czwartek, 20 marca 2014

Malanowska i partnerzy, czyli mój głos w sprawie zarobków dla pisarzy i zaróbków w ogóle



Kilka dni temu rozpętała się wielka dyskusja wokół wpisu, który Kaja Malanowska opublikowała na swojej stronie na Facebooku. Kwestia ta natychmiast odbiła się szerokim echem. Widzę to choćby po statystykach mojego bloga. Wpis zatytułowany „Drobne szaleństwa dnia poprzedniego”, nawiązujący do tytułu powieści Kai Malanowskiej, jednakże zupełnie jej niedotyczący, jest ostatnio jednym z najbardziej popularnych.
            Pani Malanowska, bez względu na to, co myślę o jej książkach (czy może bądźmy sprawiedliwi, o książce, bo zaledwie jedną czytałam), poruszyła bardzo ważny temat. Czy pisarz powinien zarabiać na swoich książkach? Czy pisanie jest pracą, która powinna być wynagradzana płacą (dodajmy sensowną płacą)? A może jest misją/hobby/pasją/wewnętrznym przymusem? Czy pisarz w Polsce może być tylko „pisarzem myślnik”? Mam tu na myśli pisarz-tłumacz, pisarz-redaktor albo gorzej pisarz-bibliotekarz, pisarz-kelner. Czy nie można być po prostu pisarzem? Pewnie można. Słyszałam o jednym, którego z jakiegoś powodu zwą Wielkim Grafomanem. I o innej, którą sama siebie za grafomankę nie uważa, ale megalomanką jest za to na pewno. Choć pasjami czytam blog Evy Scriby są kwestie, w których się z nią nie zgadzam. Choćby w tej, dotyczącej szwedzkiego systemu bibliotecznego. W Szwecji, jeśli jakaś ksiązka jest często wypożyczana, pisarzowi płaci się pieniądze od tych wypożyczeń. Jakby się tak zastanowić, każda książka wypożyczona z biblioteki pozbawia pisarza osoby, która tę pozycję mogłaby kupić. Eva Scriba, wieszając psy na szwedzkim systemie, argumentuje, że dobrzy pisarze, jak jej ulubieni Varga czy Stasiuk, nie jęczą. No tak, ale nie wszyscy mogą dostać Nike. A co by nie mówić, to pewnie podreperowuje finanse.
            Niestety wydaje mi się, że sytuacja pisarzy i ich wynagrodzenia jest związana z sytuacją płacy za pracę w Polsce w ogóle. Niedawno pojawiła się informacja, że amazon postanowił zdobyć polski rynek i szuka pracowników. Praca w powszednie dni tygodnia i soboty, czasem po 10 godzin. Z jednej strony – fantastycznie. Więcej pracy, bo wiadomo, jest ciężko. Z drugiej - harówka za pensję minimalną. Za dużo żeby umrzeć, za mało żeby żyć. I eksploatacja ma maksa. Pojawiły się głosy, że innym europejskim nacjom trzeba płacić w euro, a Polaczkowi można dać miskę ryżu i już się cieszy. Oburzeni odpowiedzieli, że narzekający są leniwi, że nie chce im się pracować, wolą żerować na społeczeństwie, pobierając „socjal”. Powiedzcie mi Państwo, dlaczego w naszym społeczeństwie pokutuje myślenie, że wolno nas okradać? Dlaczego, gdy ktoś się dopomina, że za to, co potrafi, powinien dostawać godne wynagrodzenie (przez godne wynagrodzenie nie mam na myśli najniższej krajowej, bo to nie jest godne wynagrodzenie, tylko podstawowe), wsiadamy mu na głowę i robimy wszystko, by biedaka zgnębić? Jakby żądał niewiadomo czego. Dlaczego w nas samych istnieje przyzwolenie na upokarzanie i wykorzystywanie? Dlaczego wierzymy, że tak musi, a co gorsza, że tak powinno być?
            Przywołam jeszcze raz najbliższe mi środowisko bibliotekarskie - na portalu Pulowerek pojawiają się narzekania na niskie płace bibliotekarzy. Racja, pensje są kiepskie. A to i tak łagodnie powiedziane. Nie podoba mi się jednak, że zarówno Eva Scriba, jak i Pulowerek, gloryfikują bibliotekarzy. Dlaczego głośno nie mówi się o tym, że w naszym zawodzie panuje selekcja negatywna? Dlaczego nie mówi się, że lwia część z tych tak źle opłacanych bibliotekarzy, to zwykłe miernoty? Płaci się ludziom, którzy często niewiele potrafią i bazują na tym, czego nauczyli się dawno, dawno temu. Gdy zatrudniałam się w bibliotece byłam już bibliotekarzem dyplomowanym. Nie robiłam studiów w trakcie pracy, czego nie można niestety powiedzieć o większości zatrudnionych. Bibliotekarz to zawód otwarty, może nim być każdy. Bo czy naprawdę dużych umiejętności potrzeba do przekładania książek? Pewnie nie, a przynajmniej tak pomyślał pan minister. By być lekarzem trzema mieć ukończone studia medyczne. By być bibliotekarzem… można być handlowcem (dla biblioteki ekonomicznej świetnie) lub piekarzem (to już gorzej). Pewnie, od pracy w bibliotece życie ludzkie nie zależy. Pewnie, nie trzeba tak z głowy wiedzieć, jakiej narodowości był Victor Hugo, można sprawdzić. Tylko dlaczego w bibliotekach muszą pracować osoby z przypadku, a nie z powołania? Takie, które trafiły tam, bo nigdzie indziej nie było miejsca? A pracę w bibliotece traktują jako karę… Gdy do takiej ekipy dołączy ktoś, kto ma wiedzę, umiejętności i chęć, a dostaje mniejszą pensję i więcej obowiązków, niż ci, którzy nie mają jego umiejętności, to… tylko cud może uchronić od zniechęcenia. Czy naprawdę mamy prawo oczekiwać od tej osoby, by była zadowolona, że „ma pracę” i nie narzekała? Moim zdaniem nie.
            Czy Kaja Malanowska ma rację? Tak, ma rację. Pisarz ma prawo dostawać godne wynagrodzenie (zwłaszcza biorąc pod uwagę to, co zarabia na jego twórczości albo TFURczości wydawca, hurtownik, księgarz) i być tylko pisarzem, a nie „pisarzem myślnik”. Czy Polak ma prawo godnie zarabiać? Tak, Polak ma prawo godnie zarabiać i żyć, a nie egzystować. Słuchaj, kiedy śpiewa lud, gdy się u ludzi zbiera gniew…  

1 komentarz:

  1. To oczywiste, że pisarz powinien zarabiać. I to godnie zarabiać... poza niezwykłością tego zawodu, jest to zawód jak każdy inny. Pisarz wykonuje prace, za którą powinien dostać wynagrodzenie. Proste.

    OdpowiedzUsuń