czwartek, 12 listopada 2015

Sztuka opowieści



Opowieść towarzyszy nam od samego początku. Opowiadamy sobie historie naszych rodzin, opowiadamy dzieciom bajki na dobranoc. Nasze życie jest opowieścią, którą powoli relacjonujemy światu i splatamy z tysiącami innych ludzkich historii. Z naszej potrzeby opowieści, bo nie mam wątpliwości, że istnieje w nas głód opowieści, zrodziły się szeptane historie, baśnie, książki. Z tej potrzeby wyrósł także „Zaklinacz słów”.
            „Zaklinacz słów” to historia Niny, Polki, która wyrusza do Londynu, by tam studiować i zgłębiać tajemnice arabskich baśni, które pasjonowały ją od dzieciństwa. Tam też spotyka Gabriela, tajemniczego mężczyznę, wraz z którym zaczyna zwiedzać miasto pod kątem zbierania ludzkich historii. W ten sposób poznaje opowieści o sklepie warzywnym, którego właściciel umie wczytywać się w ludzką duszę, dlatego niektórym klientom w dłoniach owoce bujnie rozkwitają, innym marnieją lub wręcz gniją; o rozpadającej się filiżance, która pragnęła należeć tylko do jednej osoby, oraz o naczyniu należącym do pewnej egzotycznej tancerki.
            Książka polskiej autorki, ukrytej pod egzotycznym pseudonimem, jest bardzo sensualna. Cała pachnie, wypełniona jest kolorami, smakami i zapachami orientalnego świata. Magicznego, surrealistycznego, mieszczącego się gdzieś na styku rzeczywistości z myśleniem magicznym. Ten jakże barwny pejzaż skontrastowany zostaje z szarym angielskim miastem, w którym koegzystują ze sobą różne nacje i światopoglądy. 

            Kolejnym plusem książki, snutej zręcznie niczym arabska baśń, jest język. Nie tylko plastyczny, ale także piękny, urzekający. Potrafiący oddać obrazy, kolory, smaki, zapachy. A do tego niezwykła narracja – Nina snuje swą opowieść, cały czas zwracając się do tytułowego Zaklinacza Słów. Dotąd spotkałam tylko jedną historię pisaną w narracji drugoosobowej (któreś z opowiadań Kuczoka).   
            Sięgnijcie po „Zaklinacza słów”. Może nie będzie to lektura łatwa (książka niemal całkowicie pozbawiona jest dialogów), ale na pewno warta każdej poświęconej jej minuty. Przekonacie się, że nawet we współczesnym świecie jest miejsce dla Seherezady.

3 komentarze:

  1. Mam wrażenie, że coraz więcej polskich autorów sięga po zagraniczne pseudonimy. Tomas Arnold, Tania Valko, Lena Oscarsson, itd. Co do Shirin Kader, przeczytałam, że jest urodzona w Lublinie, ale oko mi się "zasugerowało" i wyszło mi w Libanie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A może to nasza wina, czytelników? Pracując w bibliotece, nauczyłam się, że wiele osób nie chce sięgać po polskich autorów, bo z automatu uważają ich za gorszych. Tanyi Valko łatwiej pewnie było sprzedać sagę arabską pod pseudonimem, niestety.

      Usuń
  2. Bardzo dziękuję za ciepłe słowa pod adresem książki! Cieszę się, że zostawiła po sobie pozytywne wrażenia. :) A pseudonim ma swoją historię :) Pozdrawiam serdecznie. Shirin Kader

    OdpowiedzUsuń