poniedziałek, 22 września 2014

"Na początku każdy z nas, kto cię znał, nie myślał "bóg", za człowieka cię miał"



Oczywiście nie da się pominąć całej religijnej otoczki wokół postaci Jezusa Chrystusa. Ale, jakby się tak zastanowić, to jest on, mimo wszystko, bardziej popkulturowy, niż taki Mahomet czy Budda. Pomijając wszystkie biblijne produkcje, mamy masę takich filmów, jak choćby „Ostatnie kuszenie Chrystusa” czy „Kod Leonarda da Vinci”. W ten nurt wpisuje się także musical „Jesus Christ Superstar”. Powstał jako efekt współpracy Andrew Lloyda Webbera, który napisał muzykę oraz Tima Royce’a, autora słów. Musical, ze względu na kontrowersyjny temat, najpierw krążył na płytach, by w końcu trafić na Broadway, a kilka lat później, w 1973, stać się także filmem.
            Historii nikomu przedstawiać nie trzeba, musical opowiada bowiem o ostatnim tygodniu życia Jezusa. A jednak w pierwszych scenach filmu widzimy, jak na pustynię wjeżdża mały busik z garstką hipisów, którzy wysiadają z niego i zaczynają się przebierać. Jeden ubiera się w strój Piłata, inni rzymskich żołnierzy. Potem z rak do rak podają sobie najważniejszy rekwizyt – krzyż. Już więc w pierwszych ujęciach historia nie tyle zostaje zaprzeczona, co widz musi zgodzić się na jej pewną umowność, a jednocześnie uświadamia sobie, że ma do czynienia z jedną z tych opowieści, które odtwarzane są wciąż i wciąż od nowa.
Będą więc sceny w Jerozolimie, będzie Ostatnia Wieczerza, zdrada Judasza, proces oraz ukrzyżowanie. Nie będzie za to zmartwychwstania. Podobnie, jak późniejsze „Ostatnie kuszenie Chrystusa” musical skupia się bardziej na ludzkiej, niż na boskiej stronie Jezusa. Mamy więc pokazanego filozofa powoli przestającego dawać sobie radę z kultem, który sam stworzył. Podoba mi się, że ukazano strach Jezusa przez śmiercią oraz tak naprawdę niekoniecznie wielką ochotę do umierania za innych. Jedną z najważniejszych dla mnie scen jest ta, kiedy chorzy wyciągają ręce do Jezusa, by ich uleczył. Szarpią go za szaty, popchają, jeszcze chwila, a by go stratowali. Jezus jest przerażony i odpowiada „Nie starczy mnie dla was wszystkich”. Taka prawda. Nie da się pomóc wszystkim. Póki świat będzie się kręcił, póty będą biedni i chorzy. Tak było, jest i będzie. I żaden Bóg tego nie zmieni.  

Mimo wszystko Jezusa przyćmiewa Judasz – o wiele bardziej charyzmatyczny. Jedyny zdaje sobie sprawę z nadciągającego niebezpieczeństwa i trzeźwo zastanawia się, jak ogarnąć sytuację, która wymknęła się spod kontroli. A jego początkowy utwór, "Przenika myśli me", to mistrzostwo i chyba mój ulubiony z całego filmu. „Jesus Christ Superstar” wreszcie pokazuje Judasza nie jako kata, lecz jako ofiarę.
Również Maria Magdalena, miotająca się miedzy wdzięcznością za to, że Jezus nie widzi w niej kobiety upadłej, a swą zupełnie przyziemną miłością, którą pragnęłaby obdarzyć nauczyciela, zwraca uwagę. Maria okazuje swą miłość jak umie, troszcząc się o Jezusa – smarując go olejkami, całując.
Jeśli szukacie piosenek o prostej linii melodycznej, zdecydowanie nie jest to odpowiedni musical. Słuchając wersji polskiej (świetny Janusz Radek, jako Judasz!), czasami muszę bardzo się wsłuchać, by zrozumieć słowa. Pod tym względem jest naprawdę trudny w odbiorze. Raczej nie do ponucenia sobie, ot, tak, po prostu.
Zdecydowanie polecam „Jesusa” Waszej uwadze. Naprawdę warto.   

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz