czwartek, 27 lutego 2014

Kolejne spotkanie z Kate Morton

Niedawno ukazała się w Polsce kolejna książka Kate Morton, księżnej literatury australijskiej i jej głównej ambasadorki na świecie i w Polsce (zaznaczam to, gdyż coraz częściej mam wątpliwości, czy Polska jest częścią świata - cywilizowanego świata). Muszę przyznać, że nie było to już spotkanie tak udane, jak w przypadku "Milczącego zamku", ale pani Motron nadal trzyma poziom. Tyle, że to, co jest dla jej pisarstwa charakterystyczne i w poprzedniej książce mnie fascynowało, tym razem raczej nużyło i irytowało. Może to nie był właściwy czas na tę lekturę, a może to już nie jestem właściwa ja. Całość recenzji do przeczytania tutaj

sobota, 22 lutego 2014

"Ona" - nie wierzę w miłość, która nie boli



Pierwszy raz w tym roku byłam w kinie. Pech chciał, że tego dnia przypadały walentynki. „Ona” natomiast zupełnie nie jest filmem dla zakochanych, tego jestem pewna. Co więcej, nie jest to film dla wszystkich. Jest bowiem dość smutny, melancholijny i nieco dziwaczny.
            „Ona” opowiada o losach Theodore’a, który kilkanaście miesięcy przed rozpoczęciem akcji, rozstał się z żoną. Pewnego dnia kupuje i instaluje na swoim komputerze indywidualny system operacyjny. Ten, po zadaniu kilku wstępnych pytań, przedstawia mu się jako Samantha. Między mężczyzną a programem nawiązuje się nić sympatii, a z czasem także miłość.
            Chciałabym uniknąć tu dywagacji nad tym, czy SI może mieć uczucia, może się samodzielnie rozwijać i decydować o sobie. Czy to, co czuje jest prawdziwe, czy zaprogramowane. Oczywiście, trzeba je sobie postawić także w przypadku Samanthy. Są to jednak pytania, na które nie potrafimy (przynajmniej na razie) udzielić zadowalającej odpowiedzi. Jedni powiedzą, że SI może być samodzielną jednostką, inni, zwolennicy antropocentryzmu, że nie odczuwa, jest zaprogramowany, że ma swojego demiurga w postaci człowieka, a więc zawsze pozostanie podległy, gorszy.
            Mnie jednak interesuje odwrócenie tej sytuacji. Theodore zakochuje się w istocie, która nie ma ciała. Jest tylko głosem z komputera. Głosem dowcipnym, inteligentnym, który potrafi komponować i ma niecodzienne rozważania. Ale mimo to jest tylko świadomością. Przytulić go nie można, pocałować też nie. Czy to zatem oznacza, że mimo wszystko zawsze zwycięży piramida Maslowa i potrzeby seksualne, a człowiek ze swoją technologią i kulturą jest mimo wszystko tylko trochę bardziej rozwiniętym zwierzęciem?

            Theodore miał żonę. W scenie podpisania papierów rozwodowych, kobieta ewidentnie się zastanawia. Bohater jednak nie decyduje się ratować związku, mimo że reżyser przekonuje nas, iż po dwóch latach od rozstania, nadal o niej myśli. Woli brnąć w związek z Samanthą. Tu pojawia się pytanie, czy do tego właśnie zmierza świat? Do wygenerowanych przyjaciół, którzy zaspokajać będą nasze potrzeby? Chciałoby się powiedzieć, że tak prościej, ale przecież związek Thedore’a z Samanthą prosty wcale nie był. Uczucie między człowiekiem a maszyną okazało się równie niełatwe, co to łączące człowieka z człowiekiem – pełne kompromisów, wyrzeczeń i niekoniecznie chcianego dostosowywania się (tak interpretowałabym scenę, kiedy Theodore czyta książkę z dziedziny fizyki, o której opowiadała mu Samantha, nic z niej nie rozumie, ale pragnie mieć o czym rozmawiać z obiektem swoich uczuć).
            W kontekście całego filmu ważna wydaje się też być ostatnia scena, gdy Theodore i jego
przyjaciółka siadają na dachu domu i opierają się do siebie. Zwłaszcza, że już od samego początku sugeruje się nam, że miedzy Theodorem i Amy mogłoby zaiskrzyć, gdyby ta nie miała męża. Nieudany związek Amy jednakże w końcu się rozpada z najbardziej prozaicznego z możliwych powodów – źle ustawionych butów (ale to przecież tylko wierzchołek góry lodowej wzajemnego niezrozumienia, żalu i pretensji).  Czyżby więc Jonze sugerował, że gdy wszystko się wali, ostatecznie pozostaje człowiekowi szukać ratunku tylko… u drugiego człowieka, bo jesteśmy istotami, które nie potrafią być same?
Rozpada się związek Theodore’a i małżeństwo Amy. Z całą pewnością nie zakładali tego, gdy w nie wstępowali. Widocznie można zrobić wszystko, ale nie da się zaplanować i przeprowadzić projektu „szczęście”. To misja niemożliwa i z założenia skazana na porażkę. I o tym właśnie, moim zdaniem, jest ten film. To zabawne, że miał premierę w walentynki.      

czwartek, 20 lutego 2014

Selery, buraki i kartofle - czyli czytelnictwo po polsku


Best seller or bestseller?

Gdyby moje wpisy wywoływały jakiś odzew, czego niestety nie robią, pewnie zostałabym posądzona o bycie snobką. Nie jestem nią. Uważam, że wolność Tomku w swoim domku. Niech każdy lubi, co chce, ogląda, co chce, je, co chce i uprawia seks z kim chce i jak chce. Daleko mi do zamiłowania do literatury wysokiej. Stasiuk? Nie przepadam. Tulli? Nie zawsze rozumiem. Witkowski? Święci pańscy, za jakie grzechy. Czołem biję przed moimi koleżankami doktorantkami, które potrafią się zachwycać współczesnymi pisarzami. Mimo to, gdy dorwałam się dziś do artykułu w „GW” na temat najlepiej sprzedających się książek 2013 roku, rozbolały mnie wszystkie zęby.
Z zeszłorocznego raportu o stanie czytelnictwa, przygotowanego przez BN, wynika, że ludzie z wyższym wykształceniem raczej niewiele czytają. Jeśli prawdą jest „powiedz mi, co czytasz, a powiem ci, kim jesteś” to… źle się dzieje w państwie duńskim. Bo wychodzi na to, że u nas praktycznie nie ma ludzi inteligentnych czy choćby myślących. Na szczycie listy „Grey”. Co ludzi w tym kręci, co ich w „Grey’u” podnieca? Choć może nie powinnam pytać, co ludzi, a co kobiety w tym podnieca. Tylko, czy kobieta to nie człowiek? To kobiety wywindowały „Grey’a” (nie mylić z El Grey’em [taka herbata] lub Gaalem [rodzaj kielicha, podobno drewnianego, ale nikt nie widział, nikt nie wie na pewno], bo niektórym się to zdarza) na pierwsze miejsce list bestsellerów. Dlaczego? Bo konwenanse tłamszą ich wolność, bo wstydzą się czuć się dobrze ze swoim ciałem, bo mają kompleksy, bo one też by tak chciały, a ich życie erotyczne jest, delikatnie mówiąc, niezadowalające? Cholera wie. Choć nie i ona nie. Przecież ja też cholerą jestem, a nie mam pojęcia. Mnie tam mężczyzna, który traktuje kobietę jak przedmiot, nie kręci. Ani kobieta, której życie kręci się wokół mężczyzny. To dopiero jest porażka.
Literatura niebeletrystyczna zdominowana została przez kolejną opowieść o życiu po życiu, czy może raczej po śmierci. Ale generalnie chodzi o to, że po życiu (i śmierci) też jest życie (i śmierć?). Tylko inne. Jeśli o mnie chodzi, to mam nadzieję, że żadnego życia po życiu (i po śmierci) nie ma. Jeszcze by tego brakowało.
A wśród najchętniej kupowanych książek dla dzieci i młodzieży infantylna Holly Webb ze swoimi dziewczynkami i kociaczkami, którym zmieniają się tylko imiona. I na szczęście, to chyba jedyny jasny punk na tym ciemnym horyzoncie, Suzanne Collins, która trzyma poziom.
Ludzie, którzy czytają, przyjęli, że mogą się uważać za lepszych od tych, którzy nie czytają. Bo czytanie rozwija słownictwo, wyobraźnię, jest pokarmem dla duszy i rozrywką dla intelektualistów. I tak dalej w ten deseń. Po przeczytaniu artykułu w „GW” zaczęłam się zastanawiać, czy to prawda. Bo bestsellers to raczej (i chyba tylko) best sellers, czytelnicy to kartofle, a bibliotekarze, którym Grey myli się z Graalem (przecież to żadna różnica) ostatnie buraki.   

środa, 19 lutego 2014

Dyskusyjny Klub Książki

Pierwsze spotkanie przebiegło świetnie. Jestem bardzo zadowolona, że udało mi się doprowadzić do powstania w Miłosławiu Dyskusyjnego Klubu Książki z prawdziwego zdarzenia. W tym miesiącu czytamy "Za worek kości". Nie jest to książka, która była naszym pierwszym wyborem, ale mam nadzieję, że i tym razem dyskusja będzie równie ożywiona.


poniedziałek, 17 lutego 2014

Cóż Ty wiesz o komunizmie, Mankellu?



Szwedzki pisarz Henning Mankell najbardziej znany jest chyba ze swojej serii o policjancie Kurcie Walladnerze, do filmów o którym napisał także scenariusze. Jest też jednym z najsłynniejszych twórców skandynawskich kryminałów. Jednak jeśli ktoś sięga po „Chińczyka”, nastawiając się na kontakt z kryminałem, poczuje się oszukany.
            „Chińczyk” to opowieść o makabrycznej zbrodni dokonanej na niemal wszystkich mieszkańcach pewnego niewielkiego szwedzkiego miasteczka. Policja nie ma prawie żadnych tropów. W śledztwo angażuje się jednakże sędzia Brigitta Roslin, krewna jednej z zamordowanych rodzin, która odkrywa, że znaleziona na miejscu zbrodni tajemnicza czerwona wstążka pochodzi z chińskiej restauracji nieopodal wioski. Podążając tym tropem, trafia aż do Państwa Środka.
            Z całą pewnością „Chińczyk” kryminałem nie jest. Śledztwo kryminalne stanowi w zasadzie jedynie dodatek do rozważań Mankella na temat przemian, jakie dokonały się w Chinach  w XX wieku. Akcja książki dzieje się w dwóch płaszczyznach czasowych – w 2006 roku oraz pod koniec XIX wieku. Ponadto zahacza o kilka kontynentów – Amerykę Południową, Afrykę, Europę i Azję. Mnogość bohaterów przyprawia o zawrót głowy. Mankell tworzy w zasadzie bardziej powieść społeczno-ekonomiczną z wątkiem kryminalnym, niż kryminał w czystej postaci. Co więcej, wątek kryminalny jest szyty naprawdę grubymi nićmi. Morderca, który specjalnie zostawia po sobie ślad, porzucając na miejscu zbrodni czerwoną wstążkę? Bohaterka, która wśród miliarda Chińczyków odnajduje akurat tę osobę, o która jej chodzi?
            Gorzej, że również wątek społeczny w „Chińczyku” nie przekonuje. Ojciec Wallandera odmalowuje bardzo dokładny obraz Chin i przemian zachodzących na przestrzeni lat. Konstruuje postaci rodzeństwa Hong i Ya Ru, jako dwóch odmiennych dróg, którymi podążył chiński komunizm. Jednocześnie wyczuwa się, iż sympatia narratora ewidentnie staje po stronie ideologii komunistycznej. Nie potępia go, lecz przyklaskuje. Brigida Roslin, szwedzki sędzia, kobieta wykształcona, kilkakrotnie zadaje Hong pytanie o przyszły los skazanego: „Zabijecie go?”. Jakby nie wiedziała, jaka będzie odpowiedź. A powinna. To sprawia, że czytając, zastanawiałam się, co tak naprawdę szwedzki pisarz wie o komunizmie. Czy jego zasób wiadomości naprawdę jest wystarczający, by w powieści, która dotarła do wielu miejsc na świecie, opowiedzieć się po stronie ideologii, mającej za nic prawa człowieka? Wydaje mi się, że odpowiedź brzmi: nie. A to sprawia, że odbieram „Chińczyka” mimo wszystko jako powieść szkodliwą.
            Poza tym, jak na społecznika i obrońcę uciśnionych, Mankell za bardzo brnie w stereotypy na temat emigrantów. Jeśli Polka, to tylko sprzątaczka i najprawdopodobniej nie zna języka. Jeżeli Rosjanka, to tylko przebywająca w Szwecji nielegalna imigrantka, pracująca w podrzędnym hotelu, jako pokojówka. Jeśli Węgrzy, to tylko brutalni gangsterzy. Przykłady można by, niestety, mnożyć dalej.
            Ci, którzy zabierając się za lekturę „Chińczyka”, sądzą, że obcują z kryminałem, poczują się zawiedzieni. Ci natomiast, którym nie przeszkadzają obszerne dywagacje natury obyczajowej, ideologicznej i ekonomicznej, mogą poczuć satysfakcję z lektury. „Chińczyk” to dobrze napisana, sprawie zrealizowana powieść. Ale z głoszoną w nim tezą nie jestem w stanie się zgodzić.

wtorek, 11 lutego 2014

Powrót Klekotki-Idiotki

Czasami, idąc na łatwiznę, krytycy literaccy tworzą zestawienia typu "noty-knoty" czy "hity-kity". Dawno, dawno temu, w czasach, których nie pamiętają już nawet najstarsi, a ja byłam jeszcze studentką, nasz wykładowca przestrzegał, byśmy tego nigdy nie robili. Gdybym jednak miała obstawiać mój czytelniczy "kit/knot" 2014 roku, byłaby to właśnie ta powieść. Recenzja tutaj.

środa, 5 lutego 2014

Wielki powrót Edgara (wcale nie marnotrawnego)



Wraz z nowym, 2014, rokiem do Biblioteki Edgara powróciła pewna tradycja. Postanowiliśmy bowiem z Edgarem, iż przywrócimy od stycznia Nagrodę im. Edgara Kopytko (zwaną potocznie i pieszczotliwie po prostu „Kopytkiem”). Dla przypomnienia: o nagrodę tę ubierają się wszystkie książki, jakie przeczytałam w danym miesiącu. Niegdyś w skład komisji sędziowskiej wchodziłam ja (właścicielka Edgara), sam Edgar Kopytko oraz Kathleen Kelly, właścicielka księgarni „Za rogiem”. W tym roku do naszego elitarnego grona przyjęliśmy jeszcze Ciasteczkowego Potwora, którego podarował mi T. Tak, tak, tego z „Ulicy Sezamkowej”. Statuetkę natomiast, którą otrzymuje Autor nagrodzonej pozycji, wykonała nasza wspaniała, cudowna i niezawodna PAAB, współzałożycielka Paabupod Lemoorem. W tym miesiącu o nagrodę ubiegają się:

1.      Dodie Smith, „Zdobywam zamek”,
2.      Huppen Hermann, „Wieże Bois Maury. Heloiza de Mongri”,
3.      Huppen Hermann, „Wieże Bois Maury. Germain”,
4.      Huppen Hermann, „Wieże Bois Maury. Reinhardt”,
5.      Niko Henrichon, Darren Aronofsky, Ari Handel „Noe. Za niegodziwość ludzi”,
6.      Lauren Waisberger „Zemsta ubiera się u Prady”,
7.      Henning Mankell „Chińczyk”.

Długo toczyła się między nami zaciekła wal…znaczy… chciałam powiedzieć dyskusja. Dyskusja, oczywiście. W ruch poszły pięści, kopyta… Miałam na myśli, że toczyliśmy spory na solidne argumenty. Ostatecznie zdecydowaliśmy, iż powieścią miesiąca zostaje:

„Zdobywam zamek” Dodie Smith.

To urocza historia o dorastaniu, zwariowanej rodzinie i literaturze, która bardzo nam się wszystkim (WSZYSTKIM, prawda, Edgarze?) podobała. Zwyciężczyni gratulujemy. „Zdobywam zamek” otrzymuje niniejszym znak jakości „Polecane by Edgar”, a Dodie Smith zostaje dumną posiadaczką modelinowej statuetki. Znaczy zostałaby, gdyby jeszcze żyła.

poniedziałek, 3 lutego 2014

Doświadczony versus dobry



źródło

Wydaje się, że czasami nie ma dobrego wyjścia. Mówi się, że żadna praca nie hańbi. Być może. Nie każda jednak daje satysfakcję. A jeśli nawet daje satysfakcję, nie daje funduszy, by żyć.  I teraz powstaje problem.
Firma „X” ma nastu pracowników. Każdy z nich chciałby dobrze zarabiać albo zarabiać tyle, żeby żyć. Nawet nie godnie. Po prostu. Żyć. Firma „X” chciałaby to zapewnić wszystkim swoim pracownikom, ale, ale, ale, ale nie ma na to wystarczających środków. A wszyscy pracownicy w firmie „X” są absolutnie, koniecznie stuprocentowo niezbędni. Teraz powstaje pytanie. Kogo firma „X” ma lepiej opłacać. Pracownika doświadczonego, zatrudnionego w firmie „X” od nastu lat, ze stażem pracy dłuższym niż Nil, trwałego tak, jak mury firmy, stałego niczym filary ziemi, wyjadacza po prostu no? A może świeżaka, który właśnie się pojawił? Pracownik doświadczony burzyłby się zapewne (i słusznie), że wraz z wysługą lat ma mniejszą pensję niż młodziak. Swieżak burzy się natomiast, że to umie, tamto potrafi, ma taki czy inny pomysł i niezgorsze umiejętności, jakich inni pracownicy firmy „X” nie posiadają, a jednak znajduje się na samym dole drabiny pokarmowej. Czuje się niedoceniany, jest wiecznie sfrustrowany i przestaje mu się chcieć (i słusznie). Ani wilk nie jest syty, ani owca nie jest cała. Nikt do nikogo nie ma pretensji. Bo wszyscy mają rację i nikt jej nie ma.
Kto powinien więcej zarabiać – dobry czy doświadczony, zasłużony stażem czy zasłużony umiejętnościami? Z tym pytaniem Państwa i siebie pozostawiam, pozdrawiając Wszystkich Krewnych i Znajomych Królika, którzy stali się dla mnie inspiracją.  


sobota, 1 lutego 2014

Pełen zachwyt

"Noe. Za niegodziwość ludzi" trafił do mnie przez przypadek. Jednakże ta wersja opowieści o Noem całkowicie mną zawładnęła. Oszczędnie opowiedziane, fenomenalnie narysowane. Pierwszorzędny komiks. Tutaj pełna recenzja. Gdyby ktoś miał ochotę na biblijną historię w całkowicie nowym wydaniu, serdecznie polecam. A na deser kolejny film, którego nie zobaczę. Russell Crowe i... Sami Wiecie Kto ;).