czwartek, 7 lutego 2013

Co nas podnieca, co nas irytuje



Madame Intueri nie jest madame, która mogłaby tylko cały dzień leżeć i pachnieć. Niestety, Madame jest kobietą pracującą. I choć nie jest tak, że żadnej pracy się nie boi (bo takich na przykład robót na wysokości, by się nie podjęła), pracę jej przydzieloną wykonuje. Czasami przed wyjściem z domu, popijając poranną kawę (tudzież inny napój pobudzający, którego nazwy czytelnikowi nie zdradzimy, bo wstyd i hańba), Madame ogląda telewizję. Zadziwiające, jakich rzeczy można dowiedzieć się między ósmą a dziewiątą rano.
            Pewnego pięknego poranka Madame dowiedziała się z rozmowy prowadzącego program śniadaniowy z seksuologiem, że dwadzieścia pięć procent kobiet w Polsce nie miewa orgazmów. Pan doktor wspomniał też, że na seksualność kobiet składają się cztery czynniki – uczucia do partnera, wychowanie, jakie odebrały w domu, zewnętrzne czynniki społeczne i fakt, jak czują się same ze sobą i własną cielesnością (mniej więcej tak, jeśli Madame coś pokręciła, zrzućmy to na karb tego, iż było wcześnie, a napój pobudzająco-orzeźwiający jeszcze nie do końca został wypity). Madame nie zwróciłaby właściwie na całą tę rozmowę i jakże sensacyjną informację (25 % to wszak 1/4!) specjalnej uwagi, gdyby kilka dni później w pracy nie wpadła jej w ręce książka francuskiej pisarki Marthe Blau „W jego dłoniach”. Madame Intueri rzuciła okiem na tę rzekomo skandaliczną pozycję przez zupełny przypadek. A potem, jak to ona ma w zwyczaju, zaczęła się zastanawiać.
            Słynny już „Grey” przy „W jego dłoniach” to przysłowiowy „pikuś”. Powieść to kolejny erotyk o pokręconym związku, w którym kobieta, wykształcona i niegłupia, uzależnia się od pomiatającego nią mężczyzny i jest tym faktem (oczywiście!) zachwycona. Pełno w niej orgazmów, wagin, łechtaczek, sztucznych penisów, węzłów marynarskich zakładanych na sutki i spinaczy wkładanych do pochwy. Podobnie w trylogii o Panu Szarym pełno kajdanek, kul gejszy, pejczy i innych seks zabawek. A choć książka napisana źle i oprócz momentów nie ma żadnej fabuły, czytelniczki deklarują zgodnie, że „powieść to źle napisany, bełkotliwy gniot, bo bohaterka nic tylko się rumieni i przygryza wargę, ale, ale, ale… już nie mogę się doczekać następnej części!”. Czytelniczki zdają sobie zatem doskonale sprawę z małości i infantylności czytanej powieści, a jednak zupełnie im to nie przeszkadza. Bo dlaczego miałoby(?!)? A niechby sobie nawet czytały. Co to komu szkodzi? Czytanie czegokolwiek jest lepsze niż oglądanie „M jak miłość”. A że to książka kiepska? Trudno. Nie od dziś wiadomo, że zły pieniądz wypiera dobry, a reklama dźwignią handlu. Dziś nawet należy oczekiwać, że „gniotowatość” jest wprost proporcjonalna do liczby sprzedanych egzemplarzy. Bestseller, książka poczytna czy też dobrze się sprzedająca, nie jest wcale synonimem książki dobrej. A może jest? Wszak nie to ładne, co ładne, tylko to, co się komu podoba. Ale my nie o tym…
            Madame zaczęła się zastanawiać. Dlaczego „Grey” chwycił? Dlaczego chwycił w kraju, w którym język erotyczny niemal nie istnieje, a o seksie głośno i bez metafor mówić po prostu nie wypada, bo to nie uchodzi (dla porównania: Hiszpanie potrafią wymieniać dwadzieścia różnych rodzajów pocałunków, imponujące, prawda?). Wniosek, że dupa sprzeda się zawsze i to dobrze, jeśli nie bardzo dobrze, wydał się Madame nawet nie tyle wulgarny, co zwyczajnie zbyt prosty. Kobiety mają się dziś za wyzwolone, wyemancypowane i (niby) bardzo otwarte. Choć wywalczyły sobie prawo do noszenia spodni i kandydowania na urząd prezydenta, wciąż… są kobietami. W większości wychowane na bajkach Disneya, marzą o „długo i szczęśliwie”. Tyle, że jak w bajkach, tak i w życiu, po „długo i szczęśliwe” kończy się bajka. I nie wiadomo, co z tym fantem zrobić, bo Disney nijak o tym nie wspomina. W jego filmach nie ma wariantu „ale zaraz, nie takiego życia chciałam”. Dlaczego „Grey” chwycił? Bo opisuje brak znany bardzo wielu kobietom, nawet, jeśli się do tego nie przyznają. Bo mówi wprost o tym, o czym tylko się szepcze, a i to ze wstydem, bo przecież nie wypada! A tu, proszę, inne kobiety, odważniejsze, piszą o „tym”. Piszą pikantnie, piszą bez zahamowań (no i co z tego, że mało wyszukanym językiem, coś za coś). I nie tylko gospodynie domowe czytają (co ciekawe bohaterki tych książek to zwykle osoby wykształcone, nie jakieś tam pensjonarki), czytają z zachwytem, z wypiekami na twarzy i przyznają „chcemy jeszcze (w domyśle: bo same tego nie przeżywamy)”. Nie mamy odwagi, krępujemy się. Tak zostałyśmy wychowane, tak nas nauczono. Kłopot w tym, że same autorki mają problem z opisywaniem seksu na różne sposoby. Niemiłosiernie się powtarzają. Bo skoro stosunek odbywa się co drugą stronę, ile razy można czytać o „rozkosznym bólu w podbrzuszu”? Wyobraźni zabrakło, czy język nie daje rady? A może jedno i drugie? Widocznie, o seksie, jak o wszystkim innym, pisać trzeba umieć.
            Madame Intueri nie jest supermanem. Ale podobnie, jak supermenka z piosenki Kayah upomina się o kobiety. Bo popularność „Greya” dowodzi jej zdaniem bardzo prostego, a okropnie smutnego faktu. Wiele kobiet jest po prostu nieszczęśliwych, niespełnionych. Cóż poradzić, kiedy ciała mężczyzny i kobiety zostały stworzone tak, by idealnie do siebie pasowały, a ich dusze tak, by na zawsze pozostały sobie obce? Kwadratura koła. Kolistość kwadratu. Co można zrobić? Madame wzrusza ramionami. Nie wie. Nie umie pomóc nawet samej sobie. Człowiek chyba nie jest istotą powołaną do szczęścia, tak jej się wydaje. Odstawia więc na biblioteczną półkę w „Jego dłoniach”, dla kolejnej nieszczęśliwej lub innej zafascynowanej. Trochę zniesmaczona, trochę zmieszana (a może jest po prostu niedzisiejsza?). Odchodzi, przypominając sobie, że bogów i ludzi łączy jedna rzecz. Gdy przestają być kochani, znikają. Madame Rozważająca myśli zatem, że jedyne, co możemy zrobić, to… próbować. 

A na koniec słynne disnejowskie „długo i szczęśliwie”. Tym razem w wykonaniu Eweliny Flinty (oczywiście w różowej sukience, a jakże!).
 źródło: https://www.youtube.com/watch?v=MUTKGWaOBpI

2 komentarze:

  1. mnie równiez zastanawia, jak to się stało, że taka książka chwyciła - oceniam to jako ciekawe zjawisko socjologiczne ;) Książki nie są groźne, ale obawiam się, że bez prawidłowej edukacji seksualnej, wątki książkowe czy filmowe mogą być użyte na opak przeciw kobietom. To, co uznaję za największą bolączkę kobiet, to niska samoocena, której konsekwencje są w wielu przypadkach tragiczne...

    OdpowiedzUsuń
  2. Teraz wystarczy spojrzeć na nowości bądź wznowienia wydawnicze, a tam sporo książek, z szaro- niebieskawymi okładkami. Tematyka oczywiście oczywista.

    OdpowiedzUsuń