niedziela, 8 lutego 2015

To koniec, naprawdę koniec




Rodzeństwo Baudelaire. Towarzyszę im od ponad dziesięciu lat. A może to oni towarzyszą mnie. Pierwszy raz zetknęłam się z nimi, kiedy sama byłam jeszcze gimnazjalistką i przeczytałam o „Serii Niefortunnych Zdarzeń” w „Victorze”. Zaczęłam czytać i wpadłam. Potem o nich zapomniałam. Choć kilka z tych książek zgromadziłam i nadal stoją na mojej półce. W tym roku postanowiłam, że do nich powrócę. Dlaczego? Nie mam pojęcia.
            W ostatnim tomie serii rodzeństwo Baudelaire trafia wraz z hrabią Olafem na, jak się początkowo wydaje, bezludną wyspę. Szybko jednak wyspa okazuje się nie tak całkowicie bezludna. Mieszka na niej pewna dziwna wspólnota, której przewodzi Iszmael. Sieroty, chcąc nie chcąc, muszą się podporządkować jego prawom, a co gorsza wciąż mają na karku Olafa. Postanawiają, że przy nadarzającej się sposobności uciekną.  
            Zawsze ceniłam Snicketa. Za humor i za ironię. Za to, że pisząc dla małych, pisze też dla dużych. Ot, pierwszy z brzegu przykład – jak mają na imię rozbitkowie, z którymi spotykają się nasze sieroty? Poznają Piętaszkę, jej mamę, panią Kaliban, panią Marlow oraz Robinsona. Każdy dorosły, który choćby pobieżnie zna historię literatury światowej, wie, że pobrzmiewają tu oczywiste echa literatury wyspiarsko-marynistycznej – „Przypadków Robinsona Crusoe”, „Burzy” oraz „Jądra ciemności”.
            Poza tym lubię u Daniela Handlera (prawdziwe imię i nazwisko autora Serii Niefortunnych Zdarzeń, Lemony Snicket to postać literacka, która według książek spisuje historię rodzeństwa, a poza tym doskonale znała rodziców sierot Baudelaire), że nie boi się trudnych tematów. W ostatniej książce serii, „Końcu końców”, podejmuje więc temat wykluczenia społecznego oraz obrony własnego zdania. Zastanawia się też nad funkcją sekretów w naszym życiu – są potrzebne, złe, nieuniknione? Przede wszystkim nie boi się mówić, że życie jest ciężkie, trudne i często, to, co od niego otrzymujemy, nie przynosi satysfakcji. Życie nikogo nie oszczędza – nawet dzieci.
            Cieszę się, że w ostatnim tomie autor powrócił do większości epizodów z życia sierot. Pojawiła się więc Jadzia (Niewiarygodnie Jadowita Żmija) z „Gabinetu Gadów”, wspomniano sędzię Straus z „Przykrego początku”, trojaczki Bagienne z „Akademii antypatii”, kapitana łodzi podwodnej, u którego swego czasu mieszkały sieroty, Łzawe Jezioro, tartak „Szczęsna Woń” i wiele, wiele innych miejsc związanych z ich historią.   
            Trochę mam do Handlera żal. Nawet w ostatnim tomie nie pozwala czytelnikowi poznać wszystkich sekretów dotyczących rodziców sierot Baudelaire. Co więcej, dorzuca kilka kolejnych zagadek, ostatecznie pozostawiając czytelnika z niczym.
            Uważam Handlera-Snicketa za jednego z najlepszych autorów książek dziecięco-młodzieżowych, jakich publikowało się w ostatnich latach na polskim rynku. Kto nie zna jeszcze rodzeństwa Baudelaire niech żałuje i natychmiast to nadrobi!    

1 komentarz:

  1. kochamy Serię Niefortunnych Zdarzeń!
    zapraszamy do nas
    blotodlazuchwalych.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń