środa, 14 grudnia 2011

Kocham pana, panie Dresden, czyli Intueri zupełnie poważnie o miłości niepoważnej


Jakiś czas temu przyjaciółka poleciła mi, bym obejrzała serial „Akta Dresdena”. Wzięłam poprawkę na to, że raczej mamy dość odmienne gusta (i sposoby na życie) podzieliłam jej zachwyt przez dwa i dałam sobie spokój. Nie spokój permanentny, jak na „świętego Nigdy”, ale spokój przejściowy, przynajmniej na jakiś czas. Potem przez zupełny przypadek („Aż się zdziwiłam, że nikt sobie tego nie zażyczył, mówiłaś, że nie masz co czytać, chcesz?” „A o czym?” – kota w worku brać? „ Już ci czytam… Harry Dresden…” „Czekaj, ten od akt Dresdena?” „A bo ja wiem?” „Tak, chcę”) dano mi książkę do zrecenzowania. I tak zaczęła się moja przygoda z panem Dresdenem.
            Książka mi się podobała. Nie jest wybitna, ale reprezentuje dokładnie ten typ humoru (ach, ta ironia, ten cięty dowcip), który kocham i który jest mi najbliższy. Powieść zachwiała moim postanowieniem „nie oglądać Dresdena” na tyle mocno, że zdecydowałam się zapoznać z serialem. I wpadłam. Po same uszy. Jest w Harry’m Dresdenie coś, co sprawia, że gdybym dziś spotkała takiego mężczyznę, jutro mogłabym wychodzić za mąż. Przyznam szczerze, mnie samą to dziwi, wolę raczej typ „miły chłopak z sąsiedztwa”. Taki Janek, Mikołaj, Jimmy Olsen. A tu nagle Harry Dresden. Jest jednak w nim coś… te podawane kobietom chusteczki, przepuszczanie w drzwiach, staroświecka szarmanckość, bezinteresownie, a czasami nawet samobójczo niesiona  pomoc („-Dlaczego pan to robi? -Bo tylko ja mogę”).[1] Bezinteresownie, a więc w większości przypadków, za darmo, co sprawia, że Dresden cały czas boryka się z kłopotami finansowymi, czy raczej, nazywając rzeczy po imieniu, wiecznie jest pod kreską. Dobry człowiek, po prostu. No i ten dowcip: „Czyli wiedźmy, wilkołaki, trole, wampiry istnieją? – Po kolei. Tak, tak, głupie, ale tak, niestety tak.”[2] I jak tu się nie zakochać?
A sam serial? Bardzo w stylu Harry’ego Dresdena. Z wygłaszanymi z offu komentarzami maga, perfekcyjnie (moim zdaniem) dobranym głównym bohaterem, dziwnymi „popaprańcami” przychodzącymi do niego po pomoc (pełen serwis, dla każdego coś miłego – wampiry, wilkołaki, złodzieje skór, plemię kruków, handlarze narkotyków z domieszką czarów, demony, w tym zakochane(!) demony). I wreszcie magia, bardzo Butcherowska, mająca swoje zasady, prawa, konsekwencje, nie biorąca się z niczego i przepysznie oryginalna. Epizod z wilkołaczycą (istnieje określenie na żeńską wersję wilkołaka?), nieco może kiczowaty, ale mój ulubiony, mistrzowski. Kapelusze z głów. Jedyne, czego nie jestem w stanie rozgryźć, to relacje Harry’ego z Murphy. Początkowo wydawało mi się, że Murphy ma Dresdena za maga-naciągacza, niby prosiła go o konsultacje w sprawach morderstw, ale nie wierzyła w nadnaturalne rozwiązania. Potem pani policjant przytrafia się bliskie spotkanie z duchem, zaczyna odczuwać, że wokół Dresdena dzieją się rzeczy co najmniej dziwne. Ale czy Murphy przedefiniowała znaczenie słowa „niemożliwe” w swoim umyśle? Tego nie wiem, a przyznam, że wielce mnie tak kwestia interesuje. Bo właśnie to jedno słowo – „niemożliwe” – jest głównym problemem większości moich bohaterów – Zuzanna, Elizjon, Niezwykli, Allison, Anita, długo mogłabym wymieniać. Wiem, że ludzie są różni. Ich reakcje bywają skrajnie odmienne. Jednym redefinicja przychodzi zadziwiająco łatwo, inni widzą, ale nie wierzą. A przecież są na niebie i ziemi rzeczy, o których nie śniło się filozofom. A Marphy? Nie umiem jej rozgryźć. Nie wiem, jak się określa wobec „niemożliwego”.  

Opowiedziałam o wszystkim przyjaciółce, myśląc, że ucieszy się z faktu, że od czasu do czasu jednak podobają nam się te same rzeczy. Popatrzyła na mnie, pokiwała z niedowierzaniem głową i stwierdziła: „Naprawdę? Ale on jest takim trochę menelem i niechlujem, nie uważasz? Ja wolę nieco inny typ…”. Ba, coś mi się na ten temat kołacze po głowie. W myślach dołożyła sobie jeszcze coś w stylu: „A ty pedantką, wszystko wkurzająco pod linijkę, nie do wytrzymania”. Tak sobie pewnie właśnie pomyślała, jestem tego niemal pewna. Wiem, nie, błąd, nie mogę wiedzieć, ale przypuszczam, że za taką mnie uważają. Cóż, uwaga o menelstwie Harry’ego Dresdena zakończyła naszą nawet nierozpoczętą dyskusję.       
              Wniosek końcowy, może nie wart już pisania: nieoczekiwanie, a nieodwracalnie zakochałam się w Harry’m Dresdenie. Choć równie daleko mu do Jimmy’ego Olsena, co do Henry’ego Gota. A może właśnie dlatego? 


[1] Akta Dresdena, 1x05.
[2] Akta Dresdena, 1x01

2 komentarze:

  1. O, ten serial lata temu widziałam, ale nadal mam na płytce i czasami podglądam. Książek mam pięć, czyli wszystkie, które u nas wyszły. Czyta się je na prawdę szybko i bezproblemowo.
    Z tego, co kiedyś słyszałam, AHD miało być w zamyśle filmem kinowym, ale przez Constantina z Keanu Reavsem, który był kręcony w mniej więcej tym samym czasie - stanęło na serialu.
    Pozdrawiam:)

    OdpowiedzUsuń
  2. Agato Adelajdo - zgadza się. Miał być film kinowy, ale wyszedł serial i bardzo dobrze :). Film mieli zrobić z pierwszej książki, "Frontu burzowego", ostatecznie wyszły z tego dwa odcinki serialu, czyli w sumie jak przeciętny, półtoragodzinny film kinowy. A z książek znam tylko pierwszą. Jakże Ci zazdroszczę pozostałych. Serdeczne pozdrowienia!

    OdpowiedzUsuń