poniedziałek, 30 grudnia 2013

Szykujemy się do sylwestra


źródło

Szykujemy się do sylwestra. Idealny? My dwoje w dresach, kilka filmów na DVD i butelka wina. Żadnych tam fryzur, sukienek, makijaży. Pełen luz. A jak wygląda Wasz idealny sylwester? Szykujecie sukienki i pantofelki? Jeśli tak to powodzenia. Być może czeka Was poniższa scena.   

- Jesteś piękna – mówi nagle mężczyzna.
Kobieta myśli sobie: „Kurde, jestem w spranym, wyblakłym dresie, nieumalowana. Naprawdę mu się podobam? Ale fajnie!”. Dwie sekundy. Przychodzi refleksja: „Co on, ślepy? Przecież widzę się w lustrze. Nie wyglądam nawet dobrze. Co go napadło? Pewnie coś przeskrobał. A przecież, gdy się ubiorę, umaluję, wysztafiruję, spędzę trzy godziny w łazience, to mi tego nie mówi. A wtedy wyglądam… No, dobra, może nie dobrze, ale przynajmniej nieźle. Co z nim jest nie tak? Właśnie wtedy chciałabym usłyszeć, że wyglądam ładnie”. Wreszcie po minucie w odpowiedzi na stwierdzenie mężczyzny kobieta pyta:
- Ślepy jesteś, czy co?
A on biedny rozkłada bezradnie ręce i zaczyna się zastanawiać, czy rzeczywiście nie udać się do specjalisty.

Ale z drugiej strony, czy nie cechuje nas trochę myślenie: „jeśli mu się nie podobam taka, jak stoję, to ja go pierniczę, gdy się ustroję”? Mnie na pewno. I kto tu zrozumie kobietę? Chyba tylko druga kobieta. Co wyjaśnia dlaczego kobiety czasem tak bardzo się nawzajem nienawidzą.

poniedziałek, 23 grudnia 2013

O świętach bez czołobitności


źródło

Święta mnie zastanawiają. To naprawdę fenomen. Tysiące przygotowań. Sprzątanie, gotowanie, pieczenie, ubieranie choinki, przygotowywanie prezentów. Wczoraj ubierałam choinkę. Tak, tak, tę, którą Mama stwierdziła, że „sobie ubierze” i której (nareszcie!) miało nie być. Zeszłam do piwnicy po bombki. Spotkałam sąsiadów. Oni też nie lubią przystrajania drzewka. Zaproponowałam sąsiadce, żeby ubrała i moje, skoro się już rozpędzi. Spojrzała na mnie zmęczona: „A upieczesz za mnie makowca?”. Sąsiad dodał: „Już nic nie mów, bo znów mi zacznie płakać”. I pewnie w większości domów jest tak samo. Na kilka dni przed świętami zaharowujemy się na śmierć. Denerwujemy się, warczymy na siebie, krzyczymy. A potem o godzinie „pierwsza gwiazdka” siadamy do stołów wystrojeni, zmęczeni i udajemy, że możemy na siebie patrzeć i że wcale nie jesteśmy skłóceni. Potem któreś z rodzinnych dzieci zwymiotuje, bo stanie mu w gardle ość od ryby (a może atmosfera?). Obdarowujemy się nietrafionymi prezentami. I fajnie jest. Bo przecież na stole stoi dwanaście dań. To nic, że nikt nie jest w stanie tego zjeść, a miejsca w zamrażarce brak, więc pewnie się wyrzuci. Ale było, jak tradycja nakazała, przykazała i zakazała inaczej. Następnie dwa dni rodzinnych spotkań. Bo przecież między nami fajnie jest. Cudowne święta to mit i kit, który co roku sobie wciskamy. Zawsze ma być dobrze, a wychodzi jak zwykle. Alleluja i do przodu! Jak w przypadku naszego skoczka. Luz w dupie i przelecimy przez święta jak petarda. Następny rok przed nami. Najszczersze, najserdeczniejsze życzenia Wesołych Świąt i Szczęśliwego Nowego Roku, Moi Drodzy. I rzecz jasna luzu w... rzyci(u), żeby przez następny rok przemknąć jak petarda.     

niedziela, 22 grudnia 2013

Jak Brad Pitt z zombie walczył



Czasami z własnej nieprzymuszonej woli robimy rzeczy, na które nie do końca mamy ochotę. Przypuszczam,
że sama z siebie nigdy nie zdecydowałabym się na obejrzenie filmu o zombie. Bo co w tym fascynującego? Zawsze to samo – klimat posapokaliptyczny, zaraza albo inny wirus, żywe trupy i enklawy ocalałych. T. jednak miał ochotę obejrzeć „World war Z”, więc myślę sobie: „Czemu nie, najwyżej nie dam rady, a przynajmniej sobie Brada Pitta pooglądam”.
            Fabuła do przewidzenia. Ze światem zaczyna dziać się coś złego. Zwierzęta wykazują agresję, klimat się ociepla, a ludzi dotyka niewytłumaczalna przypadłość, choroba, której pochodzenia nikt nie jest w stanie określić. Jerry, główny bohater filmu, na zlecenie rządu Stanów Zjednoczonych (prezydent też jest zombie tak swoją drogą), rozpoczyna poszukiwania pacjenta zero i antidotum na nieznaną chorobę. W tym celu odwiedza Afrykę, Izrael i Anglię. Najbardziej podobał mi się chyba wątek Izraela, który otoczył się murem i w te sposób uniknął zarażenia.
            Oczywiście „World  war Z” pokazuje obraz zombie, jaki wszyscy doskonale znamy – bezmózgie trupy, nieco połamane, rozkładające się, bezmyślne, ogarnięte chęcią zabijania. O ile wampiry zawsze pokazywały piękną stronę śmierci, są przecież atrakcyjne i pociągające, o tyle zombie uosabiają wszystko, co człowieka w niej przeraża: rozkład, utratę siebie. Zombie to jednostka pozbawiona osobowości, wspomnień,  władzy nad własnym ciałem, bezmyślne, powoli gnijące martwe mięso. Ale mimo posługiwania się stereotypami (oczywiście, że zombie zostaje się poprzez ugryzienie innego osobnika, bo jakżeby inaczej?), muszę przyznać, że paradoksalnie, ten film zadziwiająco trzyma poziom. Fabuła się klei, co jest dość nietypowe dla tego typu produkcji. A tu? Wszystko pod sznurek – fabuła spójna, wszystko znajduje logiczne rozwiązanie i wytłumaczenie. A angielscy jajogłowi (znaczy naukowcy) całkiem sympatyczni, ale to tylko taka moja dygresja.
            Koniec końców dało się to obejrzeć. Film na dodatek (na szczęście dla mnie!) nie epatował krwią, brzydotą ani przemocą. Na zombie dało się patrzeć, nie było scen typu „ręka/noga/mózg na ścianie”. Nie był to też obraz z kategorii tych bardzo strasznych. Jeden tylko raz naaaaaprawdę się wystraszyłam. Mój strach przestraszył z kolei T. Popatrzył na mnie z wyrzutem: „-Przestraszyłaś mnie! – Ale tam… No, bo… No, zombie na niego wyskoczył! – Przecież to było oczywiste, że zombie na niego wyskoczy. To była tego typu scena. Taka, kiedy wiadomo, że bohatera za chwilę coś zaatakuje. I to nie ona mnie przestraszyła, tylko twoja reakcja”. Cóż, ja już tak mam. Litościwie nie przypomniałam T., jak oglądaliśmy „Szeregowca Ryana” (ja po raz pierwszy). Okropnie się bałam i zdarzało mi się to wyrażać. Moje reakcje tak bardzo potrafiły przestraszyć T., że po pewnym czasie zaproponował litościwie: „Może dajmy spokój?”. Ciekawe, kto się bardziej bał – ja filmu, czy T., że zejdę mu na zawał i będzie miał kłopot, gdzie ukryć moje zwłoki. Obejrzeliśmy jednak do końca. Ale łatwo nie było. Są filmy, które należy oglądać w domu.
            Co do „World war Z” obejrzeć można. To oczywiście kino rozrywkowe do jednorazowego rzucenia okiem. Ale jak na swoją kategorię naprawdę zadziwiająco dobre. 

czwartek, 19 grudnia 2013

Święta, Święta... notatka całkiem prywatna



Już od jakiegoś czasu Święta mnie nie ekscytują. Kiedy wyrasta się z dzieciństwa okazuje się, że prezenty jakoś nie cieszą, bo święty Mikołaj raczej przynosi to, co sam chciałby dostać lub to, co wydaje mu się, że chcielibyśmy dostać (trudno ocenić, który wariant gorszy), niż to, na czym nam naprawdę zależy. Na spotkaniach opłatkowych jak zawsze cmokanie powietrza wokół policzków osób, o których wiesz, że na co dzień w łyżce wody by cię utopiły. Próbowałam namówić Rodzicielkę, żebyśmy w tym roku nie kupowały choinki. Po co, skoro jedna na drugą spycha obowiązek jej ubierania? Chciałam pójść w Wigilię do pracy. Przepracowałabym swoje, a potem szybko w odświętny strój i kolacja. Szast, prast i po krzyku. Ale okazało się, że muszę wziąć urlop, bo przecież wszyscy biorą i teraz przez cały dzień, aż do kolacji, będę się zastanawiać, co ze sobą począć. Wreszcie spotkania z Rodziną. Rodzina, ach Rodzina. No, nie jesteśmy w każdym razie Borejkami. Po piętnastu minutach (w porywach do pół godziny) skupiania uwagi i uprzejmego zainteresowania okazuje się, że jakoś skończyły się tematy do rozmowy.

Chciałabym przykryć się kocem aż po same uszy i przespać Święta. Odpocząć od wszystkiego. Pracy, pracy po pracy, korepetycji, prezentacji maturalnych. Obudzić się 27 grudnia, gdy czas już będzie wrócić do rzeczywistości. Ale nic z tego. Plany planami, życie życiem. „Kupiłam choinkę, stoi na balkonie”, oznajmiła dziś moja rodzicielka, jaśniejąc zadowoleniem z siebie. Gdyby mi się tak chciało, jak mi się straszliwie nie chce, to może nawet bym się ucieszyła, bo choinka całkiem zgrabna nawet. Miejsce, w którym nie obchodzi się Świąt pilnie przygarnę.   

wtorek, 17 grudnia 2013

Millenium w komiksowych kadrach

Komiksem interesuję się już jakiś czas. Zdarzyło mi się nawet popełnić pracę magisterską na temat superbohaterów. I choć powieść graficzną znam, czytam, lubię, a nawet cenię, nigdy jakoś jej nie recenzowałam. Kiedy dowiedziałam się, że wydawnictwo Czarna Owca wypuściło komiks na podstawie powieści "Mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet", postanowiłam po raz pierwszy w życiu zrecenzować komiks. Efekt można przeczytać tutaj. A przy okazji podzielę się z Wami kadrami z komiksu. Moim zdaniem świetne. 
Mój ulubiony kadr

poniedziałek, 2 grudnia 2013

Heros na miarę czasów, czyli kilka słów o "Man of the Steel"



Superman. Weteran komiksowych trykociarzy. Wyjątkowy. Jedyny nadczłowiek, który usilnie stara się upodobnić do ludzi. Facet z gejowskim loczkiem, w czerwono-niebieskim wdzianku z pelerynką. Od lat przemysł komiksowo-filmowy stara się go z lepszym i gorszym skutkiem odmłodzić, odprasować, odrestaurować, odpicować. Ale wszyscy czujemy, że to jakby nie to. Nadludzie nie są już potrzebni. Od dawna nie walczymy z nazistami  i ideą ubermenscha. A jednak oni pozostali, Superman, Kapitan Ameryka. Dziś nieco już niedostosowani, niedopasowani do współczesnego świat. I choć ten drugi po wielu trudnościach zdał się dostosować (po nienajgorszym „Kapitanie Ameryce” świetni „Avengers”) to Superman wciąż wydaje się mieć trudności. Wszyscy inni trykociarce urodzili się ludźmi, którzy stali się bohaterami. Z Supermanem mamy ten problem, iż urodził się bohaterem, który od 1936 roku próbuje (bez powodzenia?) udawać człowieka.
            Kryptończyk jakoś nigdy nie należał do moich ulubionych bohaterów, dlatego mimo wielkiego uwielbienia dla filmów o trykociarkach, czekałam raczej bez emocji, mając w pamięci jego kiepskich poprzedników „Superman. Powrót”  czy „Tajemnice Smallville” (choć sam serial lubię, kreacja Clarka Kenta woła o pomstę do nieba, to jakieś emo a nie bohater!). Brak postawy „muszę-muszę-bo-inaczej-się-uduszę” spowodował, że dopiero ostatnimi czasy, po wyjściu filmu na DVD, udało mi się go obejrzeć. Tym razem na przeciwnika głównego bohatera wybrany zostaje generał Zodd, który przybywa na Ziemię wraz ze swoją świtą, by mścić się na synu za grzechy ojca, a przy okazji skolonizować nasz świat, zabić wszystkich ludzi i założyć na planecie nowy Krypton. Ot, taka drobnostka, kto by się tym przejmował. 

Spodziewałam się, że… będzie gorzej. I choć film jest, moim zdaniem, zdecydowanie za długi (dwie i pół godziny, a przez półtorej dzieje się tak mało, że widz nudzi się i walczy z chęcią oglądania na szybkim przewijaniu), jest całkiem niezły. Dość obszernie ukazuje (zwykle traktowaną po macoszemu) historię upadku Kryptona. Twórcom „Człowieka ze stali” udało się też połączyć klasyczne fragmenty historii o Supermanie – farmę Kentów, przyjaźń z Pittem Rossem i dzieciństwo spędzone w Smallville, śmierć Johnattana, która w pewien sposób ukształtowała Kal Ela, z tymi nieco nowszymi. Jakąż radość sprawiło mi, gdy nad budynkiem, należącym do mechanika samochodowego, zobaczyłam napis „Sullivan”. Fani wiedzą o co chodzi. Nawet dla Chloe, mojej ukochanej Strażnicy, znalazło się tu miejsce. Wreszcie kultowa przecież redakcja „Daily Planet” i Perry White, w tej wersji bardziej black, niż white, bo gra go Laurence Fishburne. Stażystka Jenny, której poświęcono kilka scen, co pozwala sądzić, że Jenny to… Jimmy Olsen (mam nadzieję, że to nie okaże się prawdą). I wreszcie, last but not least, Lois Lane. Twarda babka, która przechodzi ewolucję od zwalczającej kosmitów po dzielnego pomocnika trykociarza. Amy Adams dobrze sobie poradziła, choć dla mnie za mało w jej Lois było… Lois, córki generała. Nadal numerem jeden pozostaje jednak Erica Durance, smallville’owska Lane. Na koniec przyznam, że baaaaardzo przyjemnie oglądało mi się kataklizm i burzenie, rujnowanie, rozbijanie, rozwalanie kolejnych budynków na Manhattanie. Ach jak miło, ach jak fajnie. Chyba pozostało we mnie coś z dziecka, które lubiło patrzeć, jak misternie ułożona z klocków wieża, upada. A tu upadało sporo. Łącznie z „Daily Planet”. 

Było dobrze. Czuję się miło zaskoczona. Czego życzyłabym sobie w następnym „Człowieku ze Stali”(bo jakoś nie wątpię, że zrobią kontynuację)? To oczywiste, ideałem byłoby, gdyby Superman spotkał Batmana (a gdybym Batmanem był Bale to już ideał). Ale jak przypuszczam, nie można mieć wszystkiego.