piątek, 12 lipca 2013

Czy słyszysz, jak śpiewa lud? ("Nędznicy")



Przyznam, że nie czytałam „Nędzników”. Kiedy trafiłam na studia, z wielkim bólem wchodził właśnie system „3+2”. Okrojono listę książek do lektury, a i te, które pozostawiono, ciężko było ogarnąć. I tak minęła mnie znajomość z tą właśnie pozycją Wiktora Hugo. Nigdy też nie widziałam żadnej adaptacji jego prozy. Dlatego do musicalu „Les Miserables. Nędznicy” podchodziłam zupełnie na „świeżo”, jako do zupełnie nieznanej mi historii. I cóż?
             „Nędznicy” to historia byłego więźnia Jeana Valjeana, który po odbyciu kary, stara się ułożyć sobie życie na nowo. Po serii niepowodzeń, udaje mu się wybić, a ponieważ zna ból bycia biednym, stara się wspierać najuboższych (w tej roli Hugh Jackman). Wciąż prześladują go jednak duchy przeszłości w osobie inspektora Javerta (Russel Crowe). Losy tych dwóch i ludzi, którzy się z nimi stykają, obserwujemy na przestrzeni kilkunastu lat.
            Nie wszyscy lubią musicale, to prawda jasna jak słońce. Ja akurat lubię, choć przyznam, że tym razem i dla mnie za mało było dialogu. Crowe śpiewa kiepsko (nawet ja to słyszę mimo, iż słoń nadepnął mi na ucho do tego stopnia, że rytm to dla mnie teoria niemożliwa do wyłapania w praktyce), choć rola Javerta, jako uosobienia prawa, bezdusznika, który strzeże jego litery zupełnie bezmyślnie, zrobiła na mnie wrażenie. Anne Hathaway, jako Fantine, również bardzo dobra, jednak moim zdaniem jeszcze lepsza była młoda aktorka  Samantha Barks, w roli zakochanej bez wzajemności Eponiny. Jej wykonanie „On my own” (dlaczego, gdy bohaterowi pęka serce, zawsze stosuje się zabieg marysuizmu i daje padający deszcz?) to majstersztyk. 

Gdzieś tam w tle plącze się Helena Bonham Carter (wszyscy mówią, ze jest wybitną aktorką, a mnie… irytuje i to niemal w każdym filmie, poza tym za dużo jej ostatnio, za dużo!). Największe wrażenie zrobiła na mnie chyba jednak scenografia. Jejku… te wąskie, ciasne XIX-wieczne paryskie uliczki wyłożone kocimi łbami, te panoramy z domami w tle i wreszcie zapierająca dech katedra Notre Dame, gdy na pierwszym planie po balustradzie mostu spaceruje Javert. Niesamowite.

            Najsłabszym ogniwem filmu są moim zdaniem kochankowie Cosette i Marius. Oboje jacyś mało przekonujący, drewniani, a ich miłość nie wzrusza, przeciwnie, pozostawia widza kompletnie obojętnym. Uwaga, SPOILER. Aż żal bierze, że tylko oni przeżywają, bo powinni zginąć ;). Koniec uwagi. 


            Cóż poradzić. Kiedyś współczułabym Hugowskim nędznikom. Dziś nie tylko im współczuję, ale ze zdziwieniem odkrywam, że ich rozumiem, identyfikuję się z nimi. W sumie to nie tak mi do nich znów daleko. Niedługo zacznę wołać „patrz w dół, patrz w dół”!  Jeśli ktoś nie miał do tej pory do czynienia z „Nędznikami” i nie wie, czego się spodziewać, a jest wrażliwy (nie, Mamo, nie o Tobie mowa, Ty smarkasz w rękaw nawet za tysięcznym razem), niech przygotuje sobie pudełko chusteczek. Bo ten film jest smutny i dołujący. Cholernie, cholernie dołujący. Cytując T.: „To dopiero jest smutne, a nie jakaś tam śmierć Mufasy”. Nic dodać, nic ująć, bo przecież jak niewielu jest, których nie smuci śmieć Mufasy. Obejrzałam, załapałam doła, widzę niesamowitość tego filmu. A jednak, drugi raz chyba już podziękuję.     


Dla porównania także wersja polska tej piosenki oraz tłumaczenie oryginału


I znów jestem całkiem sama
nie mam gdzie się zwrócić, do kogo pójść
bez domu, bez przyjaciół
bez twarzy, do której można powiedzieć "witaj"
ale noc się zbliża, i mogę poudawać
że on tutaj jest

czasami spaceruję sama, nocą
kiedy wszyscy inni śpią
myślę o nim, i cieszę się z jego towarzystwa
miasto kładzie się spać, a ja mogę żyć w mojej głowie

gdy jestem sama, udaję, że jest obok mnie
całkiem sama spaceruję z nim aż do rana
i bez niego czuję jego ramiona oplatające mnie
a kiedy się zgubię zamykam oczy - i już mnie znalazł

w deszczu chodnik mieni się niczym srebro
światła w rzece są zamglone
w ciemności drzewa pełne są światła gwiazd
i widzę tylko jego i mnie na zawsze, na zawsze

i wiem, że to dzieje się tylko w mojej głowie
że mówię sama do siebie, a nie do niego
i mimo, że wiem, że jest zaślepiony
wciąż powtarzam, jest dla nas szansa

kocham go!
ale kiedy noc się skończy
on odchodzi i rzeka jest tylko rzeką
bez niego świat dookoła mnie się zmienia
drzewa są nagie i wszędzie ulice są pełne obcych ludzi

kocham go
ale każdego dnia dowiaduję się
całe moje życie tylko udawałam
beze mnie jego świat kręciłby się dalej
świat pełen szczęścia, jakiego nigdy nie zaznałam

kocham go, kocham go, kocham go
ale tylko, gdy jestem sama. 



         

3 komentarze:

  1. Jeszcze nigdy nie oglądałam musicalu nagranego, ale po ten chyba sięgnę; widziałam "Nędzników" w Romie i warto by było porównać.

    OdpowiedzUsuń
  2. Widziałaś "Nędzników" w Romie? Pozazdrościć. Ten musical jest o tyle specjalny, że po raz pierwszy piosenki nie były nagrywane później, w studio, lecz na bieżąco, tam, gdzie odbywało się kręcenie scen. Zachęcam do obejrzenia, zwłaszcza, że polskie teksty oryginalnych piosenek zostały mocno sparafrazowane.

    OdpowiedzUsuń
  3. Uwielbiam musicale! Wolę sceniczne od filmowych, ale i tak wybrałam się na "Nędzników". Widzę, że mamy podobne wrażenia: Crowe wypadł fatalnie, Anne i Samantha natomiast bardzo dobrze. Helena jak zawsze mnie irytowała.
    Ale piosenki wolę w oryginale, po polsku nie brzmią już tak fajnie. :)

    OdpowiedzUsuń