wtorek, 14 października 2014

Dreszczem poczujesz, że ona jest blisko...



„Kobieta w czerni” jest adaptacją powieści Suzanne Hill i remake’em filmu z 1989 roku. Pierwsza wersja , moim zdaniem, nie wytrzymała próby czasu. Słowo daję, mnie bardzo łatwo jest przestraszyć, ale tutaj… nie ma czego się bać. Obejrzeć można, jeśli ktoś lubi old schoolowe filmy, w innym przypadku nie polecam. Najnowsza „Kobieta w czerni” to co innego.
Film opowiada o losach młodego adwokata, Arthura, który po śmierci pani Drablow dostaje zlecenie, by udać się do jej starej posiadłości w celu uporządkowania spraw spadkowych i wystawienia domu na sprzedaż. Miasteczko, na obrzeżach którego znajduje się posiadłość, zamieszkiwane jest przez nieprzychylnych, tajemniczych ludzi. Wkrótce Arthur odkrywa, że w miejscu tym dochodzi do tajemniczych zgonów dzieci, a stary dom spowija mroczna przeszłość.

„Kobieta w czerni” nie jest horrorem. Jeśli oczekujecie ręki, nogi i mózgu na ścianie, to niewłaściwy adres. To raczej film odwołujący się do schematów powieści gotyckiej i kina z dreszczykiem (w sumie to idealna pozycja na zbliżające się Halloween). Film oferuje nam cały arsenał kalek typowych dla powieści gotyckiej. Mamy stary dom na bagnach, mroczą tajemnicę, czystego moralnie bohatera, który próbuje postąpić słusznie, nieprzychylnych mu mieszkańców miasteczka i duchy małych martwych dzieci. Są nieoczekiwane postukiwania i pojękiwania. Są skrzypiące schody i pozytywki tak przerażające, że ścina się krew w żyłach. Tak, w tym filmie nawet pozytywki przerażają. Jest mgła, jest mrok. Choć nawet w środku dnia reżyser potrafi przerazić i za to należą mu się oklaski. Wierzcie mi. No i wreszcie jest i ona. Tytułowa Kobieta w czerni. Przerażająca. 

Kto szuka w kinie rozrywki, otrzyma ją. Ten natomiast, kto poszukuje czegoś więcej, również się nie rozczaruje. „Kobieta w czerni” jest opowieścią o sytuacji kobiet pod koniec XIX wieku. To historia o tym, jak krzywdzące potrafią być konwenanse i jak zbytnie oglądanie się na opinie innych może doprowadzić do tragedii. Jest to wreszcie historia o tym, jak krzywda, którą uczyniliśmy, lubi do nas powracać. Natomiast, gdyby dokładniej przyjrzeć się postaci głównego bohatera, jest to opowieść o próbie radzenia sobie ze stratą i nieumiejętności pogodzenia się z odejściem najbliższych. O ścieraniu się tego, co racjonalne z tęsknotą i potrzebą przywołania obecności ukochanej osoby. I koniec końców jest to, niestety, historia o tym, że zło czasami po prostu się wydarza i nie można ani wytłumaczyć go w sposób racjonalny, ani powstrzymać

Serdecznie polecam Wam „Kobietę w czerni”. Film przyciąga gotyckim klimatem i fenomenalną muzyką, która tylko potęguje uczucie grozy. Miłośnicy ghost story na pewno poczują się usatysfakcjonowani.    

3 komentarze:

  1. Brzmi świetnie ! Dzięki za opisanie filmu . Obejrze z chęcią ;)

    OdpowiedzUsuń
  2. Duma mnie rozpiera, że zdecydowałaś się w końcu na obejrzenie horroru, bo to jednak film z tego gatunku (i tylkoi tylko z tym stwierdzeniem się z Tobą nie zgadzam). Trochę filmów widziałam i rzeczywiście rzadkością jest problematyzowanie fabuły, umiejętne budowanie napięcia, stopniowanie faktów, nie wspominając o zachowaniu ciągłości przyczynowo-skutkowej. Takich perełek we współczesnej kinematografii jest mało, jednak się zdarzają i warto po nie sięgnąć, choćby tylko z chęci zestawienia starej szkoły w horrorem współczesnym.

    OdpowiedzUsuń
  3. Oglądałam ale nie spodobał mi się ten film za bardzo. Klimatyczny, ale nie zbyt straszny.

    OdpowiedzUsuń