poniedziałek, 17 lutego 2014

Cóż Ty wiesz o komunizmie, Mankellu?



Szwedzki pisarz Henning Mankell najbardziej znany jest chyba ze swojej serii o policjancie Kurcie Walladnerze, do filmów o którym napisał także scenariusze. Jest też jednym z najsłynniejszych twórców skandynawskich kryminałów. Jednak jeśli ktoś sięga po „Chińczyka”, nastawiając się na kontakt z kryminałem, poczuje się oszukany.
            „Chińczyk” to opowieść o makabrycznej zbrodni dokonanej na niemal wszystkich mieszkańcach pewnego niewielkiego szwedzkiego miasteczka. Policja nie ma prawie żadnych tropów. W śledztwo angażuje się jednakże sędzia Brigitta Roslin, krewna jednej z zamordowanych rodzin, która odkrywa, że znaleziona na miejscu zbrodni tajemnicza czerwona wstążka pochodzi z chińskiej restauracji nieopodal wioski. Podążając tym tropem, trafia aż do Państwa Środka.
            Z całą pewnością „Chińczyk” kryminałem nie jest. Śledztwo kryminalne stanowi w zasadzie jedynie dodatek do rozważań Mankella na temat przemian, jakie dokonały się w Chinach  w XX wieku. Akcja książki dzieje się w dwóch płaszczyznach czasowych – w 2006 roku oraz pod koniec XIX wieku. Ponadto zahacza o kilka kontynentów – Amerykę Południową, Afrykę, Europę i Azję. Mnogość bohaterów przyprawia o zawrót głowy. Mankell tworzy w zasadzie bardziej powieść społeczno-ekonomiczną z wątkiem kryminalnym, niż kryminał w czystej postaci. Co więcej, wątek kryminalny jest szyty naprawdę grubymi nićmi. Morderca, który specjalnie zostawia po sobie ślad, porzucając na miejscu zbrodni czerwoną wstążkę? Bohaterka, która wśród miliarda Chińczyków odnajduje akurat tę osobę, o która jej chodzi?
            Gorzej, że również wątek społeczny w „Chińczyku” nie przekonuje. Ojciec Wallandera odmalowuje bardzo dokładny obraz Chin i przemian zachodzących na przestrzeni lat. Konstruuje postaci rodzeństwa Hong i Ya Ru, jako dwóch odmiennych dróg, którymi podążył chiński komunizm. Jednocześnie wyczuwa się, iż sympatia narratora ewidentnie staje po stronie ideologii komunistycznej. Nie potępia go, lecz przyklaskuje. Brigida Roslin, szwedzki sędzia, kobieta wykształcona, kilkakrotnie zadaje Hong pytanie o przyszły los skazanego: „Zabijecie go?”. Jakby nie wiedziała, jaka będzie odpowiedź. A powinna. To sprawia, że czytając, zastanawiałam się, co tak naprawdę szwedzki pisarz wie o komunizmie. Czy jego zasób wiadomości naprawdę jest wystarczający, by w powieści, która dotarła do wielu miejsc na świecie, opowiedzieć się po stronie ideologii, mającej za nic prawa człowieka? Wydaje mi się, że odpowiedź brzmi: nie. A to sprawia, że odbieram „Chińczyka” mimo wszystko jako powieść szkodliwą.
            Poza tym, jak na społecznika i obrońcę uciśnionych, Mankell za bardzo brnie w stereotypy na temat emigrantów. Jeśli Polka, to tylko sprzątaczka i najprawdopodobniej nie zna języka. Jeżeli Rosjanka, to tylko przebywająca w Szwecji nielegalna imigrantka, pracująca w podrzędnym hotelu, jako pokojówka. Jeśli Węgrzy, to tylko brutalni gangsterzy. Przykłady można by, niestety, mnożyć dalej.
            Ci, którzy zabierając się za lekturę „Chińczyka”, sądzą, że obcują z kryminałem, poczują się zawiedzieni. Ci natomiast, którym nie przeszkadzają obszerne dywagacje natury obyczajowej, ideologicznej i ekonomicznej, mogą poczuć satysfakcję z lektury. „Chińczyk” to dobrze napisana, sprawie zrealizowana powieść. Ale z głoszoną w nim tezą nie jestem w stanie się zgodzić.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz