poniedziałek, 8 czerwca 2015

Notatka o 3 sezonie "Wikingów"

Mam za sobą trzeci sezon „Wikingów”. Ragnar jest już królem, Lagherta jarlem, Biorn dorósł. Akcja w trzecim sezonie dzieje się dwutorowo. Lagherta razem z grupą innych osadników ląduje w Anglii. Na ziemiach ofiarowanych im przez władcę Wesex zaczyna uprawiać zboża. Ragnar natomiast kieruje swój wzrok już nieco dalej. Marzy mu się podbicie Paryża. I o tym z grubsza jest ta seria.
Co mi się w „Wikingach” podoba? Po pierwsze primo – świetna, nastrojowa muzyka, oddająca ducha tamtych czasów. Po drugie, że serial ma klimat, ale nie epatuje niepotrzebnym okrucieństwem. Nie ma tu takiej rzeźni, jaką zobaczymy chociażby w „Grze o tron”. Podoba mi się ukazanie zwyczajów i wierzeń dawnych ludów. Fajne jest to, że postaci wzbudzają emocje – Laghercie kibicuję, Ragnara nie lubię. Floki mnie wkurza.
Co mi się natomiast nie podoba? Nie podoba mi się wkręcanie realizmu magicznego. Bogowie, nie bogowie, nie wiadomo, co tak naprawdę się stało i kto jest winien pewnym wydarzeniom (kto oglądał, ten wie, kto nie oglądał, to spojlerować nie będę). Te ciągle wizje, proroctwa, nie, nie, to nie dla mnie. Nie podoba mi się, że w tak głupi i bezsensowny w sumie sposób, zaciukali jednego z głównych bohaterów.
Koniec końców, oglądało się to przyjemnie, wciągnęło, ale szału nie było.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz