czwartek, 8 grudnia 2011

Kiedy zmierzcha tuż przed świtem

Postanowiłam trochę zmienić szatę graficzną. A co ma być nudno i monotonnie. Generalnie nie jestem zwolenniczką wieszania lampek i bombek pierwszego listopada. Uważam, że wtedy zbyt łatwo opatrzyć się ze wszystkim i zapomnieć o tym, o co naprawdę chodzi… tym, którzy wierzą i tym, którzy nie. Bo wbrew pozorom jednym i drugim jednak powinno o coś chodzić. Ale gdybym zaserwowała Wam i sobie szablon około świąteczny 23 grudnia byłoby to tak jakoś krótko, powierzchownie… sama nie wiem. Może blogosfera rządzi się innymi prawami? Pomyślałam, że może po mikołajkach będzie już dobry czas na taką zmianę. Zatem nowy szablon. Tego typu latarnie zawsze kojarzyły mi się z Narnią. A ja kocham Narnię.   


Mamy z D. pewną tradycję. Zawsze w okolicach jej i moich urodzin chodzimy do kina. W zasadzie spotykamy się tylko dwa razy w roku. Urodziny D. przypadają w listopadzie. Uzgodniłyśmy, że idziemy na „Przed świtem”. Przeczekałyśmy, aż w pierwszym tygodniu wyświetlania filmu „przewali się” przez kino cały tabun nastolatek (mniej lub bardziej… hmm… no właśnie dopowiedzcie sobie co) i zamówiłyśmy bilety. Nie ma to jak się pośmiać wieczorną porą. I wiecie co? Pełne zaskoczenie…
Mam wrażenie, że tworząc „Przed świtem” epika przypomniała sobie, że pani Mayer miała na celu napisać horror. Oglądałam, oglądałam i zrozumiałam, dlaczego początkowo planowano dać filmowi kategorię „od 18 lat”. Fabuły nie ma co opisywać, wszyscy znają, nawet, ci którzy nie czytali (to swoją drogą zadziwiające!). W skrócie - Bella wychodzi za Edzia za mąż, miesiąc miodowy spędzają na wyspie Esme, noc poślubna ze sceną łamania łóżka, ciąża, poród, wpojenie Jacoba i przemiana Belli. Tyle w części pierwszej, nie ostatniej. Z tym, że w wydaniu twórców „Przed świtem” wyglądało to nieco inaczej – otóż (odtąd, lojalnie ostrzegam, zaczynają się same spojlery) ślub państwa Cullen tonie we krwi, dosłownie, Bella i Edward stoją na stosie trupów, ręce, nogi, ciała dookoła, a biała sukienka ciężka od krwi. Noc poślubna była – jeden raz, drugi i tak przez dwadzieścia minut z przerwami na grę w szachy (nawiązanie do okładki powieści tak subtelne, że widownia zamiast „zajarzyć” pękała ze śmiechu, a może pękała, mimo iż „zajarzyła”, tego już nie jestem w stanie stwierdzić). Łamanie łóżka i pierze dookoła owszem było, a jakże. Idźmy dalej – Bella zachodzi w ciążę. ( Gdzieś w połowie filmu doskonale słyszalny komentarz z sali: „Bosh, nieeeech się zacznie w końcu coś dziać”. Ja już też powoli osuwam się na foteliku, „Nic dodać, nic ująć”, myślę sobie, słysząc to stwierdzenie.) 

Bella ma w brzuchu to „coś”. I tu sobie twórcy konwencji brzydoty i horroru nie poskąpili, pokazują Bellę brzydką, wyniszczoną, chudą, jakby ją właśnie wypuścili z jakiegoś obozu pracy przymusowej. Poród… tak, dużo krwi i Edward wgryzający się w macicę Belli. Znów krew i oto mamy na świecie Renesme. Edward z trupem Belli w ramionach. Edward z zawołaniem na ustach „Nic się nie martw, wyjdziesz z tego!” Oj tak, bez komentarza. Ugryzienie i tu, i tam. Dochodzimy do końca. A właściwie nie dochodzimy, a już się turlamy, czołgamy, już dosłownie wszyscy nie możemy… również sami za siebie, frustracja zbiorowa. Ciało Belli zaczyna się odnawiać. Otwiera czerwone oczy. Napisy, a potem jeszcze scena z Volturi. Tak, tak, nie wychodźcie, po napisach jeszcze coś jest!
Zatem w „Przed świtem” konwencja się nieco zmienia. Jest mroczniej, „straszniej”,  bardziej obrzydliwie, jest krew i „prawdziwy” wampiryzm. Ale jest też to, co nigdy się nie zmienia –  Bella „ Mina Cierpiętnica” i Edward „Jestem drewno”, z tą różnicą, że w tej części oboje już nazywają się Cullen.
Gdyby mnie ktoś pytał – „Saga Zmierzch: Przed świtem” to połączenie „Obcego 3” z „Love story” tylko, że tym razem naprawdę z przewagą pierwszego z wymienionych elementów. Ale pośmiać można się nadal. I to zwłaszcza w tych momentach, które w zamierzeniach twórców miały być wzruszające lub poruszające (czytaj: wzbudzające napięcie). Generalnie, obejrzeć można, na własne ryzyko.          

6 komentarzy:

  1. Podoba mi się nowe tło Twojego bloga... i mnie także kojarzy się z Narnią...ach!
    Pozdrawiam serdecznie:)

    OdpowiedzUsuń
  2. piękny szablon:) opis filmu boski! Ja już wyrosłam z takich produkcji. Być może kiedyś obejrzę, jak puszczą w TV:)

    OdpowiedzUsuń
  3. Błagam nie obrażaj Obcego! Toż to klasyka i nie zasługuje na porównanie z ochłapem filmu ;p

    Szata stylowa!

    OdpowiedzUsuń
  4. Nie czytałam jeszcze NArnii, tak wstyd mi...bo to klasyka, ale jaoś tak wyszło. Tło wygląda pieknie, idealne na ten okres roku. "ZMierzch" czytałam, przyjaciółka pożyczyła mi za jednym zamachem 4 tomy i przyznam, że podobało mi się, dobrze się czyta, choć wiele rzeczy mnie irytowało, bardzo wiele, bo czytaąłm ksiązkę krytycznie, a nie balwochwalczo. Natomiast córce bym takiej ksiązki nie dała do czytania, chyba dopiero jak skończy 18 lat, bo nastolatki nie powinny jej czytać moim zdaniem. Co do filmu, oglądałąm jedynie pierwszą część - była żenująca jak dla mnie i nagrana jedynie dla nastolatków...

    OdpowiedzUsuń
  5. Świetny opis! Wystarczy mi za oglądanie :)

    OdpowiedzUsuń
  6. Świetny opis filmu :)

    OdpowiedzUsuń