środa, 29 czerwca 2016

Taki ładny kicz


No dobra, jak każdy mam swoje wabiki. Gdy słyszę słowo „elf”, to nie ma mocnych, muszę tę powieść przeczytać. Tak stało się z „Mrocznym szaleństwem” Karen Moning. Usłyszałam „elf”, pomyślałam: „No dobra”, mimo, że na okładce była śliczna kobieta w różowej sukience (różowej!!!) i szpilkach. Taki ładny kicz, w sumie wiadomo, czego można się spodziewać, prawda?
Siostra Mac, Alina, zostaje zamordowana. Mordercy nie odnaleziono, a dublińska policja nie bardzo kwapi się do porządnego przyjrzenia się sprawie. Nasza główna bohaterka leci więc do Dublina, z nadzieją, że wpadnie na ślad przeoczony przez opieszałą policję. Na ślad nie natrafia, wpada natomiast w kłopoty, ponieważ okazuje się, że jest widzącą shide, co sprawia, że niektóre elfy chcą przeciągnąć ją na swoją stronę, inne natomiast zabić. Mac uzyskuje pomoc od tajemniczego Jerycho Barronsa.
Nie podoba mi się ta książka. Wszystko mi się w tej książce nie podoba. Główna bohaterka – niby czyta książki, niby jest inteligentna (albo na taką się kreuje), a zajmują ją głównie stroje (różowe!), lakierowanie paznokci (na różowo!). Różowa landrynka, która kreuje się na intelektualistkę, dosłownie. Okropność. Nie mówię tu, że sympatyczne, inteligentne dziewczyny zwykle o siebie nie dbają, nie robią makijażu i chodzą w workach pokutnych, ale no kurde, nie. Za dużo czytania o strojach i makijażach mąciło mi w głowie.
Po drugie – inni bohaterowie. Dlaczego mężczyźni w tego typu książkach zawsze muszą chodzić ubrani w czerń, być owiani tajemnicą i super przystojni? Dlaczego nikt tam nigdy nie przekracza trzydziestki? Dlatego ciągle muszę czytać o pociągających niegrzecznych chłopcach? No, dlaczego?!
Po trzecie – elfy. Lubię elfy Tolkienowskie. Piękne, mądre, dostojne. Tutaj autorka odpływa bardziej w stronę Laurell K. Hamilton. Mamy shide złe, wyniszczające ludzi, wykorzystujące swoją seksualność. Bardzo dużo w tym tekście erotyki. Seksu pokazanego w sposób dosłowny, ocierający się o wulgarność. Laurell Hamilton nie kryje się jednak, że pisze fantasy erotyczne. I to jest ok. Jest pełno seksu, ale właśnie tego się spodziewamy, tego oczekujemy. W „Mrocznym szaleństwie” dostajemy w zasadzie to samo, pod płaszczykiem czegoś więcej. I to już jest, jak powiedziałaby Czerwona Królowa z „Alicji” Tima Burtona, oszukaństwo.
Po czwarte – nikt nie uprzedzał, że ta powieść nie będzie zamkniętą całością i  żeby się dowiedzieć, kto zabił, będę musiała przebrnąć przez wszystkie trzy tomy tej żenady. Na chwilę obecną zostałam z ręką w nocniku. Niby nie mam specjalnie ochoty czytać dalej, ale z drugiej strony, jakoś tak głupio kończyć po przeczytaniu jednej trzeciej książki, prawda?
Czyta się to nie najgorzej, szybko. Ale to raczej trzeciorzędna powieść wśród drugorzędnych. Albo nie, nawet drugorzędna wśród trzeciorzędnych. Coś jak Danielle Steel i Katarzyna Michalak literatury fantastycznej. W bardziej wybrednych literacko może wywołać wysypkę. Nawet, jeśli lubią elfy.

czwartek, 23 czerwca 2016

Jojo Moyes a biblioteki

"Zanim się pojawiłeś" - źródło
Tak oto opisuje bibliotekę w swojej miejscowości bohaterka powieści Jojo Moyes, "Zanim się pojawiłeś", Lou Clark:

"Biblioteka nie była taka, jak zapamiętałam. Połowę książek zastąpiły płyty CD i DVD, wielkie półki pełne audiobooków, a nawet stojaki z kartkami okolicznościowymi. I wcale nie było cicho. Z kącika z książkami dla dzieci, gdzie właśnie bawiła się w najlepsze jakaś grupa przedszkolaków i ich mam, dobiegał śpiew i klaskanie. Ludzie czytali czasopisma i rozmawiali cicho. Dział czasopism, gdzie zwykle starsi panowie drzemali nad gazetami, zniknął, a na jego miejscu pojawił się duży owalny stół z ustawionymi dookoła komputerami. Usiadłam niepewnie przy jednym z nich, mając nadzieję, że nikt mi się nie przygląda. Komputery, tak jak książki, to był teren mojej siostry. Najwyraźniej jednak personel biblioteki przewidział czyste przerażenie odczuwane przez ludzi takich jak ja. Jedna z bibliotekarek przystanęła przy mnie i wręczyła mi kartę oraz laminowaną instrukcję."

Czy Wasze biblioteki też tak się zmieniły?  

poniedziałek, 20 czerwca 2016

Cormoran Strike po raz trzeci

Uwielbiam Roberta Galbraitha. Bezapelacyjnie, bez dwóch zdań. Zresztą ostatnio dużo jest na jego temat na blogu. W styczniu była recenzja „Wołania kukułki”, zaraz po niej przyszedł czas na rewelacyjnego „Jedwabnika”, aż dotarłam do „Żniw zła”.
Do agencji nieznany nadawca przysyła paczkę zaadresowaną do Robin z odciętą kobiecą nogą. Cormoran wzywa policję, ale widząc, że ta z niewielkim entuzjazmem odnosi się do nazwisk trzech podejrzanych, którzy jego zdaniem, mogliby być do tego zdolni, postanawia rozpocząć prywatne śledztwo. Śledztwo, będące dla czytelnika możliwością podróży w przeszłość bohatera.
Jak napisałam wyżej, do tej pory łykałam Roberta Galbraitha bez zastrzeżeń. Podoba mi się język tych powieści, podobają mi się bohaterowie. Najnowsza część przynosi nam przełom w stosunkach Strike-Robin. Asystentka przestaje być tak nieznośnie kryształowa jak dotąd. Poza tym i jej życiorys zaczyna się wypełniać. Dużo dowiadujemy się także na temat matki jednonogiego detektywa. Także relacje między Strikiem i Robin wkraczają na nowy poziom (brawo dla Galbritha za zakończenie, mam nadzieję, że w dalszych częściach nie zrobi tego, czego tutaj udało mu się uniknąć).
Co do samej sprawy. No nie wiem. Może chodzi o to, że czytałam tę powieść na raty, może o to, że Rowling, jak wspomina w podziękowaniach, również na raty ją pisała. Owszem, nie odgadłam, kto był mordercą. Owszem, był makabryczne opisy, dosadne słowa, ale… czegoś mi brakowało. Nie jest to powieść z rodzaju tych, które się czyta, byle szybciej, byle dobrnąć do ostatniej strony i już, na reszcie, móc się dowiedzieć, kto zabił. Kryminał Galbraitha jest poprawny. I to tyle.
Gdybym miała robić prywatny ranking ustawiłabym powieści o Strike’u w następującej kolejności – najlepszą byłby „Jedwabnik”, potem znalazłoby się miejsce dla „Wołania kukułki”, „Żniwa zła” plasowałyby się zdecydowanie na końcu. Co nie zmienia faktu, że już czekam na kolejną. I na serial, na podstawie przygód detektywa, bo wiem, że taki właśnie powstaje.  

piątek, 17 czerwca 2016

Złota Trójka Filmów o...



Tym razem jakoś tak mnie naszło, że będzie Złota Trójka Filmów o… robotach. A tak, właśnie, o robotach! Zatem lecimy. Kiedy myślę „robot”, na plan pierwszy w mojej pamięci wysuwają się:

1. „Giganci ze stali”

No co poradzę, nie bijcie. Lubię ten Disneyowski schemat „od zera do bohatera”. Wszyscy (którzy już dorośliśmy) wiemy, że tak nie jest, że to nieprawda, wielka ściema. Ale film chwyta za serce (no, przynajmniej mnie chwyta). Mały chłopiec, mały, „tańczący” robot, na którego nikt by nie postawił złamanego grosza. Hugh Jackman w roli ojca całkiem przyjemny do pooglądania. I Evangeline Lilly jako bardzo sympatyczny drugi plan. Choć dla dzisiejszych nastolatków to przede wszystkim Tauriel, a dla starszego (mojego) pokolenia Kate z „Lostów”. Zwraca uwagę także muzyka.


2. „Wall-e”

Film o małym, sympatycznym robociku z pewnych względów zawsze dobrze będzie mi się kojarzył. Wall-e (Wysypiskowy Automat Likwidująco-Lewarujący klasy E) jest ostatnim mieszkańcem Ziemi (no, może poza karaluchami). Dzień za dniem spędza na oczyszczaniu jej z odpadów. Aż tu nagle pojawia się Eva (EWaluator Adaptacyjny). Jest śliczna, jest nowoczesna i też jest robocikiem. Film, w który nie pojawia się niemal ani jedno zdanie. Da się to oglądać? A i owszem. „Wall-e” bawi i wzrusza. Oscar dla najlepszego filmu animowanego 2008 roku. Według „Time'a” najlepszy film pierwszej dekady XXI. I choć w mojej ocenie tak daleko bym nie poszła, to i tak polecam zobaczyć „Wall-ego” (jeśli jest ktoś, kto jeszcze nie widział).

3. „Iron Man”

Czy jest ktoś, kto nie kocha Roberta Downey Juniora w tej roli? („Tarcza? Znalazłem w garażu wśród złomu po ojcu”). Po pierwsze: zbroja Iron Mana to też rodzaj robota. Po drugie jest przecież jeszcze Jarvis. Uwielbiałam Jarvisa. No, hej, czy ktoś nie lubił Jarvisa? Szkoda, że w „Czasie Ultrona” (tu uwaga, spojler!) zrobiono mu taką straszną krzywdę, a potem zastąpiono go dziewczyną. (Uwaga na marginesie: i kto wymyślił, żeby się pozbyć Pepper Pots? Gwyneth, wróć!)   


Jakie są Wasze propozycje? 

wtorek, 14 czerwca 2016

Tanie romansidło czy ponadczasowa historia miłosna?



„Zanim się pojawiłeś” to najpopularniejsza w ostatnim czasie pozycja – zarówno książkowa, jak i filmowa. Za sprawą ekranizacji z Emilią Clarke i Samem Claflinem oraz licznych reklam na bilbordach, w internecie i telewizji, wróciła też swoista moda na książkę Jojo Moyes.
            „Zanim się pojawiłeś” to historia Lou Clark, dziewczyny z małego miasteczka, która nie ma większych potrzeb ani życiowych aspiracji. Pracuje w kawiarni, popołudnia spędza z chłopakiem.  Jedyna ekstrawagancja, na jaką sobie pozwala, to naprawdę odjechane stroje. Tak jest do czasu, gdy traci pracę. Zmuszona przez względy finansowe, zatrudnia się jako opiekunka niepełnosprawnego. Ma dotrzymywać towarzystwa Willowi, trzydziestopięciolatkowi, który w skutek wypadku uległ porażaniu rdzenia kręgowego i może jedynie poruszać głową. Początkowo Lou nie odnajduje się w tej pracy. Jej podopieczny jest niemiły, a każdy dzień z nim to udręka. Nastawienie dziewczyny zmienia się, gdy dowiaduje się, ze została zatrudniona, by zmienić podejście Willa do życia. Ma pół roku na to, by przekonać go, że nie warto poddawać się eutanazji.
            W zasadzie podchodziłam do książki Jojo Moyes bez żadnych oczekiwań, przekonana, że oto mam do czynienia z typową pozycją „dla kucharek”. Muszę przyznać, że pod pewnymi względami miło się rozczarowałam. Główna bohaterka nie wzbudziła w pełni mojej sympatii – przy całym swoim uroku, dyskrecji i zaangażowaniu, pozostaje jednak głupiutka, naiwna i małomiasteczkowa (dwudziestosześciolatka, która nie potrafi obsługiwać komputera, nigdy wcześniej nie oglądała filmów z napisami…). Jej relacja z Willem też nie do końca mi się podoba. Oto znalazł sobie plastelinę do kształtowania – to przeczytaj, tamto obejrzyj. Z jednej strony jego chęć pokazania Lou możliwości, które ją otaczają, jest zupełnie zrozumiała, z drugiej serce mi się buntowało na tę próbę odmiany czyjegoś życia. Oto spędzanie życia na czytaniu i oglądaniu filmów nie jest fajne, należy żyć inaczej, niby „pełniej”, bo ktoś tak mówi. Jeśli nasze życie nam odpowiada, to kto ma prawo dyktować nam, że mamy żyć inaczej? No i te pieniądze. Dlaczego on zawsze musi być bogaty, ona biedna, by mógł jej w testamencie zapisać kupę kasiory? Dlaczego mnie nikt nie chce zapisać kupy kasiory w testamencie, ja się pytam? 

            Z drugiej strony poczułam się przez tę powieść pozytywnie zaskoczona. Przede wszystkim nie jest cukierkowa. Mamy tu w całej krasie ukazane, co to znaczy, żyć na co dzień z osobą niepełnosprawną. Jakie to potrafi być trudne i wymagające. Jakie niedogodności mogą nas spotkać. Autorka ewidentnie odrobiła lekcje w tym zakresie i należą jej się oklaski. Podoba mi się również zakończenie. Wiem, że wielu z Was się z nim nie zgodzi, wejdą w grę zasady etyczne. Uważam jednak, że powieść kończy się dokładnie tak, jak powinna. Z szacunkiem dla myśli i uczuć drugiej osoby, dla jej decyzji. No i wreszcie. Narracja. Zupełnie nie z książki dla kucharek. Choć większość powieści napisana jest z perspektywy Lou, pojawiają się także głosy innych postaci. Rozdział poświęcono Willowi, jego matce, ojcu, rehabilitantowi, Nathanowi, siostrze Lou, Katrinie. Pozwalają nam one spojrzeć na sprawę z różnych punktów widzenia. 
  Wreszcie film. Scenariusz napisała sama Jojo Moyes, więc nic dziwnego, że jest niemal książkową kalką (poza pominięciem kilku wątków, ale to normalne). Świetnie dobrani głowni aktorzy. Emilia Clarke (nawet bez smoków) jest kwintesencją Lou ze swoimi ruchami, minami i coraz dziwaczniejszymi strojami w każdej scenie. Jeśli do czegoś można się przyczepić, to do faktu, że książkowa Lou to normalna dziewczyna. Ubiera się w lumpeksach i na ważne okazje ma jedną sukienkę. Zatem w tej samej idzie na koncert do filharmonii i wesele. Emilia Clarke natomiast w każdej scenie filmu prezentuje nam całkiem inny strój. Ot, drobiazg, ale… Sam Claflin jest odpowiednio melancholijno-ironiczny. Do tego dołóżmy piękne kolory i krajobrazy miłe dla oka, dobrą muzykę. Wreszcie ruiny zamku w tle. Przyjemnie się na to patrzy.
       
     Spotkałam się ze stwierdzeniem, że każde pokolenie ma swoje love story. Na seans „Zanim się pojawiłeś” zaciągnęłam biednego T. Na pół godziny przed końcem filmu byłam już w stanie rozróżnić trzy różne kobiece szlochy i pociągania nosem. Gdy się skończył, zapalono światła, wstałam i odwróciłam się do tyłu. Trzy czwarte sali stanowiły zaryczane kobiety w różnym wieku. Aż dziw brał, że z góry nie spłynął ku nam potok łez. T. spojrzał na to wszystko i stwierdził: „Chyba powinienem się z tobą rozstać, bo się nie wzruszasz, strasznie nieczuła jesteś”. Więc pamiętajcie, oto film, na którym w dobrym tonie jest się wzruszyć! Poza tym, która po tym filmie nie kupi sobie rajstop w żółto-czarne paski, niech pierwsza rzuci kamieniem.   

poniedziałek, 6 czerwca 2016

Nastoletnia Królewna Śnieżka Prywatny Detektyw



Nigdy nie czytałam fińskiej prozy młodzieżowej. Amerykańską owszem, polską, jak najbardziej, czasami niemiecką, ale fińską? Skandynawia kojarzy mi się przede wszystkim, jak pewnie większości czytelników, ze świetnym kryminałem. Zimno, ciemno i nic, tylko się mordują. Czy Salla Simukka odstaje mocno od tego wzorca? Właściwie…
            Młoda autorka, na chwilę obecną ma 34 lata, a swoją pierwszą książkę napisała, mając lat osiemnaście, zasłynęła na świecie trylogią young adoult o Lumikki Anderson. Tak pierwotnie ochrzczono Czerwone jak krew, Białe jak śnieg i Czarne jak heban, choć obecnie książki bardziej znane są jednak jako Trylogia Królewny Śnieżki (tak bowiem na imię ma główna bohaterka – Lumikki, czyli właśnie Śnieżka).
            Lumikki Andreson jest nastolatką, którą kochają kłopoty. Wprost uwielbiają się do niej przylepiać. W pierwszym tomie koleżanka ze szkoły prosi ją, by pomogła rozwiązać zagadkę zakrwawionych pieniędzy, które pojawiły się nocą na posesji jej rodziców. W drugim przedsiębiorcza Lumikki zetknęła się z bardzo niebezpieczną sektą. Trzeci zaś został poświęcony  rodzinnej tajemnicy, będącej przyczyną tego, że rodzina Andersonów jest jedną z tych nieszczęśliwych na swój sposób rodzin.
            O postaci Lumikki Anderson mówi się, że to taka Lisbeth Salander (bohaterka słynnej trylogii  „Milenium” Larsona) dla nastolatków. I w zasadzie byłabym skłonna się z tym zgodzić. Trylogia o Lummiki to kawałek naprawdę niezłej prozy młodzieżowej. Jest w niej wątek kryminalny, jest napięcie, trochę sensacji. Co więcej Simukka nie boi się trudnych tematów. W książkach znalazło się miejsce dla wątku homoseksualnego, mowa także o zmianie płci. Bohaterka boryka się z tajemnicą, która dotąd niszczyła jej rodzinę. Zarówno Lummiki, jak i ludziom, których spotyka na swojej drodze, daleko do ideału.  Dodatkowo „Trylogia Królewny Śnieżki” jest świetnie napisana, wciągająca i zawiera sporo nawiązań popkulturowych.
            Warto zwrócić uwagę przede wszystkim na postać głównej bohaterki. Jest samodzielna, zaradna, pewna siebie. Chciałabym, żeby takich postaci w prozie dla nastolatek było więcej. By uczyły się, że są wartościowe przez to, kim są, a nie, jaki chłopak na nie spojrzy.
            Jasne „Trylogia Królewny Śnieżki” nie jest wolna od typowych wad prozy young adolut. To oczywiste, że na pewne wydarzenia należy przymknąć oko, ratunek pojawia się desus ex machina, a postać nastolatki samotnie zbawiającej świat i mającej za sobą wiele traumatycznych przeżyć (w wieku lat nastu?) jest nieco śmieszna, ale cóż, taka konwencja. Grunt, że w prozie Salli Simukki daje się to jakoś bezboleśnie przełknąć.
            Jeśli szukacie prezentu dla nastolatki, polecałabym właśnie tę trylogię. Jest naprawdę warta uwagi. Solidna obyczajowo-kryminalna robota na dodatek w przepięknych okładkach.