czwartek, 11 sierpnia 2016

Prawie stworzeni dla siebie



Poznają się, zakochują w sobie, zaręczają. Zaczynają myśleć o ślubie, ale zawsze coś staje na przeszkodzie. A to ślub siostry, a to śmierć dziadka. Wreszcie ona dostaje list. Upragniony staż w Barkley. On, choć również na horyzoncie majaczy mu awans, postanawia przenieść się wraz z nią, by mogła się realizować. Powoli wszystko zaczyna się psuć. On nie może znaleźć pracy ani odnaleźć się w nowym miejscu. Ona dostaje grant na badania dotyczące ludzkich zachowań, kontrakt na kolejne dwa lata. Ciężko pracuje, odnosi sukces. Mija pięć lat. I jakoś tak coraz dalej im do siebie.
W założeniu „Jeszcze dłuższe zaręczyny” miały być komedią. I rzeczywiście są w nich sceny śmieszne. Niestety, również tym rynsztokowym humorem, który inteligentnych ludzi zamiast bawić, żenuje. A w efekcie jest to historia dwójki ludzi, którzy dobrze się dogadywali, aż… przestali. Obserwujemy ich powolne oddalanie się od siebie. Widzimy, jak z zakochanych w sobie, stają się coraz bardziej niezadowolonymi ze wzajemnej obecności, pełnymi wyrzutów. Obserwujemy ludzi, którzy będąc ze sobą, są tak naprawdę daleko od siebie. Jest to też film o tym, że na pewne sprawy w życiu nigdy nie będzie dobrej chwili. Zawsze coś stanie na przeszkodzie, by się zdecydować. Zwłaszcza, jeśli człowiek tak naprawdę nie ma ochoty się zdecydować.
Zatem niby komedia, a jednak dramat. Niby śmieszna, ale chwilami wulgarna. A jeśli trafi na osobę, której dany temat dotyczy, to wierzcie mi, staje się zupełnie nieśmieszna. Jest gorzka i boleśnie prawdziwa. Przynajmniej do pewnego momentu. Jednak to film. Komedia. Nikogo więc nie zaskoczę, gdy powiem, że kończy się dobrze. Gdyby chodziło o prawdziwe życie, „Jeszcze dłuższe zaręczyny” zakończyłyby się sceną z leżącym na stole pierścionkiem zaręczynowym i powolnym przejazdem kamery po pustym mieszkaniu. Bo ona była samolubna. On niezdecydowany. Byli, jak mówi Violet w scenie w szpitalu, „prawie stworzeni dla siebie”. No właśnie, prawie.

1 komentarz: