niedziela, 17 lipca 2011

"Moja mała dziewczynko, rzuć wyzwanie światu, ale zawsze pamiętaj drogę wiodącą z powrotem do domu"*

Rzadko wyrażam pisemnie swoje poglądy na temat obejrzanych filmów czy seriali. Ostatni raz przyszło mi to robić dwa lata temu, po obejrzeniu filmu „Elizabethtown”. Nie czynię tego, ponieważ nie czuję się kompetentna. Cała moja wiedza o kinematografii nie wykracza daleko poza znajomość trzech ruchów kamery (zbliżenie, oddalenie, plan amerykański) oraz wiedzy zdobytej na rocznym kursie z historii kina. Kiedy po tym samym korytarzu, co ty, biegają poloniści-filmoznawcy, kompetentni, obyci znawcy tematu, którzy przez pięć lat oglądają wielkie dzieła i uczą się, jak oceniać, by ocenić prawidłowo, taki sobie zwykły polonista - polonista naturalny, szkolny, może trochę z odchyłem krytycznoliterackim, choć bardziej literackim niż krytycznym - myśli sobie, że nie wolno mu wkraczać na obce terytorium. Nie może tak po prostu mądrzejszym od siebie odbierać ich pracy. Polonista naturalny traci śmiałość, choć chęci mu przecież nie brakuje. Dlatego polonista naturalny postanowił rzucić sam sobie koło ratunkowe. On nie pisze recenzji! Tak, on spisuje tylko luźne wrażenia na temat obejrzanego filmu. Zatem teraz może pozwolić sobie napisać ten tekst nieco inaczej, na innych warunkach niż tworzy się recenzje. To nawet nie recenzja, felieton, być może...

Cztery lata temu na ekrany kin trafił film „Flicka”, opowiadający o przyjaźni nastolatki z dzikim mustangiem oraz o trudnej relacji na linii ojciec-córka. Fajerwerków nie było, ale film można obejrzeć podczas leniwego, rodzinnego, niedzielnego popołudnia. Dzieciaki powinny mieć frajdę, a rodzice nie zanudzą się na śmierć. Warunki kina familijnego zostały więc spełnione. Wydawałoby się, że nic więcej w temacie powiedzieć nie można. Nastolatka pogodzona z ojcem, koń uratowany, oswojony, główna bohaterka może go zatrzymać. Schemat wyczerpany. Aż tu nagle, cztery lata później, powstaje „Flicka 2”. Wielkie zaskoczenie. Kontynuacja jest możliwa.
Katie i Flicka (kadr z filmu "Flicka", 2006)
 Oto rodzice Katie sprzedają ranczo krewnemu, ona sama wyjeżdża studiować weterynarię, pozostawiając pod opieką wuja Hanka swego ukochanego konia, Flickę. 
       Niebawem pod skrzydła Hanka trafia także jego nastoletnia córka, Carrie. Mężczyzna próbuje postępować z dziewczyną tak samo, jak układa swoje konie. Nie trzeba być orłem, by domyślić się, że z mizernym rezultatem. Dziewczyna odnosi się do niego nieufnie. Jej jedynym sprzymierzeńcem staje się osamotniona czarna klacz, Flicka. Jak dowiaduje się Cerrie imię to, będące szwedzkim słowem oznaczającym „młodą, piękną dziewczynę” nadała klaczy jej poprzednia właścicielka, kuzynka Katie, której dziennik Carrie odnajduje pod siodłem Flicki. Duch bohaterki poprzedniej części unosi się więc nad nową historią, a ciągłość zostaje w ciekawy sposób zachowana. 
Carrie i Flicka (kadr z filmu "Flicka 2", 2010)
Carrie i Flicka szybko łapią wspólny język. Po drodze nie zabraknie oczywiście kilku czasoumilaczy i problemów do rozwiązania. Mamy więc wątek romantyczny – między Carrie a dorabiającym na ranczo Jakem, marzącym o karierze piosenkarskiej oraz wątek samolubnej i pustej nastolatki z sąsiedztwa, która postanawia odebrać Carrie ukochanego mustanga, aby wygrać na nim zbliżające się zawody. Walka o odzyskanie klaczy pozwala ojcu i córce ponownie odnaleźć wspólny język. Nie brak także treści humorystycznych, osnutych wokół zmagań Carrie ze zwierzętami zamieszkującymi ranczo: kogutem, władcą kurnika i ociężałym, starym psem, Speedy’em. Cała historia rozgrywa się na przepięknych, rozległych i… pustych przestrzeniach stanu Wyoming (widząc je po raz pierwszy, przerażona Carrie pyta: „A gdzie asfalt?”). Trzeba przyznać, że krajobrazy zapierają dech w piersi. A wisienką na torcie dla miłośnika koni są zdjęcia z udziałem dzikich mustangów, mających pomoć tego samego ducha, który obijał się także w piersi pierwszych amerykańskich kolonizatorów (moim zdaniem lekkie przegięcie, ale Amerykanie lubią wzniosłe porównania, więc wybaczam). I mimo, że bohaterka drugiej części nie pomyka na Flice na oklep, jak to miała w zwyczaju czynić jej poprzedniczka, grana przez Alison Lohman ( Lohman przed zdjęciami do „Flicki” nie jeździła nigdy konno, wybaczcie, ale muszę to zrobić O_O), jest na co popatrzeć. Być może doczekamy się nawet kontynuacji, którą sugeruje zakończenie filmu. 

„Flicka 2” arcydziełem nie jest, ale można ją uznać za przyjemne kino wakacyjne. Niewymagające, nieskomplikowane, skupiające na sobie tylko tyle uwagi, ile to absolutnie konieczne. Trochę akcji, trochę wzruszeń, trochę żartów. I choć konie są takim tematem, który sprawia, że obejrzałabym o nich każdy, nawet najgorszy film i przeczytała najbardziej beznadziejną książkę, „Flicka 2” pozytywnie mnie zaskoczyła. Miłośnikom koni, polecam, pozostałym pozostawiam dowolność wyboru.        
 
Trailer do filmu "Flicka 2"
 "My little girl", piosenka do filmu "Flicka"

* Tytuł wpisu to parafraza słów piosenki "My little girl", w wykonaniu Tima McGraw, napisanej specjalnie do filmu "Flicka".

9 komentarzy:

  1. Nie bądź dla siebie aż tak okrutna, Twoja felieto- recenzja (sama nie mogę ocenić), jest jak najbardziej kompetentna i równie dobra jak recenzje, choć osobiście uważam iż ,prym wiodą recenzje. Czytając je mam wrażenie, że wyczytuję część Ciebie, nie wiem jak to robisz, ale wprowadzasz jakąś magię do swoich tekstów. Przeczytawszy jeden, niemożliwością jest nie przeczytanie następnych!

    OdpowiedzUsuń
  2. Z chęcią obejrzę filmy. Wydają się warte poznania:))
    Pozdrawiam!!

    OdpowiedzUsuń
  3. Mary - wszak jestem Królową Elfów, magia to moja domena :). A na poważnie. Przy każdym przedsięwzięciu, nawet takim, jak napisanie recenzji, staram się jak mogę, aby było dobrze. Ktoś to pochwali, inny uzna za niewystarczające. Ja mogę jedynie dać z siebie wszystko. Niemniej gorąco dziękuję za komplement i kłaniam się uniżenie. Wyczuwasz odmienność tego tekstu, gdyż w przypadku felieto-recenzji "Flicki 2" (właśnie powołałaś nowy gatunek, wiesz?), bawiłam się zarówno opowiadaną prze film historią, jak i formą tekstu. Przy tekstach o książkach rzadko sobie na to pozwalam.

    Kasandro - są warte poznania, może nie będziesz po ich obejrzeniu rozmyślać o problemach egzystencjalnych trawiących nasz świat, ale przecież czasami trzeba od nich odpocząć. Zwłaszcza w wakacje. Serdeczne pozdrowienia :)!

    OdpowiedzUsuń
  4. Film zapowiada się jakoś tak poetycko, chętnie oderwę się od rzeczywistości i zagłębię się w jego treść:)

    Pozdrawiam serdecznie!

    OdpowiedzUsuń
  5. Isadoro - zwłaszcza pierwsza część, w której zza kadru "słyszymy" myśli galopującej na "Flice" Katie, bywa momentami poetycka. To film o tym, jak postrzegać można wolność. Zachęcam do zapoznania się z nim. Serdeczne pozdrowienia!

    OdpowiedzUsuń
  6. Zdałam sobie sprawę jak to napisałaś, cóż felieto-recenzja dobrze brzmi ;p

    OdpowiedzUsuń
  7. Przyznam, że nie lubię zwierząt i rzadko oglądam filmy, gdzie one głównie dominują. ;x Sama fabuła tej produkcji niestety mnie nie zainteresowała, jakoś do mnie to wszystko nie przemawia. ;)
    Ale tekst świetny, podoba mi się. ^^

    OdpowiedzUsuń
  8. LadyBoleyn - dziękuję za pochwałę, a do oglądania filmu nie zmuszam. Daleka jestem od torturowania kogokolwiek :).

    OdpowiedzUsuń
  9. Z radością informuję, że nominowałam Cię do nagrody One Lovely Blog Award. :) Szczegóły w moim dzisiejszym poście. Pozdrawiam serdecznie.

    OdpowiedzUsuń