piątek, 26 lipca 2013

Caskett, czyli nie tak to wszystko powinno wyglądać



            Aj, z żalem to stwierdzam, ale to chyba początek końca. Przez całe zeszłoroczne wakacje czekałam, wraz z rzeszą fanów, co też się wydarzy, co też wymyśli Andrew W. Marlowe. Oto stało się. Nadszedł wyczekiwany wrzesień. Castle i Beckett są razem i… jest źle. Tak bardzo nie chciałabym tego mówić, ale… jest po prostu źle.
            Trudno mi wymienić w tym sezonie choćby jeden odcinek (a było ich tym razem aż 24!), który naprawdę mi się podobał, wart zapamiętania. A w poprzednich sezonach zdarzały się przecież epizody naprawdę zachwycające, istne perełki („Stary, szczeniaki, wrócił po szczeniaki”, kto oglądał, wie, o czym mowa). Jeśli chodzi o śledztwa, w ciągu kilku minut można było odgadnąć, kto zabił. Stosowano udziwnienia z morderstwem przy pomocy dronów, dokonanym przez Wielką Stopę oraz kalkę po raz tysięczny ściągniętą z „Okna na podwórze”. Sprawa matki detektyw, zamknięta, ale otwarta, by zawsze można było do niej wrócić, jeśli się zechce, choć nie wiadomo już kto, kogo, za co, dlaczego, po co zabił, bo twórcy tak nakręcili, że posklejać to wszystko może już chyba tylko postać Jackoba z „Zagubionych”. Wątki obyczajowe? Były. Było ich dużo. Nie powiem, że za dużo, bo zawsze je lubiłam. Tyle, że scenarzyści chyba nie mieli pomysłu na Castle’a i Beckett… razem. 

Ona wciąż się miota między „mieć pisarza, a mieć pracę”. Dobra, no, nie dziwię się dziewczynie (to problem stary jak świat i wcale nie tak rzadki), że chciałaby zjeść ciastko i mieć ciasto, ale nie podobało mi się jej zachowanie, sposób w jaki traktowała człowieka, który tyle razy dał jej dowód na to, że mu na niej cholernie zależy. To nie była Kate Beckett, jaką ceniłam i lubiłam. Ile razy można słyszeć: „to moje życie”? Owszem, wszystko fajnie, ale kiedy decydujemy się na związek z kimś „moje życie” nie polega już na „tak, jak chcę albo wcale”, ale na kompromisach. Bywało, że miałam ochotę nią mocno potrząsnąć i krzyknąć: „Dziewczyno, ogarnij się”. Na miejscu Castle’a kopnęłabym Beckett w tyłek i posłała do wszystkich diabłów raz na zawsze. Umberto Eco napisał kiedyś, że postać literacka też ma swój charakter, sposób bycia, osobowość i należy prowadzić ją tak aby pozostała spójna, wiarygodna. Scenarzyści „Castle’a” chyba nie odrobili lekcji. Położyli postać Kate, która raz chce poważnego związku i pyta dokąd to wszystko zmierza, by w następnym odcinku stwierdzić: „To moje życie, wolę awans zawodowy, więc co z tego, że od roku jesteśmy parą, odczep się”. Kate Beckett przestała być dla mnie autentyczna. Niestety.    
A Castle? W tym sezonie w ogóle za mało było Castle’a-pisarza. Gdzie zniknęła Nikki Heat? Gdzie facet, który kazał przywiązać się taśmą do krzesła, żeby wymyślić, jak postać mogłaby się uwolnić? Gdzie gra w pokera z innymi twórcami kryminałów? No, nooooo, gdzie?
 No i wreszcie finał. Kompletnie nieemocjonujący, przegadany. Pojawiło się „wielkie pytanie” tyle, że odpowiedź zupełnie mnie nie obchodzi (czy kogokolwiek jeszcze obchodzi?), bo w zasadzie gotowa jestem jednak postawić tezę, że tych dwoje nie powinno być razem.
            Nigdy nie sadziłam, że to powiem, bo rok temu zakochałam się w „Castle’u” i obejrzałam jednym tchem cztery sezony, zamiast pisać magisterkę (nieeeee, w przerwach od pisania magisterki, w końcu zdążyłam ją oddać i obronić jeszcze w lipcu). Wołałam: „Pełen zachwyt”. We wrześniu przystąpiłam do piątego sezonu, który z odcinka na odcinek gasił mój entuzjazm. Nie chcę tego mówić, ale może czas „ze sceny zejść niepokonanym”? Bo chyba Castle i Beckett w wersji Casckett okazali się właśnie gwoździem do własnej trumny. Panie Marlowe, napraw to albo kończ waść, wstydu oszczędź.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz