sobota, 19 października 2013

"Wyścig po szczęście", czyli nawet ja mam swoje granice



Wspomniałam wam już kiedyś, że o koniach przeczytałabym każdą książkę i obejrzała każdy film, nawet największy gniot. Dużo trzeba, by film o końskiej tematyce mi się nie spodobał. Korzystając więc ostatnio z faktu, że jestem chora, namówiłam T. na oglądanie „końskiego” filmu. T. kiepsko znosi kino familijne i filmy dla młodzieży. Mówi, że jest na nie za stary. Chyba duchem, bo ja na tego typu filmy za stara się nie czuję, trzeba tylko trochę przymknąć oko (albo oba). Tak więc byłam chora i było mi wolno więcej niż zazwyczaj („–Chipsów mi się chccccccce. – Dobrze, przejdę się”), namówiłam go bez litości (mimo, iż widziałam jego minę) na seans kina familijnego.
I powiem szczerze, że dostałam za swoje. Dawno nie widziałam tak kiepskiego rodzinnego filmu. Fabuła oczywiście prosta jak konstrukcja cepa. Dziewczynie umiera ojciec, dowiaduje się, że jej matka, którą miała za zmarłą, żyje (skomplikowana intryga - tatulek zakombinował i wyszło, iż poinformowano matkę, iż dziecko zmarło, seeeeerio?). Ta zgadza się wziąć ją pod opiekę. Zabiera córkę na wakacje do siebie. Dziewczyna ma pomagać na rancho sympatycznego cowboya, chłopaka matki. Na miejscu zaprzyjaźnia się z młodą klaczą imieniem Tęcza. Zaczyna ją trenować do wyścigów kłusaków. Osiągają pierwsze sukcesy. Jest też czarny charakter, który (a jakże) pragnie odebrać dziewczynie Tęczę. Resztę dośpiewajcie sobie sami.
Fabuła jest kiepska i kiepsko się też klei. Na tyle kiepsko, że aż trudno w nią uwierzyć. Film niby o koniach, ale przez całe półtorej godziny nikt konia nie dosiada. Niby pokazano wyścigi kłusaków, ale nie na to liczył tygrysek. Aktorstwo? Kto z was wiedział, że Julia Roberts ma brata? Właśnie, wszystko na temat. Dialogi, jak to w kinie familijnym. Napompowane do granic niemożliwości i górnolotne tak okropniaście, że aż uszy więdły.
W połowie „Wyścigu po szczęście” miałam już dość. Nigdy się jeszcze nie zdarzyło, bym miała problem z obejrzeniem do końca filmu o koniach. Nigdy, aż do teraz. Prosiłam T., żebyśmy dali spokój. Kto mieczem wojuje, od miecza ginie. „Nie, no coś ty, obejrzyjmy do końca”. Ja się umęczyłam, a T. miał ubaw. Słowem, dostałam za swoje.      

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz