poniedziałek, 2 kwietnia 2012

Chleba i Igrzysk?

Co chwilę widzę na jakimś blogu recenzję „Igrzysk śmierci” – czy to książki, czy filmu. Zwykle staram się nie ulegać takim wpływom, ale tym razem ciekawość zwyciężyła. Chciałam się przekonać, co takiego mają w sobie „Igrzyska śmierci”, że świat oszalał na ich punkcie. Zamówiłam książki, kupiłam też bilet i poszłam na film.
            Mniej więcej wiedziałam, czego się spodziewać. Dwanaście dystryktów typuje co roku dwoje młodych ludzi w wieku od 13 do 18 lat, mających wziąć udział w „Głodowych Igrzyskach” – turnieju, w którym może być tylko jeden zwycięzca, pozostali muszą zginąć.  Właściwie to mogłoby wystarczyć za opis całej fabuły. Główna bohaterka jest jedną z tych dwadzieściorga czworga nieszczęśników. Musi zabijać albo zginąć. Jakże łatwo my, widzowie, akceptujemy pakt, iż oto grupa nastolatków zacznie się za chwilę zabijać. Bez litości, bez jakichkolwiek ludzkich odruchów. W ruch poszły noże, miecze, maczety (!). Należy zrobić wszystko, żeby przetrwać. Czy naprawdę wszystko nam tu pasuje? Dlaczego nikt z patrzących nie powie, że tak nie powinno być, że to wszystko jakieś chore, że tak nie można. Ach nie, nie przeszkadzaj, to tylko film. Ucisz się, spektakl twa, emisja w trakcie, show must go on! Jakże podobni byliśmy do zasiadających przed telewizorami mieszkańców poszczególnych Dystryktów! Czy naprawdę potrzebny byłby Panem, by taka sytuacja mogła mieć miejsce? Z tym pytaniem Was zastawiam.
W recenzjach od czasu do czasu przebąkuje się, że „Igrzyska” opowiadają o mechanizmie działania systemu totalitarnego. Stwierdzić tak, podobnie, jak opisać fabułę podając główne wydarzenia, to ślizgać się po wierzchu problemu. Owszem, mamy prezydenta, który sprawuje władzę absolutną. Owszem, mamy jednostkę, która nie może o sobie decydować. Jest sterowana przez wszechobecną władzę. I tyle? Wydaje mi się, że nie. Otóż mamy tu coś jakby Foucaultowski panoptikon. Foucault mówiąc o panoptikonie, miał na myśli budowlę w kształcie koła, pośrodku której stałaby wieża z ukrytym strażnikiem. Więźniowie pozamykani w celach nie wiedzieliby, kiedy ktoś na nich patrzy, kiedy nie. Ta niepewność, sprawiłaby, że zaczęliby sami siebie kontrolować. Tutaj mamy podobną sytuację. Katniss i pozostali nieszczęśnicy trafiają do lasu, który jest zaprojektowany. Niby prawdziwy, a jednak sztuczny. Każdy ich krok jest obserwowany. Wszędzie są kamery. Zawsze ktoś patrzy. ( Kojarzy Wam się z czymś? Ano, Wielki Brat, „Truman Show”.) Te wszystkie kamery, panele kontrolne, ekrany, telewizory (świetnie oddaje to plakat promujący film) nie pozwalają zapomnieć, że trwa realistyczny spektakl bólu, cierpienia i śmierci.. Realistyczny i wyreżyserowany jednocześnie.
I tak dochodzimy do kolejnego problemu. Okazuje się, że nie wystarczy wyzbyć się ludzkich odruchów i wyrżnąć pozostałych, by wygrać. To Władza projektuje zwycięzcę. To Władza produkuje wiedzę (zasady gry). To Władza decyduje, co wolno a co nie ( zmiana reguł w trakcie gry). Jeśli Władza ci nie sprzyja, napuszcza na ciebie dzikie bestie, kule ognia, innych uczestników, podsuwa ci trujące owoce. Walka o życie nie polega tylko na pokonaniu innych. Chodzi także o to, by polubili cię ci, którzy siedzą przed telewizorami. Chodzi o to, by sponsorzy chcieli w ciebie zainwestować, bo może wtedy… Zatem uśmiechasz się i kłamiesz. Pozwalasz się wykreować. Ubrać i umalować, uczynić z siebie kogoś, kto wcale nie przypomina ciebie. „Igrzyska śmierci” pokazują, jak działają media i mechanizmy reklamy. Jak w jednej chwili można uczynić z kogoś celebrytę i ulubieńca tłumów. W filmie jest to posunięte aż do granic absurdu – otóż sympatia tych, którzy oglądają, decyduje o twoim życiu lub śmierci. Bowiem nieważne jak się starasz, to reżyserka, w której siedzi sobie bezpiecznie epika tworzących show, zadecyduje czy przeżyjesz, czy umrzesz. „Igrzyska” pokazują, jak na potrzeby sytuacji stwarzamy samych siebie. W recenzjach czytałam o uczuciu Katniss i Peety. Wcale nie jestem go taka pewna. Oboje mieli świadomość, że cały czas ktoś patrzy. Każdy gest został zarejestrowany, każde słowo usłyszane. Co zatem było prawdą a co grą na potrzeby show? Nie wiem. Nie byłam w stanie określić. Jedną z najbardziej wstrząsających scen był, moim zdaniem, moment, gdy w trakcie trwania Igrzysk widzimy rodzinę należącą do elity Kapitolu. Ojciec, matka, dwoje dzieci – może cztero-, pięciolatków. Chłopiec bawi się podświetlanym mieczem. Udaje, że zabija nim siostrę. Wszyscy się śmieją. Dla nich Igrzyska to rozrywka, zabawa, program na ekranach telewizorów. Trybuni to jedynie uczestnicy gry, o których zwycięstwo można się założyć. Kłopot w tym, że „uczestnicy”, zaledwie dzieciaki, walczą ze sobą, zabijają się i giną… ku uciesze mas.       
W recenzjach czytałam, że film świetnie oddaje „klimat” książki, że trzyma w napięciu od początku do końca. Pisaliście, że śledząc losy Katniss, odczuwaliście dyskomfort, poczucie osaczenia, strach. Wszystko to prawda. Ale w tych samych recenzjach pisaliście o tym, jak „fajna” jest ta historia. Otóż, moim zdaniem „fajny” to jeden z ostatnich przymiotników, którego należałoby użyć. Siedziałam w fotelu na sali kinowej przez dwie i pół godziny i czułam, jak mi krew w żyłach zamarza. (Wcale nie z powodu akcji, która toczyła się na ekranie.) Bo jeśli widzicie w tym tylko historyjkę o „grze”, w której bezlitośnie wyrzyna się dwadzieścioro czworo nastolatków, to nie jest dobrze. Jeśli „Igrzyska śmierci” są dla Was „fajne” i „wciągające” , jeśli to Wam się podoba(!) zamiast dogłębnie przerażać, to… ciemność widzę, oj, widzę ciemność.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz