wtorek, 13 września 2016

Kiedy miłość się kończy, pozostaje zaśpiewać



Obecnie żyjemy w świecie, w którym trudno jest utrzymać stały związek. Ludzie wolą się rozwieźć, niż pracować nad sobą i nad relacją. Coraz rzadziej wytrzymujemy ze sobą „na dobre i na złe”. Trudno powiedzieć, dlaczego tak się dzieje. Świat się zmienia, my się zmieniamy? Próbą odpowiedzi na te pytania jest musical „Ostatnie pięć lat”.
„Ostatnie pięć lat” to historia Cathy i Jamie’ego. Oboje mają po dwadzieścia trzy lata. Dopiero wkraczają w życie. On odnosi sukces i szybko staje się dobrze zarabiającym pisarzem. Ona tuła się od castingu, do castingu, próbując zostać aktorką. Obserwujemy ich związek na przestrzeni pięciu lat.  
Musical został o tyle ciekawie skonstruowany, że wydarzenia z początku związku głównych bohaterów przeplatają się z tymi z końcówki i środka. Nie jest to opowieść linearna, a raczej patchwork, który każdy widz może poskładać sobie dowolnie. Co przeważyło? Jej zazdrość o sukces? Jego pociąg do innych kobiet? Niezdolność komunikacji? Która ze stron była winna? A może zawiniły okoliczności?
Skoro to musical, nie można nie wspomnieć o piosenkach. Trzeba przyznać, że Anna Kendrick w roli Cathy wypada naprawdę przekonująco. Bywa zabawna (choćby podczas sceny przesłuchania na Broadwayu lub w piosence o teatrze w Ohio), innym razem chwyta za serce, jak choćby w utworze otwierającym musical czy w scenie kłótni. Jeremy Jordan (ostatnio znany z roli „słodkiego hobbita” z „Supergirl”) również tworzy bardzo przekonującą kreację, choć wokalnie nieco blednie przy koleżance.  Jest więc słodko-gorzko. Choć piosenki nie należą do tych, które zapadałyby w pamięć, a następnie żyły własnym życiem w oderwaniu od musicalu, to przyjemnie się ich słucha.
Niewykluczone, że jeszcze wrócę do „Ostatnich pięciu lat”. Wiem jedno: po obejrzeniu filmu, moim celem stało się zapoznanie się z wersją polską, graną obecnie w teatrze Roma. Trzymajcie kciuki, aby się powiodło.    

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz