sobota, 30 lipca 2011

Detektyw dżentelmen

RECENZJA BIERZE UDZIAŁ W KONKURSIE ZORGANIZOWANYM PRZEZ SERWIS ZBRODNIA W BIBLIOTECE
Ręka do góry, kto nie kojarzy, kim jest Sherlock Holmes. Rozglądam się, lecz nie widzę. Przygody genialnego detektywa, zamieszkującego Baker Street, noszącego kraciasty płaszcz, uzależnionego od kokainy i z nieodłączną fajką w kąciku ust zawładnęły wyobraźnią wielu osób. Wszyscy, którzy kochają londyńskiego detektywa, nie mogą nie polubić Ignaza Brauna, bohaterka książki Piotra Schmandta „Pruska zagadka”.
            W 1901 roku w Wejherowie dochodzi do straszliwej zbrodni. W tajemniczych okolicznościach ginie osiemnastoletni gimnazjalista, Johann Wenders. Wkrótce odnalezionych zostaje kilka części jego ciała. Miejscowa policja nie daje sobie rady z narastającą w mieście paniką. Z Berlina oddelegowana zostaje do rozwiązania zagadki wschodząca gwiazda tamtejszej policji, Ignaz Braun. Inspektor wzbudza sensację wśród wejherowian. Odwiedza i przesłuchuje kolejnych, związanych z gimnazjalistą, mieszkańców miasta – jego rodziców, przyjaciółkę i sąsiadkę Annę, jej apodyktycznego ojca, prowadzącego konkurencyjną z Wendersami piekarnię, pana Langego, szkolnego wychowawcę Johanna. Z przeprowadzonych rozmów powoli wyłania się odmienny od znanego wszystkim, szokujący obraz młodego człowieka.
            Kryminał autorstwa Schmandta jest przede wszystkim fascynującym dokumentem dawnych czasów. Polska od stu lat nie istnieje. Wejherowo, położone w Prusach Zachodnich, wciąż stara się udowodnić, że jest równie uporządkowane, praworządne i oddane cesarzowi, co reszta imperium niemieckiego. Miasto podzielone jest na starozakonnych, katolików i luteran. Choć wszystkie społeczności starają się żyć ze sobą w zgodzie, coraz bardziej odczuwalna zaczyna być nagonka wobec Żydów. Niezwykłego klimatu, emanującego aurą dawnych czasów, dodają powieści zamieszczone na jej kartach stare, czarno-białe fotografie miasta. Stanowią one ciekawe i nowatorskie urozmaicenie.
            Główny bohater wydaje się być osadzony mocno w opowieściach o Sherlocku Holmesie. Oto młody inspektor, chodzący tylko i wyłącznie w garniturach na miarę, uwielbiający cygara, dobrą kuchnię (zdecydowanie nie jest to pozycja dla osób odchudzających się, na jej kartach wciąż się je, pojada, popija koniczki i kawę, koniecznie ze śmietanką!) i punktualność, nieśmiały w towarzystwie kobiet, szarmancki. Nieco może zbyt zarozumiały i ufny w swe możliwości, ale przecież nikt nie jest ideałem. Ignaz Braun, podobnie jak Holmes, rozwiązuje zagadki dzięki mocy swego intelektu, rozmowom ze światkami i wyciąganiu wniosków.  Jedyne, co mam do zarzucenia autorowi powieści to fakt, że dochodzenie do prawdy zostało przemilczane. Rozwiązanie klaruje się poza fabułą, poza czytelnikiem. Ignaz od połowy powieści daje nam do zrozumienia, że wie, kto jest mordercą, ale tego nie ujawnia. Wszystko, czego domyślił się inspektor zostaje przemilczane aż do wielkiego finału. I mimo, że na ostatnich stronach Braun wyjaśnia, w jaki sposób doszedł do odpowiednich wniosków, wolałabym aby ujawniał je stopniowo, a nie dopiero w finale, niczym magik, który wyciąga królika z kapelusza. Nie przemawia też do mnie fakt, iż coś doznanego przez Johanna w przeszłości go zmieniło, sprawiło, że stał się melancholijny. Czytelnik nigdy się nie dowie, czym było owo „coś”. Cóż, tę tajemnicę Johann zabrał ze sobą do grobu. Ten drobny zgrzyt nie zmienia jednak faktu, że Schmandt mnie przechytrzył. Nie domyśliłam się, kto jest mordercą gimnazjalisty. Autor doskonale myli tropy, a rozwiązanie okazuje się niesamowicie zaskakujące.
            Kryminał retro osnuty podobną aurą, jaką emanują fotografie z początku XX wieku. Czasy, kiedy dopiero odkryto, że wszyscy mają odmienne linie papilarne i można rozpoznać sprawcę po odciskach palców. Inspektor erudyta, znający się na poezji i kuchni. A opisy posiłków tak smaczne (nie tylko pod względem literackim), że aż jest się zmuszonym podczas czytania pędzić do kuchni po przekąskę. Wszystko to razem tworzy klimat, którego dziś już nie bywa. Klimat, który sprawia, że z przyjemnością zagłębię się w każdą kolejną sprawę inspektora Brauna, naszego polskiego Sherlocka Holmesa. 

Za możliwość przeczytania książki dziękuję wydawnictwu Funky Books.

czwartek, 28 lipca 2011

Dziwna i niezwykła podróż Henry'ego Gota

Kiedy w połowie czerwca wyprawiałam w świat Henry’ego Gota, nie bardzo wiedziałam czego mogę i powinnam się spodziewać. Od tamtego czasu minął miesiąc. Henryk Got nie próżnował. Trasa jego podróży objęła do tej pory: Gorzów Wielkopolski, Chechło (poprawiliśmy się, przepraszamy, Isadoro!), Poznań oraz Kruszwicę. Od Lady Boleyn wyruszy jeszcze do Wielunia, Poznania, Piły i Gdyni.



 Jeśli macie ochotę, możecie przeczytać relacje ze spotkań z panem Gotem napisane przez Isadorę i Malwinę. Ostatnimi czasy dziennik podróży wampira-pisarza wzbogacił się jednak o pewien bardzo interesujący wpis:

Mr Listonosz otworzył szeroko oczy. Nie mógł uwierzyć, że to nie sen. W wrażenia czapka zsunęła mu się na czubek głowy. Kilka kroków od niego, przy krawężniku, zatrzymało się z piskiem opon czarne, lśniące porsche, niczym z jakiejś reklamy. Wysiadł z niego młody, około trzydziestoletni mężczyzna. Ubrany bardzo wytwornie, w czarne spodnie i czarną, idealnie wyprasowaną koszulkę z długim rękawem. Był wyjątkowo blady i uczesany nie po dzisiejszemu. Miał kasztanowe pukle sięgające ramion. Chwilę popatrzył na Mr Listonosza, jakby go oceniając. Zapytał jak dotrzeć pod pewien adres. Pracownik poczty natychmiast udzielił odpowiedzi, nadmiernie przy tym gestykulując. Nie wiedząc dlaczego, zaczął obficie się pocić. Mężczyzna słuchał go niby to z uwagą, niby to z pobłażliwym uśmiechem. Podziękował, wsiadł do samochodu i odjechał, wprawiając kurz na drodze w dziki wir.
            Henry Got uśmiechnął się pod nosem. Doskonale wiedział, jak dojechać, miał przecież GPS, zatrzymał się tylko i wyłącznie dla rozrywki. Lubił efekt, jaki jego pojawienie się wywoływało w ludziach. Wybijając na kierownicy sobie tylko znany rytm, jechał dalej, by po niedługim czasie stanąć u celu podróży. Widział, jak firanka w oknie lekko się porusza. Wysiadł z samochodu, otworzył tylne drzwi i wyciągnął torbę. Zanim je zamknął, drzwi wejściowe uchyliły się. Henry Got minął furtkę. Stanął kilka kroków od dziewczyny. Wampir i Lady Boleyn mierzyli się wzrokiem.
- Co tak stoisz, panie Got? – zapytała, zostawiając drzwi otwarte i podążając w głąb domu.
Henryk pokręcił głową z uznaniem. Lubił trafiać na godnego przeciwnika.
            Poprosił o chwilę spokoju. W przygotowanym dla niego pokoju, siadł przy biurku i otworzył laptopa. Z torby, rzuconej na łóżko wyciągnął aparat. Zrobił kilka zdjęć. Przegrał je na dysk twardy, połączył się z Internetem. Napisał krótkiego maila: Pozdrowienia z wakacji. Jestem… gdzieś tam jestem, przypuszczam, że lepiej ode mnie się w tym orientujesz. Staram się być grzeczny. Nikogo nie zabiłem, nikt też nie próbował zabić mnie. Czy masz z tym coś wspólnego? Przecież prosiłem, byś się nie martwiła!
Dołączył zdjęcia i wysłał wiadomość. Wstał. Lady Boleyn już na niego czekała.
- Jestem do twojej dyspozycji, panienko – stwierdził.
            Głośniki zapiszczały. Elizjon westchnęła i oderwała się od wykonywanego zadania. Otworzyła maila, którego właśnie dostała. Przeczytała wiadomość, rozpakowała załączniki i roześmiała się do rozpuku. Wiedziała, że Henry Got ma poczucie humoru, nie miała jednak pojęcia, że rozciągało się ono także na jego osobę. Odwróciła się od biurka i mocno odepchnęła jedną nogą, by podjechać do wiszącego na ścianie wielkiego ekranu. Kółka krzesła, podczas przemieszczania się, wydały cichy dźwięk. Wstała i zaznaczyła na dotykowym ekranie jeszcze jedną kropkę. Ponownie rzuciła okiem na zdjęcia i stwierdziła:
- Dziwna i niezwykła podróż Henry’ego Gota.
Zdjęcia, które Henryk Got wysłał Elizjon (dzięki uprzejmości Lady Boleyn)


poniedziałek, 25 lipca 2011

"Chcę wierzyć, że może być coś więcej"


Kiedy kilka lat temu usłyszałam o nowej ekranizacji poematu o Tristanie i Izoldzie, pomyślałam sobie, że przecież znam już tę historię. Zresztą do najbliższego (znośnego) kina miałam wtedy siedemdziesiąt kilometrów, a niespecjalnie lubię się przemieszczać. I zrezygnowałam. Gdy zapoznanie się z nową wersją historii kochanków wymagało ode mnie jedynie, bym zasiadła przed telewizorem w sobotni wieczór, dałam się skusić. I nie żałuję, film przyjemnie mnie zaskoczył.
            Uwielbiam w opowieściach wszelkie elementy fantastyczne. Uwielbiam… ale nie w tej. Zawsze mi się wydawało, że piesek z dzwoneczkiem, próba ognia, smok, a nade wszystko magiczny eliksir psują tę historię. Dla przypomnienia: Izolda posiada magiczny eliksir, który sprawi, że po jego wypiciu zakocha się w królu Marku. Służącą przez pomyłkę podaje eliksir kochankom, wiążąc ze sobą na wieki ich losy. Nie lubię tego fragmentu. Wskazuje on na konieczność. Tristan i Izolda nie decydują się na siebie, zostają na siebie skazani. A moim zdaniem miłość powinna być wyborem dwóch osób, które decydują się na siebie. Film Kevina Reynoldsa pozbawiony jest całej magicznej otoczki. Wydaje mi się, że dużo na tym zyskuje. Miłość łącząca dwoje młodych ludzi jest tu pokazana jako wybór. Decyzja o tyle niełatwa, że balansująca między zaprzepaszczeniem własnego honoru i wierności wobec kochającego oboje Marka, a chęcią spełnienia indywidualnych pragnień. I choć wewnętrzne rozdarcie i moc uczucia w wykonaniu pary głównych aktorów nieco kuleje, całość broni się lepiej, niż gdybyśmy mieli do czynienia z nieszczęsnym pieskiem, smokiem i eliksirem.
"Tristan i Izolda", reż. Kevin Reynolds, 2006.
            Izoldę uważam za postać ukazaną najlepiej ze wszystkich. Młoda, irlandzka księżniczka, marząca o wolności, spełnianiu własnych marzeń i możliwości decydowania o sobie, jest tylko towarem w rękach własnego ojca. Córki wyrzec się bowiem równie łatwo, co jakiejkolwiek rzeczy. Uratowanie znalezionego na plaży wroga jest formą buntu Izoldy, jedyną podjętą samodzielnie decyzją. Gdy mężczyzna wreszcie wyzdrowieje i Izolda niemal zmusi go do odpłynięcia, powie mu na pożegnanie: „Chcę wierzyć, że może być coś więcej”. Księżniczka zostaje przehandlowana przez ojca. Wygrana przez Tristana w pojedynku. Ale wygrana nie dla siebie, lecz dla Marka. Z obowiązku wychodzi za niego za mąż. Mimo, że postępowanie Izoldy wydaje się wysoce niemoralne – zdradza oddanego, kochającego, dobrego męża – nie umiem jej potępić. Rozumiem, że chciała żyć dla czegoś więcej niż obowiązek.


            Mimo niskiego budżetu bronią się także wnętrza i stroje aktorów. Mnie, miłośniczce sukni średniowiecznych, niektóre z kreacji noszonych przez Sophię Myles wprost zapierały dech. Klimat filmu budują także niesamowite krajobrazy. Wielkie przestrzenie i bezkresne morze, wbrew temu, czego można by się spodziewać, budują przestrzeń zamknięcia wokół bohaterów. Przyciemnione, przygaszone kadry potęgują smutek i atmosferę beznadziei.
            Bardzo ciekawym rozwiązaniem wydaje mi się także klamra kompozycyjna. W początkowych i końcowych scenach filmu, Izolda czyta wiersz, który odzwierciedla jej marzenia. Jak każda młoda dziewczyna marzy o miłości, a nie małżeństwie z obowiązku. Wie jednak, że nigdy nie będzie jej to dane. Szuka pocieszenia w słowach: „Na twarzach naszych znać serc związek szczery,/ A każda lustro ma w kochanka oku; /Umiera tylko to, co źle zmieszane;/Jeśli dwie równe miłości są zlane/ Bez reszty w jedną — umrzeć nie będzie nam dane.”[1] Nie znałam utworu, choć nie brzmiał mi on na średniowieczny. Po projekcji filmu popędziłam sprawdzić. Oj… historia Tristana i Izoldy dzieje się w średniowieczu, natomiast autor wiersza, John Donne był angielskim poetą okresu baroku. No, ale niech będzie, nie czepiaj się, filolożko! Przecież pasuje, prawda?

            Siadając na kanapie, przed projekcją, doskonale wiedziałam, jak zakończy się ta historia. A jednak nie przeszkadzało mi to trzymać mocno kciuki, by tym razem (jak w jednej z wersji opowieści o Arturze, Ginewrze i Lancelocie) Tristan usadził Izoldę na koniu przed sobą i pogalopował z nią w stronę wschodzącego słońca, ku własnej historii. Czasami, zupełnie nieoczekiwanie, wyłazi ze mnie romantyczka. Ja też chcę wierzyć, że może być coś więcej. 
 
Trailer do filmu "Tristan i Izolda"



[1] John Donne, „Dzień dobry”, przeł. S. Barańczak.

sobota, 23 lipca 2011

Wiedźma z lasu

Przystępując do lektury „Dobiechny”, nie dysponowałam żadnymi informacjami na temat jej ewentualnej zawartości. Znałam jedynie krótki fragment powieści zamieszczony na odwrocie strony tytułowej oraz mogłam przyjrzeć się tajemniczej, utrzymanej w ciemnej, niemal wyłącznie czarnej kolorystyce, okładce. Zaczęłam więc od gruntownych oględzin. Dopiero po chwili uzmysłowiłam sobie, co widzę na okładce. Na pierwszym planie bieli się samotna stokrotka, na drugim w cieniu wysokich, czarnych, starych drzew majaczy niewyraźnie jakaś postać. Zaciekawiona zabrałam się za czytanie, zupełnie nie wiedząc, czego powinnam się spodziewać.
            Wydarzenia opisane w powieści mają miejsce w pierwszym wieku naszej ery, gdy nad Bugiem zamieszkiwały słowiańskie plemiona. Początkowo akcja przeplata się. Narrator ukazuje nam losy dwóch bohaterek. Jedną z nich jest tytułowa Dobiechna, drugą tajemnicza dziewczynka, wieziona i głodzona przez wiedźmę, będącą wyznawczynią potężnego boga Więziświata. Czytelnika czeka jednakże zaskoczenie – okazuje się, że losy dziewczynki nie są jednoczesne do historii Dobiechny, lecz je poprzedzają. Stopniowo odsłania się przed nami układanka wzajemnych zależności. Dziewczynka, wychowywana przez czarownicę, wyrasta na potężną wiedźmę. Zabija swoją poprzedniczkę, następnie wybiera dziewczynkę, mającą zostać jej uczennicą. Wybór jej pada na Dobiechnę, którą porywa wkrótce z rodzinnego domu. Na poszukiwanie dziewczynki wyruszy jej przyjaciel, Bolesław. W starciu z potęgą wiedźmy pomoże chłopcu tajemniczy pustelnik.
            Agnieszka Majchrzak, pisząc „Dobiechnę”, nie ustrzegła się od pewnych uproszczeń. Powtarza schemat znany już od dwustu lat i niemiłosiernie wyeksploatowany przez Kraszewskiego. Zatem: chrześcijanin jest dobry, mądry, czyta pobożną księgę, w ogóle nie można już bardziej zbliżyć się do ideału. Jego bóg chroni go od złego i niby to działa w granicach praw natury, wysługując się zwierzętami i zjawiskami pogodowymi, jednakże aura fantastyczności unosi się wszędzie wokół. Jest to bóg dobry i kochający, ale jednocześnie najpotężniejszy ze wszystkich. Jego przeciwnik to rzecz jasna szatan, tym razem ukryty nie w skórze węża, ale w posążku słowiańskiego boga. Mimo uproszczeń powieść pozbawiona jest doktrynerstwa. Czytelnik więc bez problemu zaakceptuje nieskomplikowane postaci. Co więcej, polubi je, zadowolony, że mniej więcej wie, czego się spodziewać. I tu czeka go miłe zaskoczenie.
            Uproszczenia w konstrukcji postaci „Dobiechna” nadrabia bowiem wartką akcją. Historie poszczególnych bohaterów splatają się ze sobą w nieoczekiwanych momentach i przerywają się wzajemnie właśnie wtedy, gdy najbardziej pragniemy dowiedzieć się, jak dalej potoczy się dany wątek. Nie nudziłam się podczas lektury. Wręcz przeciwnie, czasami wybiegałam myślani, zastanawiając się, co też wydarzy się na następnej stronie. W powieści elementy świata realistycznego przeplatają się z fantastyką. Wiedźma jest tu wiedźmą, ma magiczny kostur, jest nieśmiertelna. Jest to świat, który kształtują wierzenia ludzi go zamieszkujących.
            Bardzo dobrze zostało w „Dobiechnie” zarysowane tło historyczne. Nie miałam problemu, by uwierzyć, że akcja dzieje się w pierwszym wieku, gdzieś w okolicach Bugu, kiedy słońce było bogiem, plemiona walczyły ze sobą o ziemię i dominację, a chrześcijaństwo stanowiło sektę znaną niewielu, niemal nieznaczącą, której bóg współistniał z innymi w nieskończonym panteonie. Co ciekawe określenie „chrześcijaństwo” nigdzie w książce nie pada. Kiedy starzec rysuje na czole bohaterów krzyż na znak błogosławieństwa, narrator odnotowuje, że uczynił „jakiś” znak. Nigdy też wyraz „bóg” nie pojawia się w powieści zaznaczony wielką literą.     
            Czy Agnieszka Majchrzak mogłaby konkurować z Kraszewskim? Każdy szanujący się historyk literatury stwierdziłby zapewne, że nie. Na szczęście jej „Dobiechna” pozbawiona jest także rozwlekłości, na jaką niekiedy nas skazywał. Autorka „Dobiechny” napisała powieść zachowującą mocne strony pisarstwa Kraszewskiego, odrzucając to, co było niemal nie do strawienia.   

Za możliwość przeczytania książki dziękuję wydawnictwu Drzewo Laurowe.

czwartek, 21 lipca 2011

Armagedon współcześnie...


Jedno z nieformalnych przykazać każdego pisarza parającego się literaturą popularną brzmi : „Zainteresujesz swojego czytelnika od pierwszego zdania, pociągniesz jego uwagę za sobą i nie dasz mu wytchnienia, aż do ostatniego słowa”. Literatom wychodzi to różnie. Niektórym świetnie, innym trzeba dać szansę, bo rozkręcają się dopiero po setnej stronie. Z kolei jedno z nieformalnych przykazań czytelników brzmi: „Daję powieści szansę mniej więcej do pięćdziesiątej strony i jeśli mnie nie zainteresuje, odkładam, jest przecież tyle ciekawych książek”. Niewątpliwie Nita i Thomas Horn nie potrzebują oczekiwać od czytelnika łaskawości zawartej w tym przykazaniu. Dlaczego?
            Już na pierwszej stronie czytelnik zostaje wciągnięty w mocno rozkręconą akcję. Oto główny bohater powieści, Joe, ucieka przed dziwnymi bestiami. Ucieka, by nie odebrały mu bezcennego posążka, który stał się przyczyną morderstwa jego ojca, wysoko postawionego wojskowego, a którego tajemnicę Joe pragnie rozwikłać. Potem, z każdym zdaniem, z każdą stroną jest już tylko coraz bardziej dynamicznie, zagadkowo, wciągająco. W spisek zamieszani są wysoko postawieni wojskowi armii Stanów Zjednoczonych, naukowcy oraz istoty pozaziemskie, a gra toczy się o… panowanie nad światem i koniec życia, jakie znamy. Oto Armagedon zbliża się wielkimi krokami, a Abbadon jest już blisko, znacznie bliżej, niż wszyscy sądzą.
            W zasadzie trudno określić gatunek, jakim są „Wrota Ahrimana”. Na początku byłam pewna, iż mam do czynienia z powieścią science fiction. Potem wraz z pojawieniem się w powieści aniołów, przyszło zwątpienie i moment zastanowienia, czy to nie jest jednak fantasy. Zręcznie poprowadzona intryga, wzrastające z każdym rozdziałem napięcie oraz osadzenie w roli jednego z prześladowców głównych bohaterów psychopatycznego mordercy przeniosła moją myśl w stronę thrillera, a tempo akcji sugerowałoby powieść sensacyjną. Jeszcze twardszy orzech do zgryzienia pojawił się, gdy postanowiłam przeanalizować pojawiające się w powieści motywy. Bo czego tutaj nie ma! Na kartach „Wrót Ahrimana” pojawiają się (uwaga!): anioły, tajne rządowe laboratoria, eksperymenty genetyczne, Nefilimy, Hekate, wątki biblijne, apokaliptyczne oraz teorie spiskowe, kosmici, Armagedon, Antychryst i jeszcze sporo innych. I choć mogłoby się wydawać, że wątki apokaliptycznej zagłady, wyciągnięte wprost z wersetów Biblii nijak się mają do kosmitów mieszkających na Czerwonej Planecie, państwu Horn udało się to idealnie połączyć w zgrabny i nader interesujący mariaż.
            Powieść, mimo że w toku galopującej akcji, pozostawia niewiele czasu na snucie rozmyślań, stawia ciekawe pytania. Ile władze ukrywają przed zwykłymi obywatelami? Ilu rzeczy tak naprawdę nie wiemy, o ilu nie mamy pojęcia, bo znajdują się na poziomie niebieszczących się w granicach prawa ciemnych rządowych operacji i mają kryptonim „ponad ściśle tajne”? Jak daleko jesteśmy w stanie się posunąć w rozwoju technologicznym? Czy w technologicznym wyścigu zatraciliśmy już samych siebie i nie sugerujemy się  tym, co etyczne, a co nie? I wreszcie, ile jest prawdy w spiskowych teoriach snutych, przez wydawałoby się, szaleńców?
            Na koniec pozwolę sobie na dość śmiały wniosek: ze względu na wielość poruszanych wątków, motywów i tematów miłośnik każdego gatunku odnajdzie we „Wrotach Ahrimana” coś, co go zainteresuje i sprawi, że z zapartym tchem będzie śledził losy Joego aż do ostatniej strony. Bo to mogę wam zagwarantować, akcja nie zwalnia aż do końca. 

Za możliwość przeczytania książki dziękuję wydawnictwu Bullet Books.

wtorek, 19 lipca 2011

One Lovely Blog Award

Niedopisanie nominowała mnie do nagrody One Lovely Blog Award. Z racji tego, iż nasza znajomość dopiero niedawno zaistniała, a mój „staż” na blogspocie jest wyjątkowo krótki, uznałam wskazanie Biblioteki Edgara za wielkie wyróżnienie. Dziękuję serdecznie! Z drugiej jednak strony muszę przyznać, że po pierwszych emocjach, kiedy miałam ochotę uściskać Niedopisanie, przyszedł moment zwątpienia. Nie jestem bowiem pewna, czy dam radę sprostać wyzwaniu. 
Zasady zabawy:
- zamieść na swoim blogu notkę o nominacji, podając link do bloga osoby, która Cię nominowała,
- napisz o sobie siedem rzeczy, których Twoi czytelnicy jeszcze nie wiedzą,
- nominuj szesnaście innych osób (nie wolno jednak nominować osoby, która Cię wskazała),
- zostaw na ich blogach komentarz, dzięki czemu dowiedzą się o nagrodzie i nominacji.

Niespecjalnie lubię mówić o sobie. Dość też dbam o to, by Wielka Sieć nie dysponowała zbyt wieloma wiadomościami na mój temat. Niemniej nominacja od Niedopisanie zmusiła mnie do ujawnienia siedmiu rzeczy o sobie. Zastanówmy się zatem i… bomba w górę!

1. Jestem samozwańczą, acz dożywotnią Królową Elfów. W punkcie nr 1 macie do czynienia z faktem, który nie podlega dyskusji. W tym przypadku moje zdanie jest wysoce autorytarne, a rządy niekwestionowane. Wszystko inne możemy negocjować.

2. Rzadko kiedy bywa mi ciepło. Wręcz odwrotnie, niemal ciągle marznę. Stąd moje upodobanie do kolorowych czapek, rękawiczek, a przede wszystkim kolorowych, pasiastych szalików. Im dłuższe, tym lepsze. Mój najdłuższy szalik miał kilka metrów. Po kilkakrotnym okręceniu go dookoła szyi, zwisał mi do kolan. Natomiast ulubiony szalik sięga powyżej kolan i jest fioletowo-różowo-biały, a każdy kolor wykonano z innego materiału.

3. Krystyna Siesicka w „Dziewczynie mistrza gry” zamieściła kiedyś zdanie: „Magicznie przechodzę z jednego życia do drugiego i nawet zamykam za sobą drzwi, by nikt w tym drugim życiu nie mógł mnie podglądać”. Ze mną jest podobnie. Fakt: często uciekam z własnego ciała. Pogrążam się w myślach tak bardzo, że wielu sądzi, iż jestem zarozumiała lub zadzieram nosa, bo nie odpowiadam na pozdrowienia osób mijających mnie na ulicy. To nieprawda. Nie robię tego, ponieważ ledwo rejestruję ulicę, po której przechodzę i osoby mnie mijające.

4. Fakt (domniemany): cierpię na nie zdiagnozowany przypadek choroby sierocej. A to dziwne, bo przecież mama mnie kocha ;). Moja choroba objawia się tym, iż uwielbiam się bujać. Mogłabym to robić godzinami. Stąd moje zamiłowanie do hamaków i foteli na biegunach. Ten pierwszy posiadam i korzystam z niego, kiedy tylko pogoda sprzyja. Ten drugi znajduje się na razie na liście marzeń niezrealizowanych. Ale wszystko jest tylko kwestią czasu.

5. Chyba jestem nieuleczalną marzycielką. Fakt (niezaprzeczalny): gdyby tak nie było, już dawno zarzuciłabym pomysł wydania debiutanckiej powieści. Problem nr 1: jestem zbyt uparta, by odpuścić.  Problem nr 2: naprawdę wierzę, że napisałam fajną powieść.

6. Fakt (niezmienny, niekwestionowany, nie do wykorzenienia): kocham konie. Niestety miłością nieodwzajemnioną. Gdy widzę konia, czy to żywego, w filmie, czy nawet na obrazku w książce, reaguję jak mewy z „Gdzie jest Nemo” na widok ryb – „daaaaaj!”. Fakt (nie pozostawiający złudzeń): nie potrafię jeździć konno, choć bardzo się staram. Fakt (domniemany): gdy zostanę pisarką, a książki zamiast wiecznych strat zaczną mi przynosić zyski, kupię konia fryzyjskiego. Fakt: będę ćwiczyć tyle godzin, że w końcu nauczę się w miarę dobrze jeździć konno. Domniemanie: podobno wszystko jest tylko kwestią godzin poświęconych na wytrenowanie umiejętności. W końcu ćwiczenie czyni mistrza.

7. Kolekcjonuję anioły. Mam ich w pokoju multum. Otaczam się nimi. Fakt (domniemamy): Mój osobisty Anioł Stróż albo wziął sobie dożywotni urlop (by nie było wątpliwości, chodzi o moje dożywocie) albo jest stróżem wyjątkowo leniwym. Choć w grę wchodzi też możliwość, że jest podobny do mnie, a co za tym idzie, nie potrafi się dla mnie wykłócić o jakieś dobre, niezbyt skomplikowane życie.

Miałam wielką ochotę dociągnąć do 16., ale jako, że na blogspot stawiam w zasadzie dopiero pierwsze kroki, a mój blog zaistniał tu tydzień temu, niewielu z Was mnie zna i ja również znam niewielu. Uznałam, że nie ma co tej listy dopychać na siłę. Zatem pozwalam sobie wytypować połowę, a nie przewidzianych 16 osób. Oto moja złota ósemka ludzi, których wypowiedzi o książkach znam i lubię czytać (kolejność przypadkowa):


Już niebawem, być może nawet jutro, recenzja "Wrót Ahrimana" Nity i Thomasa Horn.

niedziela, 17 lipca 2011

"Moja mała dziewczynko, rzuć wyzwanie światu, ale zawsze pamiętaj drogę wiodącą z powrotem do domu"*

Rzadko wyrażam pisemnie swoje poglądy na temat obejrzanych filmów czy seriali. Ostatni raz przyszło mi to robić dwa lata temu, po obejrzeniu filmu „Elizabethtown”. Nie czynię tego, ponieważ nie czuję się kompetentna. Cała moja wiedza o kinematografii nie wykracza daleko poza znajomość trzech ruchów kamery (zbliżenie, oddalenie, plan amerykański) oraz wiedzy zdobytej na rocznym kursie z historii kina. Kiedy po tym samym korytarzu, co ty, biegają poloniści-filmoznawcy, kompetentni, obyci znawcy tematu, którzy przez pięć lat oglądają wielkie dzieła i uczą się, jak oceniać, by ocenić prawidłowo, taki sobie zwykły polonista - polonista naturalny, szkolny, może trochę z odchyłem krytycznoliterackim, choć bardziej literackim niż krytycznym - myśli sobie, że nie wolno mu wkraczać na obce terytorium. Nie może tak po prostu mądrzejszym od siebie odbierać ich pracy. Polonista naturalny traci śmiałość, choć chęci mu przecież nie brakuje. Dlatego polonista naturalny postanowił rzucić sam sobie koło ratunkowe. On nie pisze recenzji! Tak, on spisuje tylko luźne wrażenia na temat obejrzanego filmu. Zatem teraz może pozwolić sobie napisać ten tekst nieco inaczej, na innych warunkach niż tworzy się recenzje. To nawet nie recenzja, felieton, być może...

Cztery lata temu na ekrany kin trafił film „Flicka”, opowiadający o przyjaźni nastolatki z dzikim mustangiem oraz o trudnej relacji na linii ojciec-córka. Fajerwerków nie było, ale film można obejrzeć podczas leniwego, rodzinnego, niedzielnego popołudnia. Dzieciaki powinny mieć frajdę, a rodzice nie zanudzą się na śmierć. Warunki kina familijnego zostały więc spełnione. Wydawałoby się, że nic więcej w temacie powiedzieć nie można. Nastolatka pogodzona z ojcem, koń uratowany, oswojony, główna bohaterka może go zatrzymać. Schemat wyczerpany. Aż tu nagle, cztery lata później, powstaje „Flicka 2”. Wielkie zaskoczenie. Kontynuacja jest możliwa.
Katie i Flicka (kadr z filmu "Flicka", 2006)
 Oto rodzice Katie sprzedają ranczo krewnemu, ona sama wyjeżdża studiować weterynarię, pozostawiając pod opieką wuja Hanka swego ukochanego konia, Flickę. 
       Niebawem pod skrzydła Hanka trafia także jego nastoletnia córka, Carrie. Mężczyzna próbuje postępować z dziewczyną tak samo, jak układa swoje konie. Nie trzeba być orłem, by domyślić się, że z mizernym rezultatem. Dziewczyna odnosi się do niego nieufnie. Jej jedynym sprzymierzeńcem staje się osamotniona czarna klacz, Flicka. Jak dowiaduje się Cerrie imię to, będące szwedzkim słowem oznaczającym „młodą, piękną dziewczynę” nadała klaczy jej poprzednia właścicielka, kuzynka Katie, której dziennik Carrie odnajduje pod siodłem Flicki. Duch bohaterki poprzedniej części unosi się więc nad nową historią, a ciągłość zostaje w ciekawy sposób zachowana. 
Carrie i Flicka (kadr z filmu "Flicka 2", 2010)
Carrie i Flicka szybko łapią wspólny język. Po drodze nie zabraknie oczywiście kilku czasoumilaczy i problemów do rozwiązania. Mamy więc wątek romantyczny – między Carrie a dorabiającym na ranczo Jakem, marzącym o karierze piosenkarskiej oraz wątek samolubnej i pustej nastolatki z sąsiedztwa, która postanawia odebrać Carrie ukochanego mustanga, aby wygrać na nim zbliżające się zawody. Walka o odzyskanie klaczy pozwala ojcu i córce ponownie odnaleźć wspólny język. Nie brak także treści humorystycznych, osnutych wokół zmagań Carrie ze zwierzętami zamieszkującymi ranczo: kogutem, władcą kurnika i ociężałym, starym psem, Speedy’em. Cała historia rozgrywa się na przepięknych, rozległych i… pustych przestrzeniach stanu Wyoming (widząc je po raz pierwszy, przerażona Carrie pyta: „A gdzie asfalt?”). Trzeba przyznać, że krajobrazy zapierają dech w piersi. A wisienką na torcie dla miłośnika koni są zdjęcia z udziałem dzikich mustangów, mających pomoć tego samego ducha, który obijał się także w piersi pierwszych amerykańskich kolonizatorów (moim zdaniem lekkie przegięcie, ale Amerykanie lubią wzniosłe porównania, więc wybaczam). I mimo, że bohaterka drugiej części nie pomyka na Flice na oklep, jak to miała w zwyczaju czynić jej poprzedniczka, grana przez Alison Lohman ( Lohman przed zdjęciami do „Flicki” nie jeździła nigdy konno, wybaczcie, ale muszę to zrobić O_O), jest na co popatrzeć. Być może doczekamy się nawet kontynuacji, którą sugeruje zakończenie filmu. 

„Flicka 2” arcydziełem nie jest, ale można ją uznać za przyjemne kino wakacyjne. Niewymagające, nieskomplikowane, skupiające na sobie tylko tyle uwagi, ile to absolutnie konieczne. Trochę akcji, trochę wzruszeń, trochę żartów. I choć konie są takim tematem, który sprawia, że obejrzałabym o nich każdy, nawet najgorszy film i przeczytała najbardziej beznadziejną książkę, „Flicka 2” pozytywnie mnie zaskoczyła. Miłośnikom koni, polecam, pozostałym pozostawiam dowolność wyboru.        
 
Trailer do filmu "Flicka 2"
 "My little girl", piosenka do filmu "Flicka"

* Tytuł wpisu to parafraza słów piosenki "My little girl", w wykonaniu Tima McGraw, napisanej specjalnie do filmu "Flicka".

czwartek, 14 lipca 2011

Istota niestandardowa

Ludzie do perfekcji opanowali zdolność klasyfikowania, dzielenia i porządkowania rzeczywistości. Wydaje nam się, że tylko w ten sposób możemy poradzić sobie ze światem. Dlatego wszystko dzielimy. Na pary i w grupy. Stawiamy grube, mniej lub bardziej słuszne, granice między przeciwieństwami: biały-czarny, dobry-zły, północ-południe, lewo-prawo, góra-dół, mądry-głupi, bogaty-biedny, prawo-bezprawie, polonista-matematyk, ja-inny. Można by wymieniać w nieskończoność. To właśnie te opozycje stanowią o naszym życiu, o naszym postrzeganiu rzeczywistości. Najgorzej jest, kiedy w uporządkowanym świecie nagle pojawi się ktoś, kto udowodni, że można inaczej, kto myśli niestandardowo i burzy zastany porządek. Okazuje się, że wystarczy jednostka, by rozsadzić system od środka. Najbardziej więc sporna zdaje się być granica między normalnym i nienormalnym człowiekiem, bo gdzie ma przebiegać linia graniczna owej „normalności”? Kto ma ją ustanawiać? By przypomnieć sobie, że nie wszystko jest takie oczywiste, jak próbujemy sobie to na co dzień wmawiać, dobrze jest wytrącić się czasem z normalności. Można to uczynić przy pomocy świetnej książki Sabiny Berman „Dziewczyna, która pływała z delfinami”.
          Izabelle „otrzymuje” w spadku po siostrze podupadającą przetwórnię tuńczyka Pociecha, wymagający wyremontowania dom i stworzenie, skamlące i jedzące piasek, które okazuje się być jej siostrzenicą. Kobieta robi wszystko, aby przywrócić siostrzenicę światu: uczy ją słów, posyła do szkoły, potem na studia. Wspiera i stara się rozwijać jej zdolności. A nade wszystko akceptuje to, że Karen nie patrzy w oczy, nie podaje ręki, że jest „niestandardowym” człowiekiem, „zdolną inaczej”, jak sama siebie określa. Lubi zwierzęta, nurkowanie i tuńczyki, z którymi zwiąże swoje dorosłe życie.
            W zasadzie recenzja powieści Sabiny Berman mogłaby się składać z samych cytatów. Byłaby wtedy najtrafniejsza i zdecydowanie najlepsza, ale wymagałaby ode mnie też najmniej wysiłku. Nie mogę i nie chcę sobie na to pozwolić, postaram się zatem jakoś wszystko wypośrodkować. „Dziewczyna” jest niewątpliwie bardzo dobrą powieścią, a poświęcony jej czas nie będzie zmarnowany. Podobają mi się w niej przede wszystkim fragmenty dotyczące języka. Rozważania na temat czasu teraźniejszego i przyszłego oraz tego, czy słowa, które nazywają rzeczywistość, oddają to, co istnieje, czy może jednak są abstraktem. „Te, które najbardziej mi się podobały, i które nadal najbardziej mi się podobają, to rzeczowniki, czyli nazwy rzeczy, które są najbardziej. Rzeczy, które można złapać, usłyszeć, powąchać, a które czasami dodatkowo mają wdzięk istot żywych, jak ptaki, koty, mrówki, żółwie. Bardzo lubię też nazwy kolorów, które są tymi rzeczami, których prawie nie ma. To znaczy ledwo istnieją. Pomiędzy bytem, a niebytem są jak cud. Zielony, niebieski, żółty, czarny, biały, czerwony. Bardzo śmieszy mnie to, że kolory są, choć z łatwością mogłyby przestać być. Jednak odmiana czasowników w czasie przyszłym mnie przerasta. Jak można mówić o czasie, który nie istnieje i o którym nikt nie wie, jaki będzie, kiedy będzie istniał?”.[1]  Autystyczna, upośledzona Karen zmaga się z tymi samymi pytaniami, co światowi językoznawcy. Tylko, że w przeciwieństwie do nich,  potrafi z całą prostotą i odwagą stwierdzić: głupie. „Mówię o tym, bo to duża różnica między mną a ciotką – ona uważa, że słowa to rzeczy, które istnieją, Ja natomiast wiem, że to tylko zlepki dźwięków, bo rzeczy, które istnieją, nie potrzebują słów żeby istnieć”.[2]  
            Drugim aspektem, który przykuł moją uwagę, była doskonale ukazana różnica między światem ludzi i zwierząt. Różnica, którą ludzie chcieliby widzieć, a która niekoniecznie istnieje tak, jak sobie tego życzymy. Bohaterowie powieści to zootechnicy, inżynierowie uboju, pracownicy przetwórni tuńczyka. Na jej kartach znajdziemy kilka scen okrucieństwa wobec zwierząt. Zabijamy, by żyć. Tak sobie to tłumaczymy. A jednak niektórym z nas sprawia to przyjemność. Czujemy się lepsi od zwierzęcego inwentarza. Istota ludzka jest lepsza od papużki imieniem Max. Dlaczego? Bo to ją wybrał Bóg i uczynił wyjątkową. Bo myśli, więc jest. A zwierzęta nie istnieją, nie tak, jak ludzie. Karen powiedziałaby, że to głupie. Mnie wypada się z nią jedynie zgodzić. „Drzewa, morze, ryby morskie, słońce, księżyc, wzgórze albo ogromny łańcuch górski – nie, nie istnieją w pełni, istnieją na niższym poziomie egzystencji. Dlatego zasługują na to, by być dla ludzi towarem, pożywieniem albo krajobrazem i niczym więcej. A kto utwierdza ludzi w przekonaniu, że myślenie jest działaniem najważniejszym we wszechświecie? Kto utwierdza ich w tym, że myślenie jest działaniem, które dzieli istoty na niższe i wyższe? No tak, myślenie. Ja natomiast nigdy nie zapomniałam o tym, że najpierw istniałam, a potem z wielkim mozołem nauczyłam się myśleć”.[3]
            Berman zdecydowała się z swej powieści na bardzo ciekawy sposób narracji. Narratorką jest zatem sama Karen. Fakt, że historię opowiada osoba niestandardowa jest w powieści wyczuwalny i wyraźnie zarysowany. Sposób przekazywania dziejących się wydarzeń nie jest liniowy. Bardzo często Karen przedstawia jakieś zdarzenie, a dopiero po kilku stronach, w retrospekcji, dowiadujemy się, jak do niego doszło. Zabieg ten czyni lekturę jeszcze ciekawszą.
            Gorąco zachęcam do zapoznania się z historią Dziewczyny, która pływała z delfinami. Bowiem wszystko jest w porządku, póki inni klasyfikują Nas do grupy ludzi „normalnych”, „standardowych”. Ale nie zawsze musi tak być. Czasami przecież, ni stąd ni zowąd, uświadamiamy sobie ze zgrozą, że Ja to ktoś Inny.     

Za możliwość przeczytania książki dziękuję wydawnictwu Znak.



[1] S. Bernan, „Dziewczyna, która pływała z delfinami”, Znak, Kraków 2011, s. 24.
[2] Ibidem, s. 18.
[3] Ibidem, s. 32.

poniedziałek, 11 lipca 2011

Słowo wstępne, czyli manifest Biblioteki Edgara

Chcę, abyście wiedzieli, czego można się spodziewać, odwiedzając Bibliotekę Edgara (zdjęcie Edgara z boku po prawej; tak, tak, wiem, Edgar jest koniem, zgadza się). Dlatego poniżej zapisałam trzy zasady, którymi kieruję się, wyrażając swoje opinie o książkach. Stawiając sprawy jasno: 

1. Niektórych to zapewne zdziwi, ale Biblioteka Edgara będzie miejscem, gdzie mówi się o książkach w sposób pochlebny. Uprawiam krytykę pozytywną. Uważam, że w każdej powieści można odnaleźć coś, co można pochwalić. W końcu ktoś tę książkę wybrał, uznał, że jest na tyle dobra, iż warto przedstawić ją szerokiej publiczności. Uprawianie krytyki pozytywnej nie jest równoznaczne z tym, że podobają mi się wszystkie powieści, jakie czytam. Istnieją pozycje, o których sądzę, iż nie powinny zostać wydane. Takie, o których myślę, iż mają kiepską, banalną fabułę i są fatalnie napisane. Ale te tytuły i nazwiska pozostaną moją tajemnicą. Niekoniecznie słodką, ale jednak tajemnicą. Bowiem nie szanuję recenzentów uważających, że wszystko wiedzą najlepiej. Takich, którzy wytykają, co jest w książce nie tak i cieszą się, gdy mogą upodlić autora, a następnie jeszcze dokopać leżącemu. Uważam, podobnie jak wielki Karel Čapek, że „krytykować – to znaczy przekonywać autora, że nie robi czegoś tak, jak ja bym to zrobił, gdybym potrafił.” Osobiście wole chwalić, niż ganić, właśnie dlatego piszę o tym, co mi się w książkach podoba.

2. Nie będę stosować gwiazdek, kropeczek, żadnej skali punktowej od 1 do 5, od 1 do 10, od jeden do nieskończoności. Żadnych rubryczek „noty-knoty”, „hity-kity”. Dlaczego? Ponieważ tego mnie nauczono i tego się trzymam. Wpojono we mnie, że jeśli ci się coś podoba bądź nie, zawsze uzasadniaj swoje zdanie. Jeśli stosujesz skalę, możesz sobie darować recenzję. Jeszcze przed lekturą wiadomo, czy książkę czytać, czy ją sobie odpuścić.

3. Mówię tylko za siebie. Swoje sądy „wezmę na klatę”. Można się ze mną nie zgadzać, można polemizować. Ilu czytelników, tyle gustów. Nie roszczę sobie prawa do bycia wyrocznią, nie pragnę być autorytetem. Nie uważam i nigdy nie uważałam, że dorównuję talentem Cortazarowi, Flaubertowi, Korzeniowskiemu. Nigdy nie stać mnie będzie na sądy o mocy podobnej do tej, jaką emanują teksty Gutorowa. Będę jedynie wypowiadać swoje zdanie. To wszystko.