sobota, 23 lipca 2011

Wiedźma z lasu

Przystępując do lektury „Dobiechny”, nie dysponowałam żadnymi informacjami na temat jej ewentualnej zawartości. Znałam jedynie krótki fragment powieści zamieszczony na odwrocie strony tytułowej oraz mogłam przyjrzeć się tajemniczej, utrzymanej w ciemnej, niemal wyłącznie czarnej kolorystyce, okładce. Zaczęłam więc od gruntownych oględzin. Dopiero po chwili uzmysłowiłam sobie, co widzę na okładce. Na pierwszym planie bieli się samotna stokrotka, na drugim w cieniu wysokich, czarnych, starych drzew majaczy niewyraźnie jakaś postać. Zaciekawiona zabrałam się za czytanie, zupełnie nie wiedząc, czego powinnam się spodziewać.
            Wydarzenia opisane w powieści mają miejsce w pierwszym wieku naszej ery, gdy nad Bugiem zamieszkiwały słowiańskie plemiona. Początkowo akcja przeplata się. Narrator ukazuje nam losy dwóch bohaterek. Jedną z nich jest tytułowa Dobiechna, drugą tajemnicza dziewczynka, wieziona i głodzona przez wiedźmę, będącą wyznawczynią potężnego boga Więziświata. Czytelnika czeka jednakże zaskoczenie – okazuje się, że losy dziewczynki nie są jednoczesne do historii Dobiechny, lecz je poprzedzają. Stopniowo odsłania się przed nami układanka wzajemnych zależności. Dziewczynka, wychowywana przez czarownicę, wyrasta na potężną wiedźmę. Zabija swoją poprzedniczkę, następnie wybiera dziewczynkę, mającą zostać jej uczennicą. Wybór jej pada na Dobiechnę, którą porywa wkrótce z rodzinnego domu. Na poszukiwanie dziewczynki wyruszy jej przyjaciel, Bolesław. W starciu z potęgą wiedźmy pomoże chłopcu tajemniczy pustelnik.
            Agnieszka Majchrzak, pisząc „Dobiechnę”, nie ustrzegła się od pewnych uproszczeń. Powtarza schemat znany już od dwustu lat i niemiłosiernie wyeksploatowany przez Kraszewskiego. Zatem: chrześcijanin jest dobry, mądry, czyta pobożną księgę, w ogóle nie można już bardziej zbliżyć się do ideału. Jego bóg chroni go od złego i niby to działa w granicach praw natury, wysługując się zwierzętami i zjawiskami pogodowymi, jednakże aura fantastyczności unosi się wszędzie wokół. Jest to bóg dobry i kochający, ale jednocześnie najpotężniejszy ze wszystkich. Jego przeciwnik to rzecz jasna szatan, tym razem ukryty nie w skórze węża, ale w posążku słowiańskiego boga. Mimo uproszczeń powieść pozbawiona jest doktrynerstwa. Czytelnik więc bez problemu zaakceptuje nieskomplikowane postaci. Co więcej, polubi je, zadowolony, że mniej więcej wie, czego się spodziewać. I tu czeka go miłe zaskoczenie.
            Uproszczenia w konstrukcji postaci „Dobiechna” nadrabia bowiem wartką akcją. Historie poszczególnych bohaterów splatają się ze sobą w nieoczekiwanych momentach i przerywają się wzajemnie właśnie wtedy, gdy najbardziej pragniemy dowiedzieć się, jak dalej potoczy się dany wątek. Nie nudziłam się podczas lektury. Wręcz przeciwnie, czasami wybiegałam myślani, zastanawiając się, co też wydarzy się na następnej stronie. W powieści elementy świata realistycznego przeplatają się z fantastyką. Wiedźma jest tu wiedźmą, ma magiczny kostur, jest nieśmiertelna. Jest to świat, który kształtują wierzenia ludzi go zamieszkujących.
            Bardzo dobrze zostało w „Dobiechnie” zarysowane tło historyczne. Nie miałam problemu, by uwierzyć, że akcja dzieje się w pierwszym wieku, gdzieś w okolicach Bugu, kiedy słońce było bogiem, plemiona walczyły ze sobą o ziemię i dominację, a chrześcijaństwo stanowiło sektę znaną niewielu, niemal nieznaczącą, której bóg współistniał z innymi w nieskończonym panteonie. Co ciekawe określenie „chrześcijaństwo” nigdzie w książce nie pada. Kiedy starzec rysuje na czole bohaterów krzyż na znak błogosławieństwa, narrator odnotowuje, że uczynił „jakiś” znak. Nigdy też wyraz „bóg” nie pojawia się w powieści zaznaczony wielką literą.     
            Czy Agnieszka Majchrzak mogłaby konkurować z Kraszewskim? Każdy szanujący się historyk literatury stwierdziłby zapewne, że nie. Na szczęście jej „Dobiechna” pozbawiona jest także rozwlekłości, na jaką niekiedy nas skazywał. Autorka „Dobiechny” napisała powieść zachowującą mocne strony pisarstwa Kraszewskiego, odrzucając to, co było niemal nie do strawienia.   

Za możliwość przeczytania książki dziękuję wydawnictwu Drzewo Laurowe.

5 komentarzy:

  1. Czuję się zachęcona:)). Mam nadzieję, że będzie mi dane ją przeczytać:)
    Pozdrawiam!!

    OdpowiedzUsuń
  2. Kasandro - cieszę się, że udało mi się Cię zachęcić. Wiesz, jak to mówią, proście, a będzie Wam dane ;). Pozdrowienia!

    OdpowiedzUsuń
  3. Właściwie mam podobne odczucia po tej lekturze:)
    Pozdrawiam serdecznie!

    OdpowiedzUsuń
  4. Hmmm... Wydaje mi się, że gdyby wydarzenia w powieści rozgrywały się w I wieku n.e., to nad Bugiem pewnie jeszcze nie było wtedy chrześcijan ;]
    Jako mój komentarz przytoczę wypowiedź mojej młodszej siostry, która stwierdziła, że ta książka jest dziwna :) Zgadzam się :) Amen.

    OdpowiedzUsuń
  5. Isadoro - często mamy podobne odczucia, z tym, że Ty znacznie szybciej czytasz te "nasze" wspólne pozycje ;). Serdeczne pozdrowienia!

    Saskio - wydaje mi się, że jednak byli, skoro zjazd w Gnieźnie miał miejsce w roku 1000, to zapewne i wcześniej pojawiały się jakiejś jednostki-niedobitki, które dotarły tak daleko na wschód. Czy dziwna? Nie wiem, mnie się podobała. Bez fajerwerków, ale też nie rozczarowująca.

    OdpowiedzUsuń