poniedziałek, 25 lipca 2011

"Chcę wierzyć, że może być coś więcej"


Kiedy kilka lat temu usłyszałam o nowej ekranizacji poematu o Tristanie i Izoldzie, pomyślałam sobie, że przecież znam już tę historię. Zresztą do najbliższego (znośnego) kina miałam wtedy siedemdziesiąt kilometrów, a niespecjalnie lubię się przemieszczać. I zrezygnowałam. Gdy zapoznanie się z nową wersją historii kochanków wymagało ode mnie jedynie, bym zasiadła przed telewizorem w sobotni wieczór, dałam się skusić. I nie żałuję, film przyjemnie mnie zaskoczył.
            Uwielbiam w opowieściach wszelkie elementy fantastyczne. Uwielbiam… ale nie w tej. Zawsze mi się wydawało, że piesek z dzwoneczkiem, próba ognia, smok, a nade wszystko magiczny eliksir psują tę historię. Dla przypomnienia: Izolda posiada magiczny eliksir, który sprawi, że po jego wypiciu zakocha się w królu Marku. Służącą przez pomyłkę podaje eliksir kochankom, wiążąc ze sobą na wieki ich losy. Nie lubię tego fragmentu. Wskazuje on na konieczność. Tristan i Izolda nie decydują się na siebie, zostają na siebie skazani. A moim zdaniem miłość powinna być wyborem dwóch osób, które decydują się na siebie. Film Kevina Reynoldsa pozbawiony jest całej magicznej otoczki. Wydaje mi się, że dużo na tym zyskuje. Miłość łącząca dwoje młodych ludzi jest tu pokazana jako wybór. Decyzja o tyle niełatwa, że balansująca między zaprzepaszczeniem własnego honoru i wierności wobec kochającego oboje Marka, a chęcią spełnienia indywidualnych pragnień. I choć wewnętrzne rozdarcie i moc uczucia w wykonaniu pary głównych aktorów nieco kuleje, całość broni się lepiej, niż gdybyśmy mieli do czynienia z nieszczęsnym pieskiem, smokiem i eliksirem.
"Tristan i Izolda", reż. Kevin Reynolds, 2006.
            Izoldę uważam za postać ukazaną najlepiej ze wszystkich. Młoda, irlandzka księżniczka, marząca o wolności, spełnianiu własnych marzeń i możliwości decydowania o sobie, jest tylko towarem w rękach własnego ojca. Córki wyrzec się bowiem równie łatwo, co jakiejkolwiek rzeczy. Uratowanie znalezionego na plaży wroga jest formą buntu Izoldy, jedyną podjętą samodzielnie decyzją. Gdy mężczyzna wreszcie wyzdrowieje i Izolda niemal zmusi go do odpłynięcia, powie mu na pożegnanie: „Chcę wierzyć, że może być coś więcej”. Księżniczka zostaje przehandlowana przez ojca. Wygrana przez Tristana w pojedynku. Ale wygrana nie dla siebie, lecz dla Marka. Z obowiązku wychodzi za niego za mąż. Mimo, że postępowanie Izoldy wydaje się wysoce niemoralne – zdradza oddanego, kochającego, dobrego męża – nie umiem jej potępić. Rozumiem, że chciała żyć dla czegoś więcej niż obowiązek.


            Mimo niskiego budżetu bronią się także wnętrza i stroje aktorów. Mnie, miłośniczce sukni średniowiecznych, niektóre z kreacji noszonych przez Sophię Myles wprost zapierały dech. Klimat filmu budują także niesamowite krajobrazy. Wielkie przestrzenie i bezkresne morze, wbrew temu, czego można by się spodziewać, budują przestrzeń zamknięcia wokół bohaterów. Przyciemnione, przygaszone kadry potęgują smutek i atmosferę beznadziei.
            Bardzo ciekawym rozwiązaniem wydaje mi się także klamra kompozycyjna. W początkowych i końcowych scenach filmu, Izolda czyta wiersz, który odzwierciedla jej marzenia. Jak każda młoda dziewczyna marzy o miłości, a nie małżeństwie z obowiązku. Wie jednak, że nigdy nie będzie jej to dane. Szuka pocieszenia w słowach: „Na twarzach naszych znać serc związek szczery,/ A każda lustro ma w kochanka oku; /Umiera tylko to, co źle zmieszane;/Jeśli dwie równe miłości są zlane/ Bez reszty w jedną — umrzeć nie będzie nam dane.”[1] Nie znałam utworu, choć nie brzmiał mi on na średniowieczny. Po projekcji filmu popędziłam sprawdzić. Oj… historia Tristana i Izoldy dzieje się w średniowieczu, natomiast autor wiersza, John Donne był angielskim poetą okresu baroku. No, ale niech będzie, nie czepiaj się, filolożko! Przecież pasuje, prawda?

            Siadając na kanapie, przed projekcją, doskonale wiedziałam, jak zakończy się ta historia. A jednak nie przeszkadzało mi to trzymać mocno kciuki, by tym razem (jak w jednej z wersji opowieści o Arturze, Ginewrze i Lancelocie) Tristan usadził Izoldę na koniu przed sobą i pogalopował z nią w stronę wschodzącego słońca, ku własnej historii. Czasami, zupełnie nieoczekiwanie, wyłazi ze mnie romantyczka. Ja też chcę wierzyć, że może być coś więcej. 
 
Trailer do filmu "Tristan i Izolda"



[1] John Donne, „Dzień dobry”, przeł. S. Barańczak.

9 komentarzy:

  1. Muszę obejrzeć, koniecznie:)). Zapowiada się interesująca uczta filmowa. Pozdrawiam!!

    OdpowiedzUsuń
  2. Widziałam i bardzo mi się podobało - ostatnio chciałam odświeżyć sobie wrażenia, ale akurat wylądowałam z siostrą w kinie ;) Aktor grający Tristana... Ok, nic nie napiszę, jeszcze mąż to przeczyta, w każdym razie urokliwy młodzian z niego ;))

    OdpowiedzUsuń
  3. Legendę pamiętam jeszcze z lekcji polskiego w liceum, film oglądałam - i zawsze wewnętrznie się buntuję na myśl, że to co łączyło Tristana i Izoldę było TYLKO wynikiem działania napoju. Bez niego nie byłoby całej historii?
    Film piękny, wysmakowany, choć ja wolę to, co przedstawia mi własna wyobraźnia:)

    Pozdrawiam gorąco!

    OdpowiedzUsuń
  4. Totalnie irytują mnie takie opowiastki o miłości :) Ale cóż, ja zawsze byłam mało romantyczna. A brak tych wszystkich magicznych gadżetów uznałabym właśnie za słabą stronę filmu, a nie mocną :)
    Pozdrawiam ;]

    OdpowiedzUsuń
  5. Kasandro - rzeczywiście, musisz obejrzeć, koniecznie. Na pewno Ci się spodoba. Gorąco zachęcam. Pozdrowienia :).

    Niedopisanie - mniemam, że wylądowałaś po raz wtóry na "Harrym Potterze". Wybieram się w środę. Co do urody filmowego Tristana, mogę Ci jedynie przytaknąć. Baaaaardzo przystojny, by nie użyć pewnego kobiecego określenia na męską urodę :).

    Isadoro - myślę, że napój był efektem tego, iż średniowiecze chciało uwolnić postaci Tristana i Izoldy od "winy" wiarołomstwa wobec Marka. Cóż mogli, skoro to wszystko napój? Ale z drugiej strony, skoro to wszystko napój to jakby... historię o wielkiej miłości diabli wzięli? Dlatego ja też nie lubię fragmentu o eliksirze. Serdeczne pozdrowienia :).

    OdpowiedzUsuń
  6. Saskio - uwielbiam odmienność naszych punktów widzenia ;). Dobrze, że obie jesteśmy tolerancyjne. To utrzymuje naszą przyjaźń. Zawsze możemy głębiej przedyskutować tę kwestię. A nad ranem, jak przystało na dobrego i świadomego gospodarza (eee, pardon, gospodynię) zrobię jajecznicę. Pozdrowienia :)

    OdpowiedzUsuń
  7. Obejrzałam niedawno na TVN'ie i muszę przyznać, że bardzo mi się podobał ten film. Mam nadzieję, że kiedyś dane mi będzie ujrzeć to w wersji papierowej :)

    OdpowiedzUsuń
  8. a ja niestety nie oglądałam jeszcze filmu i bardzo żałuję, mam nadzieję nadrobić zaległości

    OdpowiedzUsuń
  9. Nie widziałam jeszcze tej ekranizacji, ależ plakat promujący romantycznie wygląda XD

    OdpowiedzUsuń