poniedziałek, 1 kwietnia 2013

Holenderskie piekiełko



„Ósma piętnaście, Londyn, miesiąc w przód wyprzedane” śpiewał swojego czasu zespól IRA o polskiej emigracji. Może nie do Londynu, ale za to do Holandii, wyjechała bohaterka „Wściekłej skóry”, debiutanckiej powieści Agnieszki Miklis.
            Roswita Rein ma trzydzieści lat i zmarnowane życie, a przynajmniej tak jej się właśnie wydaje. Po kolejnej z niezliczonych kłótni z rodzicami, postanawia wyjechać do Holandii i tam zdobyć pieniądze na lepsze życie. Już na miejscu poznaje Tanię Konecki, którą kierują zupełnie inne pobudki. Tania opuściła Polskę nie po to, by zasilić swe konto bankowe, lecz by uwolnić się od męża, codzienności i przeżyć erotyczną przygodę. Pewnego dnia piękna młoda kobieta znika bez śladu. Wszyscy mówią, że uciekła z kochankiem. Rozwita jednak nie wierzy w tę wersję wydarzeń i rozpoczyna własne, prywatne śledztwo.
            „Wściekła skóra” Agnieszki Miklis bardzo przyjemnie mnie zaskoczyła. Debiut młodej autorki to kawał dobrej roboty literackiej. Po pierwsze to bardzo plastyczny i niezwykle trafny obraz społeczeństwa. Zarówno polskiego (w którym rodak rodakowi wilkiem, a każdy stara się, by drugi upadł jak najniżej, by mógł wskoczyć na jego miejsce), jak i holenderskiego (z pozoru poukładanego, porządnego, purytańskiego, a wewnątrz do szpiku kości przeżartego zgnilizną). Po drugie „Wściekła skóra” pełna jest aluzji i nawiązań literackich, filmowych, malarskich, kulturowych. Autorka niezwykle pewnie czuje się w dżungli kultury. Nie na miejscu wydają mi się jedynie niektóre z przypisów do tekstu. Miklis streszcza przytoczone tytuły, podaje zbyt obszerne objaśnienia. Pragnie grać w czytelnikiem w intertekstualną grę, a jednocześnie przypisami prowadzi go za rączkę, od punktu do punktu, jakby miała go za idiotę, który sam nie jest w stanie sobie poradzić. Niemniej trzeba przyznać, iż niektóre z polskich pisarek powinny się z jej książek uczyć, co to znaczy kultura literacka i dobry styl. I choć, moim zdaniem, „Wściekłej skóry” nie można nazwać thrillerem w ścisłym tego słowa znaczeniu, gdyż niepokój, czy poczucie zagrożenia, ustępują miejsca rozległym obserwacjom społeczno-kulturowym, to jednak jest to kawałek porządnej współczesnej prozy.
            Dawno nie spotkałam tak obiecującego debiutu. Będę z ciekawością wypatrywać kolejnej książki Agnieszki Miklis, gdyż sądzę, że jest na co czekać. Oby tak dalej. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz