie! Usłyszeli w myślach władczy głos. Posłusznie wstali, nie mogąc się sprzeciwić. Miecze w dłoń. Ich dłonie po raz kolejny wyciągnęły się po broń i mocno zacisnęły na rękojeści. Gdy policzę do trzech przebijecie się nimi… Raz…Dwa… I wtedy w ich myśli wdarło się światło. Usłyszeli głos pogromczyni: Dość! Mrugali zdziwieni, próbując zrozumieć, co się stało. Blada Intueri, oddychała ciężko. Przytrzymywała się stołu i drżała lekko.
- Dlaczego? – zapytała wampira.
- Nigdy nie spotkałem człowieka, który miałby tak silną wolę jak ty, a jednocześnie odczuwał przemożną potrzebę chronienia innych ludzi, Elizjon.  Nie pozwolisz, by komukolwiek z tej siódemki stała się krzywda.
- I żeby to sprawdzić wystawiłeś mnie na próbę, Henry?! – wrzasnęła na niego. – To chore!
Wampir delikatnie poklepał ją po ramieniu.
- Może i chore, ale udowodniłem, co chciałem.
Pogromczyni opadła na krzesło i ukryła twarz w dłoniach

Henry zapukał do drzwi pokoju pogromczyni. Odczekał chwilę, zdziwił się, gdy nie usłyszał odpowiedzi. Delikatnie nacisnął klamkę i wszedł do środka. Elizjon leżała na łóżku, przykryta pledem. Ciemne włosy rozsypały się wokół poduszki. Była tak drobna i delikatna, iż bardziej przypominała dziecko niż młoda kobietę. A jednak, gdy ją dziś zobaczył, nie mógł nie zauważyć, że w oczach miała ból i smutek. Były zbyt głębokie i poważne jak na oczy młodej osoby. Twarz miała poszarzałą i zmęczoną. Elizjon wiedziała, że śmierć już blisko, a mimo to nie zamierzała się poddać. Wciąż uciekała. Nie przed wampirami, ani nawet nie przed Biegunami. Elizjon, Łowczyni, Która Rozważała Siebie, uciekała przed pustką jałowego życia. Utraciła przyjaźń i utraciła miłość. Wydawało się, że nie ma już nic do stracenia. Elizjon, kobieta o imieniu przywodzącym na myśl krainę, do której odchodzą dusze ludzi dobrych, uciekała przed czymś najstraszniejszym. Przed pustką jałowego życia. Najbardziej bała się właśnie… pustki. Dręczył ją horror vacui.
 Delikatnie pochylił się i dotknął jej ramienia. Otworzyła oczy, spojrzała na niego i uśmiechnęła się. Usiadła, przecierając twarz wierzchem dłoni. Wyciągnęła z uszu słuchawki odtwarzacza mp3. Przysiadł na łóżku koło niej i spojrzał w duże, ciemne oczy Elizjon. Oczy sarenki.
- Wiem, co chcesz zrobić i nie podoba mi się to – powtórzył z uporem. – Wiem, że nie masz zamiaru pozwolić im walczyć. Postanowiłaś samotnie zapolować na pierwotnego i dać mu się zabić.
Elizjon otuliła się pledem. Sięgnęła do stolika nocnego po plastikowe serduszko i przełamała je.
- Myślę, że to najlepsze wyjście.
- Dać się zabić?
- To być może kwestia godzin, zanim pogromcy wyślą po mnie egzekutora. Dostałam już ostrzeżenie. Jestem pewna, że matka wyznaczy to zadanie Amonowi. On odmówi i zostanie uznany za zdrajcę. A karą za zdradę jest śmierć.
- Więc chcesz się podłożyć pierwotnemu, by Amon nie musiał cię zabić?
Elizjon potrząsnęła przecząco głową.
- Nie. Ponieważ to ja nie chcę oglądać jego śmierci. Straciłam wszystkich, których kochałam. Nie chcę już utracić nikogo więcej – stwierdziła z uporem.
Henry Got pokiwał ze zrozumieniem głową.
- Nikt jeszcze, przez wszystkie moje żywota, nie spotkałem człowieka tak niezwykłego jak ty, Elizjon Keller. Jesteś gotowa poświęcić wszystko dla sprawy, w którą wierzysz, a jednocześnie…
- Powtarzasz się – zauważyła, a jednak spojrzała na niego zaciekawiona.
Henry chwycił ją za rękę i uścisnął. Jego dłoń była ciepła, jej zimna niczym lód. Uśmiechnęła się. To zabawne, przecież powinno być na odwrót.
- Powołał cię Pan na bunt, Elizjon – poklepał ją po dłoni. – Nie zapominaj o tym. Powołał cię Pan na bunt. 
- Powiedziałeś, że ludzie tacy jak ja zmieniają świat. Ale ja nie czuję, by coś się zmieniło… Nie czuję, bym ja coś zmieniła. Świat jest, jaki był.
Henry Got zapatrzył się w przestrzeń.
- Słyszałaś kiedyś o Bobie Dylanie?
Odsunęła się nieco i popatrzyła na niego zdezorientowana.
- Tym piosenkarzu?
- Wolę o nim myśleć jako o niespełnionym poecie…
- Hmm… Ale co on ma wspólnego… - szukała właściwego określenia -… z tematem naszej rozmowy?
- Co ma wspólnego z tobą? Pozornie nic, a jednak. W tysiąc dziewięćset sześćdziesiątym siódmym roku, po ciężkim wypadku motocyklowym, napisał piosenkę bardzo różniącą się od dotychczasowych, „All Along the Watchtower”.
- „Wciąż wokół strażnicy”?
- Dokładnie. Jej słowa brzmiały tak: There must be some way out of here,/ said the joker to the thief,/ There's too much confusion,/ I can't get no relief./ No reason to get excited,/the thief, he kindly spoke,/ There are many here among us/ who feel that life is but a joke./ But you and I, we've been through that,/ and this is not our fate.[1]
Elizjon uśmiechnęła się. Przez sekundę znów była tamtą wesołą, skorą do żartów optymistką o dużych, świecących oczach. Taką pamiętał ją z początków znajomości z Zuzanną. Wtedy wydawało się, że nic nie może jej zmienić, że nic nie może zachwiać jej wiary. Gdy z nim zamieszkała, była już kimś zupełnie innym. Tamta gdzieś zniknęła, pozostała tylko ta surowa i zasadnicza. A może nie zniknęła, może nigdy nie istniała, a tylko jego pisarski umysł, skory do ubarwiania świata, wymyślił ją sobie taką. Ale nie. Ślad tamtej minął w twarzy Elizjon. Mignął i znikł. Dobrze wiedzieć, że wciąż jeszcze potrafiła odnaleźć w sobie tamtą…
Spojrzała mu w oczy i stwierdziła:
- Zaszczytem było cię poznać, Henry Gocie.
Oparł czoło o jej czoło. Przyszło mu do głowy, że stał się niezwykle ludzki w  bardzo krótkim czasie.
- Nawet tym, którzy popełnili wielkie błędy, może zostać wybaczone. Jestem na to żywym przykładem. Zatem nie żegnaj się ze mną, Elizjon. Spotkamy się jeszcze… Nie ma znaczenia czy po tej, czy już po tamtej stronie. Wiesz doskonale… Życie, śmierć to tylko słowa. Lecz ty i ja już przez to przeszliśmy i nie jest to nasz los…
Dziewczyna, nic nie mówiąc, oparła mu głowę na ramieniu. Westchnęła cicho. Oboje przypuszczali, ze niebawem zapłaci cenę za swój bunt. Ktoś, wampir lub łowca, sprawi, że głowa, bezcenny kapitel ciała, na zawsze odłączy się od tułowia. Dekapitacja. Taki miał być niehonorowy koniec życia Elizjon Keller. Wampir delikatnie otoczył ją ramieniem.
- . Zmieniłaś go… choć być może już nie dla siebie.
Elizjon zapatrzyła w przestrzeń niewidzącym wzrokiem.
- Dwóch konnych jeźdźców widać i wiatr zaczyna wyć…



[1]"There must be some way out of here," said the joker to the thief,
"There's too much confusion, I can't get no relief.
Businessmen, they drink my wine, plowmen dig my earth,
None of them along the line know what any of it is worth."

"No reason to get excited," the thief, he kindly spoke,
"There are many here among us who feel that life is but a joke.
But you and I, we've been through that, and this is not our fate,
So let us not talk falsely now, the hour is getting late."

All along the watchtower, princes kept the view
While all the women came and went, barefoot servants, too.

Outside in the distance a wildcat did growl,
Two riders were approaching, the wind began to howl.
Musi być stąd jakieś wyjście,/ powiedział błazen do złodzieja,/ Tym miejscem rządzi chaos/
I końca trosk nie widać/ Nie ma się co unosić,/ powiedział uprzejmie złodziej,/ Jest nas tu wielu/ którzy czują, że życie to tylko żart/ Lecz ty i ja, już przez to przeszliśmy/ i nie jest to nasz los

czwartek, 24 listopada 2011

Jeden dzień zapisany w setkach różnych dat

Kiedy zobaczyłam w zapowiedziach na listopad film „Jeden dzień”, postanowiłam pójść na niego do kina. Nie wiedziałam nic o fabule, nie wiedziałam, że nakręcono go na podstawie książki. Widziałam plakat, który podobał mi się, ale też nie tak, jak potrafią zawładnąć mną niektóre plakaty filmowe – choćby ten do „Iluzjonisty” czy „Mostu do Terabithii” (przyjaciele wiedzą jak dziwaczne, zakręcone i… uciążliwe potrafi być to, że je kolekcjonuję; kobiety powinny kochać i kolekcjonować buty, ja kocham i kolekcjonuję plakaty filmowe). Wiedziałam jedno. Anne Hathaway. Żona Szekspira. Znak jakości jakich mało. Uznałam, że m-u-s-z-ę zobaczyć ten film.
I nagle, jedenastego listopada konsternacja, jak to nie ma? W Cinema City nie ma? W Multikinie nie ma? A gdzie jest? Kinepolis? Mamże ja drałować półtorej godziny na drugi koniec miasta? To byłaby ciężka próba dla mej miłości. Uratowało mnie Rialto, niewielkie kino studyjne. Tanie czwartki z biletami po dwanaście złotych. Jeden seans co kilka dni. I znów konsternacja: czy to może być aż tak niszowy film? Naprawdę? Serio, serio, jak by powiedział klasyk? No nic, postanowiłam zaryzykować. Uzbrojona w portfel, nadzieję, że się nie zawiodę i przyjaciółkę, która zgodziła się mi towarzyszyć, wyruszyłam na poszukiwanie Rialto…
Oto jestem. Kupiłyśmy bilety. Czekamy. Widzę nagle kosze z plakatami i odzywają się dla mnie wszystkie chóry anielskie. Patrzę na prawo, patrzę na lewo… i rzucam się na zdobycz. Mam, mam plakat z Żoną Szekspira, już uznaję wyprawę za udaną. Jak przewodnik stada uświadamiam reszcie zebranych w pomieszczeniu, że do kosza można podejść, pogrzebać i wciąć sobie plakat. Na szczęście miałam już swój, gdy zakotłowało się w kąciku z plakatami.
Kurtyna w górę, przed nami ekran (w Rialto naprawdę jest kurtyna). Film. Emma i Dexter. Dwadzieścia lat. Jeden dzień. Obserwujemy życie tych dwojga przez dwadzieścia lat, za każdym razem 15 lipca. I choć nie rozumiałam, jakim cudem tak fajna, inteligentna dziewczyna jak Emma mogła się zakochać w takim bawidamku jak Dex, polubiłam ją. Dowcipna, ironiczna, niespełniona pisarka, jak nie pokochać? („Kelner-dziennikarz, kelner-komik, kelner-aktor, a ty, co masz po myślniku, Emmo?”; uwielbiam to zdanie). Stwierdzenia Emmy Morley sprawiały, że po widowni raz po raz przetaczały się salwy śmiechu. Uważam, że Em i Dex kompletnie do siebie nie pasowali, jak połówka jabłka do połówki pomarańczy. A jednak, gdy się w końcu zeszli, byli przecież szczęśliwi.  Żona Szekspira mnie nie zawiodła. Była świetna w roli Emmy. Choć, tu znowu, zdecydowanie wolę długowłosą Anne Hathaway. I wreszcie to zakończenie. Kiedy kamera w wąskiej uliczce powoli oddala się od Emmy. Masz kilka sekund, by zrozumieć, by sobie to uświadomić. I myślisz sobie z niedowierzaniem, jeszcze zanim to się dzieje: „No nie, naprawdę?”. Właśnie wtedy przez widownię przetacza się fala silnych emocji. Kto był w kinie i to poczuł, wie o czym mówię. Odczułam wewnętrzny sprzeciw. Tak silny, jakiego nie czułam od momentu „Nostalgii anioła”, czyli już jakieś dwa lata.   
Watro zobaczyć „Jeden dzień”. Warto dla cudownej (niestety krótkowłosej, tak, wiem, nie zgadzasz się ze mną) Anne Hathaway. I dla kilku naprawdę dobrych, malowniczych kadrów. Ten film niewątpliwie wzbudza emocje. Przez chwilę, ale za to silne. Może nawet jest odrobinę kiczowaty. A jednak nie żałuję, że wybrałam się na niego do kina. No i mam plakat, uwierzycie?! A książka, myli się ten, kto sądzi, że jej nie kupię. Może nawet przeczytam w najbliższym czasie. Biorąc pod uwagę, jak wysoki mam stos na stoliku (już się chwieje, ciekawe, kiedy przewróci się na bok jak Titanic) to byłby ewenement…

wtorek, 22 listopada 2011

Świadek


Marrwan Accad jest współwłaścicielem firmy ochraniającej bogaczy. Zostaje wynajęty, by odnaleźć uprowadzoną przez porywaczy żonę Bliskowschodniego potentata. Ten jednakże niebawem zostaje zamordowany. Zamachowiec próbuje także pozbyć się Accada. Mężczyzna zmuszony jest uciekać przed nieznajomym wrogiem. Musi uniknąć pogoni, a jednocześnie dowieść swojej niewinności. Po piętach depcze mu bowiem zawzięty inspektor francuskiej policji, przekonany, że Accad zabił zleceniodawcę.  
W „Świadku” Josha McDowella, bo o tej powieści mowa, sprawnie przeplatają się elementy powieści sensacyjnej i rozważania religijne. Akcja rozgrywa się ponadto na Bliskim Wschodzie. Jak zauważa jeden z bohaterów, są to te miejsca, w których dzieje się Biblia. Jednym z nich jest choćby przepiękne, wykute w kamieniu starożytne miasto Petra.
Przepiękna Petra
Główny bohater często zastanawia się, co to znaczy być dobrym człowiekiem, czy możliwe jest, aby ktoś taki jak on, trafił do nieba. I choć nieoczekiwane nawrócenie Marrwana Accada oraz jedno nagła chęć poznania Boga i radykalnej zmiany swojego życia, wydają mi się nieco naciągane, same rozmowy o Jezusie – prowadzone przez Marrwana i pastora Nour – są niezwykle ciekawe i prowokujące do myślenia. Podczas lektury wyczuwa się, że autor jest znawcą tematu i doskonale orientuje się w kwestiach problematyki religijnej. Choć przyznać muszę, że ja również pozostaję wśród sceptyków, jeśli chodzi o problem datowania Nowego Testamentu, z tym większą ciekawością prześledziłam argumenty pastora Nour. Niektóre z nich zupełnie mnie nie przekonywały –  pastor dowodzi, że Ewangelie są naocznym świadectwem ludzi, którzy stykali się z Chrystusem, jednakże zupełnie pomija fakt, że to Kościół wybrał akurat te, a nie inne teksty i że istniała cała masa innych przekazów.
Pomimo wątpliwości i sceptycyzmu, z którymi podchodzę do niektórych tez pastora, nie żałuję czasu poświęconego lekturze „Świadka”. O religii warto rozmawiać, warto pisać. A jeśli jest to jeszcze przy okazji zajmująca powieść sensacyjna to należy choćby dać jej szansę. 

Za egzemplarz recenzencki serdecznie dziękuję Wydawnictwu:

piątek, 18 listopada 2011

Dziewczyna, której buty być może miały duszę...

Okazuje się, że pojawił się jeszcze jeden powód, by nazwać listopad miesiącem Gota. Wczoraj znalazłam „Milczące słowa” w zapowiedziach na stronie księgarni wydawnictwa Novae Res. W zeszłym tygodniu obiecałam zainteresowanym, że będą mieli możliwość poznać Elizjon, dziewczynę której podeszwy butów mają duszę. Poniższy wyimek to opis jednego z jej pierwszych spotkań z łowcą Amonem. On miał ją za snobkę, ona na każdym kroku robiła sobie z niego żarty. Nie znosili się? Cóż, niekiedy właśnie ci, którzy się nie znoszą, zakochują się najmocniej.



Instrukcja obsługi tekstu:
1) Zamykamy oczy i wyobrażamy sobie długie kamienne pomieszczenie, oświetlone jarzeniówkami. Ściany białe. Jedna cała zapełniona szklanymi akwariami i klatkami z białymi myszkami. Pod drugą ścianą biurko, na nim włączony laptop. Już? Oto jesteście w piwnicy, królestwie Elizjon.
2) Włączamy sobie poniższą piosenkę.

3) Czytamy tekst. Miłej zabawy!


Elizjon lubiła piątkowe wieczory, kiedy zostawała w laboratorium zupełnie sama. Była najmłodszą stażem szczurzycą, dlatego to właśnie do jej obowiązków należało karmienie białych myszek i sprzątanie ich akwariów. Robiła to raz w tygodniu. Właśnie w piątek wieczorem, kiedy laboratorium pustoszało. Czyszczenie klatek nie wydawało jej się niemiłym zajęciem. Przeciwnie, w pewien sposób nawet to lubiła. Jeśli człowiek nie ma na coś wpływu, dobrze jeśli to zaakceptuje, po co niepotrzebnie się gryźć? Stres skraca życie. Napełniła duży srebrny zlew wodą z płynem. Odwróciła się do ściany. W równych, poprzedzielanych od siebie, wnękach stały akwaria z myszami. Wzięła się pod boki.
- To co, czego dziś posłuchamy? – Myszy nie zareagowały na jej pytanie. – Zapomniałam, dzieci, ryby i białe laboratoryjne myszki głosu nie mają.
Podeszła do swojego laptopa i puściła muzykę. Niezbyt głośno. Wiedziała, że myszy nie lubią głośnej muzyki. Zresztą ona też niezbyt za nią przepadała. Wyjęła z szafy stojącej pod ścianą czyste akwarium, napełniła je trocinami. Z półki wyciągnęła akwarium z Kartezjuszem, postawiła je na podłodze obok czystego. Mysz przełożyła, czyste akwarium odstawiła na półkę. Z brudnego wyrzuciła trociny. Zaniosła je do zlewu, umyła, przełożyła do sąsiedniego zlewu, opłukała czystą wodą i odstawiła do góry dnem, by wyschło. Piątkowe wieczory były dobrą okazją do swobodnej wędrówki myśli. Elizjon myła, czyściła, jej stopy bezwiednie wystukiwały rytm piosenki, a myśli błądziły daleko poza murami tego okropnego, gotyckiego zamczyska.
Znów szafka. Po raz kolejny postawiła na podłodze czyste akwarium i wymościła ściółką. Mysz chwyciła za ogon. Uniosła ją do oczu.
- No Imannuelu, twoja kolej. Znów będziesz próbował uciekać?
Odłożyła mysz, napełniła pojnik i karmnik. Potem odstawiła akwarium na półkę. Wyrzuciła trociny i zaniosła brudne szkło do zlewu. Muzyka z głośników sączyła się cicho. Elizjon lubiła tę piosenkę. Podobała jej się wizja butów o zdartych podeszwach, które mają duszę. Było w tym coś zabawnego. Ciekawe czy dusza buta też miałaby dwadzieścia jeden gramów? Przyjrzała się swoim czarnym baletkom, ozdobionym zabawną, przekrzywioną kokardką z koralików, które dziwnie kontrastowały z białym, wykrochmalonym i sztywnym kitlem.
- To historia o dziewczynie, która wypłakała rzekę i zatopiła cały świat. I podczas, gdy wygląda tak smutno na zdjęciach, całkowicie kocham ją…[1] - przetłumaczył piosenkę, słowo po słowie.
Odwróciła się. Stał niedbale oparty o framugę i przyglądał jej się, bezczelnie się uśmiechając. Miał jasne, pszeniczne włosy, duże jasnobłękitne oczy i bezczelny uśmiech łotrzyka.
- Proszę, proszę, pan erudyta. Długo już tu stoisz?
- Wystarczająco. Przyjemnie, kiedy widoki ładne… - uśmiechnął się.
Zdenerwowany Kartezjusz zapiszczał. Elizjon drgnęła, szczęśliwa, że może skorzystać z okazji, by się odwrócić. Zignorowała słowa chłopaka.
- Myślałam, że to najlepiej strzeżone miejsce na świecie. A jednak się tu dostałeś.
Usłyszała, jak zachodzi ją od tyłu. Stanął przy drugim zlewie. Wyciągnął z niego suche już akwarium.
- Na podłogę – machnęła ręką, by wskazać mu, gdzie ma je odstawić.
- Od razu przechodzisz do rzeczy, co?
Przewróciła oczami. W odpowiedzi opryskała go pianą. Spojrzała na swoje dzieło i wybuchnęła śmiechem. Otarł pianę z czubka nosa i stwierdził naburmuszony:
- Bardzo zabawne – nabrał pełną garść piany i cisnął wprost w nią. Oboje zaśmiali się.
Otarła twarz rękawem, podczas gdy łowca odstawił akwarium na wskazane miejsce. Potem wrócił i bez słowa chwycił za prysznic. Wzięła się pod boki i obserwowała go. Uśmiechnął się:
- No co, czyżby i taka pomoc była ci niemiła?
- Na poważnie. Jak się tu dostałeś?
- Jestem najlepszy.
- I bardzo skromny.
- Miło, że zauważyłaś.
- Której z dziewczyn buchnąłeś przepustkę? – nie ustępowała.
- Ach tam, zaraz buchnąłeś.
- Pożyczyłeś, jak zwał, tak zwał.
- Nic od nikogo nie pożyczałem. Zaczekałem aż wyjdzie ostatnia i wślizgnąłem się zanim drzwi się zamknęły. Najsłabszym ogniwem super zabezpieczeń są ludzie – stwierdził, puszczając do niej oko.
Podrygując w takt kolejnej piosenki podeszła do półek, uklękła na podłodze i napełniła trocinami akwarium, które wcześniej tam ustawił. Potem zawiesiła karmnik i pojnik, by na koniec przełożyć kolejną mysz. Chwyciła ją za ogon, uniosła i przyglądając jej się, zapytała:
- Jak się dziś miewasz, staruszku? – mysz zapiszczała i wykonała szybki ruch. Dziewczyna odsunęła twarz na bezpieczną odległość i natychmiast odłożyła ją do klatki. – Nerwus z ciebie, Achillesie.
- Dużo ich jeszcze?
- Już ci się znudziło? – odpowiedziała pytaniem na pytanie.
- Twoje towarzystwo nigdy nie mogłoby mi się znudzić. Przecież jesteś dziewczyną, która wypłakała rzekę i zatopiła cały świat. Ale nie sposób nie zakochać się w tobie, gdy się uśmiechasz.
- Kretyn – stwierdziła, kręcąc głową z niedowierzaniem. – I do tego bajerant.
- Komplementy z ust pięknej kobiety również nigdy mi się nie znudzą.
- Wyhamuj, donżuanie. Nawet nie wiesz, jak mam na imię.
- Nie przeszkadza mi to, ale rzeczywiście – otarł ręce w sweter i podszedł do niej z wyciągniętą dłonią. – Amon.
- Niezainteresowana.
Przewrócił oczami.
- Zaraz usłyszę ten frazes…
- Jaki znów frazes?! – Boże, jak on ją denerwował. Gdyby jeszcze wiedziała, dlaczego.
- Że nie umawiasz się z łowcami.
- Bo się nie umawiam.
- Niech zgadnę. Twój chłopak miałby coś przeciwko?
- Kiepskie podejście. Nie tędy droga. I nie twoja sprawa, czy mam chłopaka, czy nie.
- Zatem nie masz. W takim razie, co ci przeszkadza? Nie odpowiadam ci intelektualnie?
Elizjon zrobiła zdziwioną minę. Tego by się po nim nie spodziewała. Roześmiała się.
- Co cię śmieszy? – zirytował się.
- Nic, nic… Po prostu nie umawiam się z komediantami.
- Snobka.
- Cóż poradzić. Nie chciałeś dostać kosza od szczurzycy, trzeba było nie proponować jej, by postawiła ci zaległą kawę. Żałujesz inwestycji? Oddam ci dwa złote.
Wyraźnie poczerwieniał. Zacisnął pięści.
- Kpisz ze mnie.
- Cały czas – uśmiechnęła się promiennie. – Jeszcze dwa.
- Słucham?
- Dwa akwaria. Zdążymy przed dwunastą, jeśli nie będziesz się tak entuzjazmował, Amonie.  



[1] Nine Days, Story of a girl.

środa, 16 listopada 2011

Stos, którego prędko nie przeczytam

Dziś postanowiłam Wam zaprezentować nowy stosik. Mam świadomość, że z tego, który sobie zaplanowałam na wrzesień (tak, tak, na wrzesień) przeczytałam jedną powieść. Ale odkąd zaczęłam współpracę z „Qufantem”, mogę czytać to, o co poproszę. Jeśli książka mi się nie podoba, sama jestem sobie winna. Nikt mi jednak nie broni napisać, że nie przypadła mi do gustu. Dlatego, od jakiegoś czasu pozycje od Wydawnictw są na drugim planie. W tym również te ze stosu wrześniowego, o uformowaniu kolejnych nie mówiąc. Dziś prezentuję stos, którego… prędko nie przeczytam. Dlaczego? Bo jestem człowiekiem, który najpierw robi to, co musi, a dopiero potem to, na co ma ochotę. Skutek? Książki, których nie muszę zrecenzować, leżą i czekają, czekają, czekają… Ale, do rzeczy. Stosik, obok którego moja ulubiona śnieżna kula-lampka, zawiera:


1. Michael J. Sullivan „Królewska krew. Wieża Elfów” (recenzja TUTAJ),
2. Marianne Curley ( nagroda od „Qfantu” dla recenzenta października),
3. Gail Garriger (również nagroda od „Qfantu” za ekspresową i nadprogramową recenzję „Żabła trojańskiego”, szkoda jedynie, że to trzeci tom, dwóch pozostałych również nie znam).

To tyle. Z zanadrzu mam jeszcze drugi stosik, równie smakowity :), ale stosy, jak każdą przyjemność, należy dawkować.

Po prawej nieco udoskonalona wersja ankiety. Głosujcie, proszę!   

poniedziałek, 14 listopada 2011

Ankieta dotycząca mojej książki


Każda nauka opiera się na badaniach, zbieraniu danych, wyciąganiu wniosków. Nie jestem naukowcem, ale mnie również zleży na przeprowadzeniu pewnych „badań”, by zebrać „dane” i na ich podstawie wyciągnąć wnioski. Dlatego postanowiłam przeprowadzić swoją pierwszą ankietę. Bardzo mi zależy na jej prawdziwości, dlatego proszę, odpowiadajcie szczerze, a nie tak, by wprawić mnie w dobry humor. Ankieta, która będzie trwać miesiąc, po Waszej prawej ręce, do dzieła!

piątek, 11 listopada 2011

Dlaczego nikt nie lubi Zuzanny?

Przyznam, że jestem zdziwiona. Autentycznie zdziwiona. Kiedy w zeszłym tygodniu zamieszczałam fragment „Garderoby duszy” dotyczący Allison Nelson, nie liczyłam na większe zainteresowanie z Waszej strony. Nauczona doświadczeniem moich Przyjaciółek, miłych dziewczyn, które jednakże muszę długo prosić, by sięgnęły po moje teksty, nie spodziewałam się, że fragmentem zainteresują się blogerzy. A tu proszę, od tygodnia post o Allison Nelson jest najpopularniejszy, zaglądacie do niego najchętniej.
Dziś przejdziemy do punktu o Zuzannie. Dlaczego napisałam ją właśnie taką, jaką chciałam, mimo że niewielu czytelników darzy tę postać sympatią. Napisałam bohaterkę, która odczuwa strach, zauroczenie wampirem nie przeszkadza jej w lęku o własne życie. Jej głównym marzeniem nie jest zasilić szeregi krwiopijców. Napisałam bohaterkę inną od tych, do których przyzwyczaiły Was dziś paranormale. Może dlatego jej nie lubicie?
Instrukcja obsługi dzisiejszego wyimka:
1) poniżej widzimy okienko z filmikiem na youtubie (Klementyna Umer „Kołysanka Rosemary” – ulubione wykonanie Elizjon, żadne tam Anny Marie Jopek i Justyny Steczkowskie, które jedynie sprofanowały to, co piękne)
2) włączamy go i dokładnie się przysłuchujemy
3) by następnie:
a) odtworzyć go ponownie i przeczytać tekst (instrukcja dla tych, którym muzyka nie przeszkadza w skupieniu się na czynności czytania)
b) przeczytać tekst bez podkładu muzycznego (dla pozostałych)
            3) mile widziane zostawienie komentarza
            4) zainteresowani i ciekawi znajdują na youtubie teledysk do „Kołysanki Rosemary” Klementyny Umer i oglądają, gdyż jest genialny (nie zamieściłam go tu, by nie maltretować Was kolejnymi obrazkami i opowiedzianą tam historią)
            5) rozchodzimy się do domów, miłego dnia!     

(Mayu, przyciemniłam kolor czcionki. Mam nadzieję, że teraz lepiej. Jeśli nie, daj znać, postaram się jeszcze coś wymyślić.)



Zuzanna uważała, że Elizjon jest niezwykła. Należała do tych niewielu wybrańców losu, którym do szczęścia wystarczyło jedynie to, że chodzili po ziemi. Uśmiechali się niezależnie od okoliczności. Miała wrażenie, że gdyby Elizjon była zmuszona wyprowadzić się za koło podbiegunowe, wzruszyłaby ramionami, uśmiechnęła się od ucha do ucha i stwierdziła, że musi kupić cieplejszą kurtkę, najlepiej termoaktywną. Teraz Elizjon przyciągnęła spod ściany jakiś stary materac do ćwiczeń, rozłożyła go na środku sali i usiadła na nim po turecku. Na nogach miała niebieskie trampki w żółte kwiatki, a we włosy powplatane koraliki. Przed sobą ułożyła białe woskowane papierowe pudło. Zuzanna zmarszczyła brwi. Pudło zawierało sporych rozmiarów tort. Elizjon chwilę szperała po kieszeniach kurtki i wyciągnęła z jednej z nich samotną świeczkę. Wetknęła ją w tort. Spojrzała na Zuzannę.
- Zabijesz mnie. Zapomniałam zapałek.
Zuzanna usiadła obok niej na materacu.
- Wiesz, wolałabym żebyś mi powiedziała, co tu robimy. Dlaczego spotykamy się w sali gimnastycznej?
Elizjon przewróciła oczami.
- Wynajęłam ją – wyjaśniła. – W końcu ty jesteś tą od wampirów. Ci, z którymi ja przystaję, polują na ukrwionych inaczej. Nie widzisz tu konfliktu interesów?
- Cóż…
- No właśnie. Dlatego nam obu będzie się wygodniej żyło, jeśli nie zobaczą nas razem w kawiarni.
- Ale sala gimnastyczna?
- Zawsze możemy pograć w kosza, gdy już spałaszujemy twój urodzinowy tort. Musimy improwizować – powiedziała, biorąc się pod boki. Koraliki na przegubach jej dłoni podzwaniały głośno. - Wyobraź sobie, że świeczka się pali, pomyśl życzenie i dmuchnij.
            Kiedy jadły tort, Zuzanna odważyła się w końcu zapytać:
- Przeczytałaś książkę, którą ci dałam?
- Przeczytałam.
- Czy nie wydaje ci się, że tamta ja zachowywała się nielogicznie? Najpierw długo przekonywała wampira, by uczynił ją częścią swojego świata. Odmawiał, ale ona uparcie wracała. A potem, kiedy uległ… po prostu się wycofała się. – Zuzanna nerwowo pocierała dłońmi o kolana. – Wstydzę się tamtej siebie. Nie lubię tamtej siebie. Nie rozumiem jej – przyznała, patrząc w przestrzeń.
Elizjon wycelowała w nią widelcem.
- Widzisz, problem większości czytelników powieści fantastycznych polega na tym, że bardzo chętnie przyznają, iż chcieliby się do nich przenieść. Niczym w powieściach Cornelii Funke, puff i jesteś w środku książki.
- Czy jest w tym coś złego?
Elizjon przyglądała się kawałkowi tortu, który właśnie nadziała na widelec.
- Wiesz, głupota i naiwność to też rodzaje kalectwa tylko, że nie bolą.
Zuzanna zmarszczyła brwi. Nie rozumiała. Zagrzechotała kolorowa bransoletka, gdy Elizjon odkładała talerzyk z niedojedzonym kawałkiem tortu. Pokręciła się i usiadła wygodniej. Wyraźnie szykowała się na dłuższy wykład.
- Myślę, że zachowałaś się… że tamta ty zachowała się całkiem logicznie. Świat z książek wydaje się pociągający. Elfy, księżniczki, rycerze, tajne zakony, cała ta magiczna otoczka. Tamtą ciebie to niewątpliwie urzekło. Tylko, że gdy już się w ten świat wkroczy okazuje się, że nie jest po prostu fascynującą opowieścią. To nie książka, którą, jeśli się przestraszysz, możesz odłożyć i już nigdy do niej nie wrócić. To rzeczywistość, w której żyjesz. Rzeczywistość, od której nie ma ucieczki. Okazuje się, że nie ma rycerzy i dam. A co jest? Dokładnie to, co w historiach się pomija. Wokół tylko brud, cierpienie, łzy, walka o życie i ciągły strach. Tamta ty raz zachowała się mądrze. Właśnie wtedy, kiedy odeszła. Nie wiń jej za to, że poszła po rozum do głowy. Pytanie, jak postąpisz tym razem.
- A ty, jak byś postąpiła?
Elizjon odpowiedziała, nawet się nie namyślając:
- Nikt mi nie dał wyboru. Po prostu brutalnie wrzucono mnie w tę rzeczywistość. W ciągu jednej nocy musiałam znacznie zweryfikować i niestety uszczuplić swój zakres tolerancji wobec słowa „niemożliwe”. Ale prawda jest taka, że…
- Tak?
- Prawda jest taka, że nie chcesz żeby było normalnie, póki nie przestaje być.
- A mimo to zawsze tryskasz optymizmem – zdziwiła się szczerze Zuzanna.
- Jak wszyscy muszę sobie jakoś radzić żeby… nie zwariować – wyznała szczurzyca.
- Jak to jest żyć w twoim świecie?
Elizjon milczała, zastanawiając się, jak ubrać w słowa wszystko to, czego nie da się opowiedzieć. Filozofię ciągłej ucieczki i posiadania tylko tylu rzeczy, ile może zmieścić się w walizce. Chciała opowiedzieć o tym, że nie ma się swojego miejsca na świecie, nie ma się domu. O tym, że kochać to przy każdym rozstaniu myśleć, że widzisz twarz ukochanej osoby po raz ostatni, bo być może właśnie dziś zaprowadzą cię do kostnicy i wskazując na czarny worek na stole naprzeciw ciebie, będą wmawiać, że leżący w nim twór, ta plątanina rąk i nóg, być może od pary, z twarzą tak zmasakrowaną, iż nie da się dostrzec rysów, jest właśnie tą ukochaną osobą. Elizjon potrząsnęła głową. Czy to można ubrać w słowa? Muzyka… przyszło jej do głowy. Do Zuzanny przemawiała muzyka.
- Znasz słowa „Kołysanki Rosemary”?
Zuzanna entuzjastycznie potrząsnęła głową.
- Piękna melodia.
- Ze strasznymi i smutnymi słowami. Taka jest właśnie rzeczywistość, w której przyszło mi żyć. Gdy będziesz dokonywać wyboru, pomyśl o tym, że „świat to przekleństwo, wygrywa zły, dobry ginie. Dranie patrzą oczkiem złym, diabeł dzieci huśta im. W krąg się wznosi dym pochlebstwa, kłamstwa dym. Świat to szaleństwo i to bez żadnej metody.”
- Może tym razem dałabym radę? – zastanawiała się na głos Zuzanna.
Elizjon wpatrywała się w nią poważnie dwojgiem dużych czekoladowych oczu.
- Nie przekonam cię –  stwierdziła ze smutkiem i niedowierzaniem - Miejmy nadzieję, że łatwo zaakceptujesz świat, gdzie nawet zasypiając, trzeba „mieć oczy otwarte, bo grzech ma pierwszeństwo, a dobro trzech groszy niewarte”. Bo jeśli nie, ktoś najprawdopodobniej zginie. Oby tym razem to nie była żadna z nas.       

środa, 9 listopada 2011

Dwóch sympatycznych złodzei, czyli dwie powieści w cenie jednej

Czy wydaje Wam się, że schemat powieści łotrzykowskiej zniknął już na dobre, że to przeżytek niewarty wskrzeszania, jak zombie w horrorach, które trudno zaklasyfikować nawet do klasy B? Otóż... nie.Od jakiegoś czasu krążą w sieci recenzje powieści Michaela J. Sullivana, "Królewska krew. Wieża elfów". Pozwalam sobie dorzucić własną, poruszającą między innymi kwestię konwencji - KLIK. 

poniedziałek, 7 listopada 2011

Akta Dresdena. Front burzowy


Listopad z całą pewnością nie jest miesiącem burz. Choć nie da się zaprzeczyć, że w historii o Harry’m Dresdenie odgrywają kluczową rolę. Opowieść rozgrywa się przy akompaniamencie ulewnego deszczu. Dzięki uprzejmości „Qfantu” miałam możliwość zapoznać się z pierwszym tomem cyklu „Akta Dresdena” Jima Butchera. Przyjemna lektura. Czyżby nadszedł czas na zapoznanie się z serialem? Być może, choć teraz wszystko przegra z „Once upon a time”. To, ostatnimi czasy, zdecydowanie mój faworyt. Jestem po trzecim odcinku i mój zachwyt sięga zenitu, ale o tym innym razem ;). Dla zainteresowanych, już tradycyjnie, link do recenzji – KLIK.

sobota, 5 listopada 2011

Allison Nelson, czyli o tym, że wampirzyce też bywają kobietami z klasą


Zdecydowałam się na fragment z drugiego tomu trylogii o Henry’m Gocie i Zuzannie, pt. „Garderoba duszy”. Zaczniemy od ostatniego punktu z mojej czwartkowej listy – dlaczego Anita nie jest „czarnym charakterem”. W rzeczywistości nikt z nas nie jest dobry czy zły. W większości przesuwamy się, przybierając różne odcienie na skali szarości. Tak też staram się konstruować moich bohaterów. Przyznaję, wyimek, który wybrałam w większości opowiada o losach Marii Gerardi alias Mary Cromwell alias Anny Flaubert alias Samanthy Monroe alias Allison Nelson. Anita pojawia się tam jedynie epizodycznie, ale też można się o niej co nieco dowiedzieć, właśnie z przemyśleń Allison. Na temat postaci Ally słyszałam różne opinie. Zwykle czytelniczki definiują ją jako (tu cytaty) „wrednego babsztyla” lub „kawał nieobliczalnej cholery”. Sądzę, że to nie do końca prawda. Poza tym mam do niej pewien sentyment. A co tam, po prostu ją lubię! Może to źle o mnie świadczy. Z poprzednich wpisów wiecie już, kto zagrałby Allison, gdyby kręcono film na podstawie mojej książki. Czas abyście poznali ją osobiście. Zatem, Drodzy Państwo, przed Wami Allison Nelson.    


Allison Nelson obudziła się, przeciągnęła i wstała. Jedząc śniadanie, czytała poranną gazetę. Nie było dokąd się śpieszyć. Sesję miała zaplanowaną dopiero na osiemnastą. Podczas, kiedy Allison siedząc w swojej przestronnej kuchni, dobudzała się przepyszną kawą z ekspresu, za szklanymi szybami wielkich okien budził się również gwar przedmieścia Toronto. Odłożyła grzankę, krzywiąc się z niesmakiem. Strasznie trudno było pozbyć się niektórych ludzkich przyzwyczajeń. Brakowało jej przyjemności jedzenia. I choć cena ekspresu stanowiła gwarancję, że kawa, która piła z całą pewnością jest wyśmienita, Allison już od bardzo dawna nie czuła smaku czegokolwiek poza krwią. Westchnęła. Pomyślała, że gdyby po prostu wyrzuciła pieniądze, które zapłaciła za ekspres, w zasadzie wyszłoby na to samo.  
            Allison Nelson przyjęła swoją nową tożsamość zaledwie szesnaście lat wcześniej. Czym było szesnaście lat dla wampira – momentem tylko, zaledwie chwilką. W dziewięćdziesiątym pierwszym Samantha Monroe uznała, że stare imię i nazwisko bardzo jej już zbrzydły. Kilka tygodni trwało zanim zdecydowała się na nowe. Stwierdziła, że ostatnimi czasy najbardziej odpowiada jej imię Allison. Nazwisko Nelson postanowiła sobie pożyczyć od swojej ulubionej bohaterki książkowej tamtego okresu. Panna Nelson, Allison zachowała bowiem po przemianie wygląd dwudziestokilkulatki, była dobrze zarabiającym fotografikiem. Dwukrotnie trafiała jej się nawet sesja dla Vanity fair. To dzięki tym zleceniom mogła nareszcie opuścić mieszkanie w kamienicy i kupić sobie sporych rozmiarów komfortowy dom. Allison Nelson była fotografem, Samanta Monroe pracowała jako nauczycielka. Wampirzyca należała do tych, którym nauka nowych rzeczy przychodziła bez trudu, więc nie miała problemu z tworzeniem sobie wciąż nowych wcieleń.
Allison Nelson i Samanta Monroe były kiedyś jedną osobą. Maria Gerardi urodziła się w osiemnastym wieku, jako dziewiąte dziecko mieszkającego we Florencji krawca Giuseppe i jego nierozgarniętej i gburowatej żony Marii. Maria miała ośmioro rodzeństwa – sześciu braci i dwie siostry. Od dziecka patrzyła na wytworne panie, którym ojciec szył suknie. Obiecała sobie, że za wszelką cenę stanie się kiedyś jedną z nich. Wiedziała, że jest ładna. Ba, nawet bardzo ładna. Miała piękne rude włosy i piwne oczy ze złotymi plamkami. Szansa na odmianę losu Marii pojawiła się sama. Konkretnie weszła kiedyś do zakładu krawieckiego jej ojca. Maria podniosła na niego oczy zranionej sarny i już wiedziała, że to jest ten mężczyzna. Jej mężczyzna.
Okazał się bardzo tajemniczy. Życzył sobie spotkań tylko w nocy. To drobne dziwactwo nie przeszkadzało dziewczynie, póki płacił za spotkania, ubierał ją w najpiękniejsze suknie i zabierał do opery. Dziś, ponad sto lat później, taki układ wciąż był niemoralny, ale już nie oburzał aż tak bardzo. No i dziś stał się bardziej powszechny. W dwudziestym pierwszym wieku nazywa się takie relacje po prostu sponsoringiem. Oczywiście w domu odegnano ją od trzeci i wiary, wręcz przeklęto, ale Maria nigdy nie miała w zwyczaju przejmować się tym, co myślą o niej inni. Nawet jej biedna rodzina i nawet w tamtych czasach. Proszę bardzo, mogła być prostytutką (choć osobiście wolała raczej określenie dama do towarzystwa lub choćby utrzymanka), tak długo, jak długo przynosiło jej to korzyści. Przypuszczała, że dziwny mężczyzna ma na jej punkcie obsesję. Mówił, że jest Anglikiem. Przedstawiał się jako sir Richard Cromwell. Kiedy zaproponował jej nieśmiertelność, Maria nie uwierzyła. Nie od razu. Gdy zrozumiała, że nie kłamie, zgodziła się chętnie i bez oporów. Po pięćdziesięciu latach towarzystwo Richarda zaczęło jej doskwierać. Doskwierać? Stało się nie do zniesienia. Stwierdziła, że należy podjąć pewne kroki, by rozwiązać ten drobny problem. To ona go zakołkowała i spaliła. Rozważała czy nie wynająć do tego jakichś zbirów, ale uznała, że po pierwsze jest mu to winna a po drugie, brudy powinno się prać ze własnym domu.  Po dokonaniu egzekucji na Richardzie, który zaczynał być naprawdę uciążliwy i zaborczy (gdyby nie był, może żyłby do dziś), Maria uznała, że Włochy zrobiły się dla niej za ciasne. Spakowała walizkę i na zawsze pożegnała się z Marią Gerardi. W porównaniu do innych wampirów nie odczuwała przywiązania do pierwotnego imienia i nazwiska. Z jedną zaledwie walizką Mary Cromwell opuściła stary kontynent, by obejrzeć Amerykę. W samą porę. Jedynie o kilka lat minęła się z nadciągającą wojną. Fakt ten ucieszył ją niezmiernie. Choć nigdy nie miała w zwyczaju zbyt długo roztrząsać, iż urodziła się pod szczęśliwą gwiazdą.
            O Henrym Gocie usłyszała po raz pierwszy w Seattle, pod koniec lat trzydziestych dwudziestego wieku. Chyba podczas wojny. Może trochę wcześniej, nie pamiętała już dokładnie. Anitę poznała natomiast w latach pięćdziesiątych, gdy malarka Anna Flaubert zamieszkiwała najpiękniejsze miasto świata – Paryż.
            Pod koniec pierwszej dekady dwudziestego pierwszego wieku Allison Nelson, ceniony fotografik, siedziała w swojej pięknej i przestronnej kuchni, w domu na przedmieściach Toronto. Ze wszystkich miejsc, w których przyszło jej do tej pory mieszkać, najbardziej pokochała zimną Kanadę. Jako Włoszce o gorącej krwi nigdy nie bywało jej zimno, choć zapewne nie bez znaczenia był też jej wampiryzm, ale o tym, Allison wolała nie myśleć. Wiosna w Toronto miała czasem zwyczaj pojawiać się dopiero pod koniec maja, a na Wielkanoc bardzo często sypał jeszcze śnieg. Przywykła, a nawet polubiła te przedziwne anomalia pogodowe. Allison czuła się Kanadyjką i coraz częściej rozważała rozstanie się ze swoim kosmopolityzmem. Była z siebie dumna, daleko zaszła. Jej rodzice Giuseppe i Maria Gerardi nie umieli nawet dobrze czytać. Z rozmyślań wyrwał ją dźwięk telefonu.
- Tak?
- Allison Nelson?
Allison zmarszczyła brwi. Kłopoty. Poznawała wampiry po głosie. Znacznie bardziej wolała mieć do czynienia z ludźmi. Westchnęła, po raz drugi tego ranka.
- Tak, to ja. Kto mówi?
- To ja, Anita.
Zapadła cisza. Allison słyszała oczywiście, że Anita miała dość nieprzyjemne zajście z Gotem, w skutek którego spłonęła, potem została przywrócona do życia, a potem okrzyknięto ją przywódcą. O dziwo, nie tylko klanu. Przywódcą w ogóle. Allison przypuszczała, że wampirzyca i Got byli kochankami. Ba, Anita musiała awansować nad wszystkie poprzednie kochanki Gota, bo jaki inny byłby powód jej ekspresowej kariery? Ostatecznie, sypianie z samym diabłem przynosi niesamowite profity. Czego Anita mogła od niej chcieć? Nie widziały się prawie sześćdziesiąt lat.
- Tak, Anito?
- Nie jesteś bardzo wylewna, przyjaciółko – zaśmiała się perliście przywódczyni. – Zdjęcia dla Vanity fair były bardzo ładne.
- Po pierwsze: wybacz Anito, ale żadnych z moich zdjęć nie pasuje przymiotnik „ładne”, po drugie: radziłabym rozstać się już w tożsamością Anity, trąci myszką, wiesz? Po trzecie: nie cieszę się, bo spotkanie z tobą oznacza kłopoty. Poza tym nasza przyjaźń już się chyba przedawniła.
Anita westchnęła teatralnie.
- I tu masz rację, Sam… eee, Allison.
Panna Nelson przewróciła oczami.
- Anito, kawa na ławę. Czego chcesz?
Anita Marszałek, Polka z krwi i kości, znów się zaśmiała.
- Wspólnie zapolować, droga Allison, jak za dawnych czasów.
Allison ziewnęła. Nie lubiła gierek.
- A konkretnie?
- Pakuj się, lecimy do Rzymu. Do twojej rodzinnej, słonecznej Italii.
            Allison wolnym krokiem weszła po schodach na piętro. Przeszła korytarz, następnie sypialnię. Weszła do osobnego pokoju, który służył jej za garderobę. Rozsunęła wieszaki i z pomiędzy kolekcji czarnych sukienek od Chanel (mieszkało się swojego czasu w Paryżu i zna się klasę „małej czarnej”) wyciągnęła pokrowiec, w którym ukrywała pochwę z mieczem. Dawno go nie używała. Ostatnimi czasy była już grzeczna. Była grzeczną, miłą, piękną i zamożną panią fotograf Allison Nelson. Nie chciała się jeszcze z nią rozstawać. Dawno w żadnym wcieleniu nie czuła się tak dobrze, jak w masce panny Nelson. Cóż było robić? Polowanie. No dobrze. Ale czemu od razu, cholera, do Watykanu? Jakie sprawy mogły mieć w Watykanie do załatwienia dwie wampirzyce? Dwa, z punktu widzenia Kościoła, demony? Na razie wolała o tym nie myśleć. Z drugiego pokrowca wyciągnęła walizkę i zaczęła się pakować.
- Allison?
Panna Nelson szybkim ruchem wrzuciła miecz pomiędzy sukienki. Zdążyła w ostatniej chwili. Mężczyzna, który wszedł do pokoju miał jakieś trzydzieści dwa lata, duże niebieskie oczy i kręcone blond włosy, które upodabniały go do owieczki. Kiedy zobaczył, że pani fotograf siedzi na podłodze w garderobie, a przed nią leży otwarta pusta walizka, uniósł w zdziwieniu brwi.


czwartek, 3 listopada 2011

Niecny plan Henry'ego Gota


Listopad jest miesiącem Henryka Gota. Pan Got wyjątkowo lubi mgliste miesiące. I wbrew pozorom chyba nie ma na to wpływu fakt, że jest wampirem. Osobiście stawiałabym raczej na to, że Got jest tak wielkim indywidualistą, iż miewa dobre samopoczucie właśnie wtedy, gdy humory innych pikują w dół. Poznaliśmy się z panem Gotem na przełomie października i listopada 2008 roku. Pod koniec listopada dwa tomy jego historii były już napisane. Ale to nie jedyny powód. Listopad jest miesiącem Gota również dlatego, że 4 listopada 2010 roku po raz pierwszy wzięłam w dłonie książkowy egzemplarz „Milczących słów”. Listopad jest miesiącem Gota, gdyż właśnie w listopadzie 2011 roku poinformowano mnie, że prace redakcyjne w wydawnictwie zostały zakończone.

Zatem są aż trzy powody, które sprawiają, że listopad jest miesiącem Gota. Dlatego zamierzam uczcić go także na blogu. W każdą sobotę listopada zamieszczać tu będę fragment opowieści o Henry’m Gocie. Jeszcze nie zdecydowałam, czy będą to tylko fragmenty pierwszego tomu, który w styczniu lub lutym ukaże się drukiem, czy też może i następnych. Wiem jedno. Wybiorę takie wyimki, które pozwolą Wam poznać głównych bohaterów „Milczących słów”. Takie, z których dowiecie się:

* czego spodziewać się po Henry’m Gocie i z jakiego powodu można go pokochać jak Lady Boleyn,
* dlaczego Niedopisanie (wbrew niemal wszystkim pozostałym Czytelnikom) uważa, że Zuzanna jest najfajniejszą postacią powieści,
* kim jest Elizjon, dziewczyna, której buty mają duszę w podeszwach,
* dlaczego wszystko jest tu tak powywracane, że nie wiadomo who is who, skoro nawet czarny charakter, jakim jest wampirzyca Anita, wydaje się sympatyczny. 



Zatem serdecznie zapraszam. Jeśli chcecie lepiej poznać Gota, zajrzyjcie do nas co sobotę. Królowa Elfów zdradzi Wam nieco ze swych tajemnic.    

wtorek, 1 listopada 2011

Październikowe Kopytko

Minął kolejny miesiąc. Październik okazał się wyjątkowo pracowity. Przeczytałam i zrecenzowałam siedem powieści.  Sześć z tekstów udało mi się opublikować w październiku, jeden przeszedł na następny miesiąc. O październikowe Kopytko ubiegają się zatem:

  • Kate Morton, „Milczący zamek”,
  • Andreas Franz, „Ślady, których nie było”,
  • Maria Nurowska, „Nakarmić wilki”,
  • Maria Nurowska, „Requiem dla wilka”,
  • Jan Siwmir, „Żabeł Trojański”,
  • Andrzej W. Sawicki, „Nadzieja czerwona jak śnieg”.


    Po burzliwej naradzie zdecydowaliśmy, iż w tym miesiącu nasza robiąca ostatnimi czasy niezwykłą furorę statuetka powędruje do…

    Kate Morton za „Milczący zamek”.

    Fanfary, oklaski, confetti i co tam się jeszcze wiąże z wręczaniem nagród. Zwyciężczyni serdecznie gratulujemy. Dołączy do naszej galerii Kopniętych, czyli Twórców obdarowanych statuetką Kopytka.  Szanowną Publiczność zapraszamy na następne wręczenie Nagrody, które już w grudniu.