piątek, 7 października 2016

Ciszej nad tym komiksem?



Komiksy czytam często i chętnie, ale w sumie rzadko zdarza mi się napisać recenzję któregoś z nich. Postanowiłam, że start Wielkiej Kolekcji Komiksów DC będzie powodem do dobrej zmiany. Czas zacząć recenzować komiksy. WKKDC otwiera „Batman. Hush”. We wstępniaku czytamy, że jest to komiks przełomowy dla serii o Batmanie. Ale czy Wielka Kolekcja Komiksów Marvela (seria bliźniacza tyle, że o marvelowskich superbohaterach) nie przyzwyczaiła nas, że używa słów „przełomowy”, „kultowy” dla określania nieraz naprawdę miernych historii? Czy bliźniacza kolekcja podzieli tę metodę?
Porwane zostaje dziecko pewnego bogacza z Gotham. Kidnaperem okazuje Killer Crock. Batman dopada złoczyńcę, ale pieniądze znikają. Podążając ich tropem, Mroczny Rycerz natyka się na znacznie poważniejszy spisek, wymierzony wprost w jego osobę.
Jeśli coś mi się w tym komiksie podoba, to… rysunki. Na niektórych naprawdę przyjemnie oko zawiesić. Przedstawiony tu Batman jest właśnie taki, jaki powinien być – mroczny, z kwadratową szczęką i skrzywioną miną. Kwintesencja Gotham City, miasta głupców. Podoba mi się też mnogość postaci. Lubię, kiedy jedne wpływają na drugie, wchodzą ze sobą w interakcje. Wtedy widać, że to jedno uniwersum, jeden świat, w którym Superman może spotkać Batmana, a Zielona Latarnia przeleci nam miastem, walcząc ze swoim przeciwnikiem. Jest to równie miłe, jak w filmach, kiedy Jane Foster krzycząc w dwójce „Thora”: „Widziałam cię! W telewizji byłeś, w Nowym Jorku byłeś!” odwołuje się do fabuły „Avengersów”, Falcon po walce z Ant Manem stwierdza: „Tylko nie mówcie Kapitanowi”, a w serialach DC Flash, Arrow, a nawet Supergirl z alternatywnej Ziemi razem szykują się, by za chwilę walczyć ze śpiewającym przeciwnikiem. No, łapiecie o co chodzi. Lubię to przenikanie się historii. Jest fajne.
Tylko kadry z pojedynkami uważam za przesadzone. Biją się w „Hashu” często i gęsto, w wielu kadrach, na wielu stronach (choćby walka z Crockiem otwierająca zeszyt). Długo i nużąco. Flaki z olejem, gdyby mnie ktoś pytał.
Nie podoba mi się, jak straszliwie płytka jest to historia. Wielkim złoczyńcą okazuje się ktoś, kto pojawia się trochę na zasadzie Deus ex machina, a jego pretensje wobec Bruce’a, z powodu których się mści, wciągając w swój spisek połowę Gotham i część Metropolis są… szalone, nawet jak na łotrów z mrocznego miasta. Poza tym ktoś ciągle umiera, wraca do życia, przechodzi operacje plastyczne, wszczepia innemu stalowe płytki w mózg, nie wiadomo na co i po co. Ja wiem, to wszystko jest w komiksie normalne, należy do konwencji. Wszak komiks to rodzaj mitologii, historii o walce dobra ze złem, opowiadanej wciąż na nowo. Naprawdę nie oczekuję od niej realizmu. Jednakże chciałabym, aby to była opowieść, w którą, przynajmniej minimalnie, będę mogła uwierzyć. W „Husha” jakoś nie potrafiłam.
Poza tym przeszkadzała mi też kiczowatość. Wiem, że to nieodłączna część historii o trykociarzach. Ale w „Hushu” wszystko jest czytelnikowi podawane wprost łopatologicznie. Skoro widzę na rysunku, że bohater coś robi, to czy muszę mieć to jeszcze skomentowane za pomocą słów w ramce, mających odzwierciedlać jego myśli? Poza tym ilość ramek, czcionek, kolorów jest zatrważająca. Misz masz. Myśli postaci w ramkach innego kształtu i koloru, wypowiedzi Batmana w innych dymkach, niż słowa Oracle. Dymki przerywane, a do tego wszystkiego jeszcze pogrubienia w tekście. I to pogrubienia słów, które tak naprawdę nic nie znaczą, bo dla całej wypowiedzi nie są kluczowe, czy istotne. To trochę tak, jakby ktoś pogrubił na chybił-trafił zupełnie nieistotne słowa. Okropność!
Podsumowując, spędziłam na lekturze „Husha” przyjemny wieczór. Jednakże, gdybym nie znała tej historii, moje życie by nie zubożało. Nadawanie jej znamion „kultowej” czy „przełomowej” to gruba przesada. Zupełnie, jak te przypadkowe pogrubione słowa w dymkach dialogowych.    

1 komentarz:

  1. Czasem "kultowy", "bestseller", itp. to określenia na wyrost, ale czytelnik kieruje się nimi, bo mają pozytywny wydźwięk :)

    OdpowiedzUsuń