wtorek, 15 września 2015

Bóg wojny a komiks japoński



Mangi. Właściwie wiem o nich niewiele ponad to, że to japoński komiks, są w większości wielotomowe oraz czym różni się manga od anime. Nie potrafię określić, co mnie naszło, że postanowiłam: „A poczytam mangi”. Problem polega jednak na tym, że mangi są zwykle wielotomowe, a ja nie bardzo mam ochotę inwestować w 10, 15, 20 czy-nawet-więcej częściowe serie. Ucieszyłam się więc, kiedy okazało się, że w zaprzyjaźnionej bibliotece mają całą serię pewnej mangi. Rzuciłam się na nią z zapałem godnym laika-nowicjusza.
            „Mars” to piętnastotomowa opowieść o miłości między dwojgiem licealistów – Kirą i Reim. Jak to w takich historiach bywa, on jest typowym niegrzecznym chłopcem, jeżdżącym na motorze i z tym wiążącym swoją przyszłość, ona natomiast, to zamknięta w sobie pasjonatka malarstwa. Los zetknął ich ze sobą, ale nie zapomniał postawić im na drodze nieco przeszkód.
            Właściwie każdy tom to inna, osobna historia. Mam już za sobą opowieść o tym, jak szkoła zareagowała na uczucie między Kirą i Reim, historię o powstawaniu portretu zatytułowanego „Mars” (wątek malarskiej pasji głównej bohaterki uważam za jeden z najciekawszych), wprowadzenie motwu brata bliźniaka Reiego, problemów z ojcem, wątek dawnej dziewczyny motocyklisty, czy wybijającą się na tym tle historię o rajdzie Suzuka, w którym bierze udział główny bohater.
            Wszystko to trochę pachnie tandetą, jak choćby wprowadzenie postaci brata bliźniaka czy byłej dziewczyny Reiego. Ale przy tym jest też bardzo zabawne (rozmowy między bohaterami bywają mistrzowskie) i dotyka głębszych problemów – znęcania się rówieśników nad słabszym, kradzieży własności intelektualnej, problemu samobójstw wśród nastolatków, czy molestowania seksualnego. Właściwie to, co w „Marsie” słabe, da się usprawiedliwić faktem, że jest kierowany do takiego, a nie innego target, młodych czytelników, czy też raczej czytelniczek, którym wymienione przeze mnie minusy przeszkadzać nie będą. W obronie „Marsa” działa również fakt, iż to manga sprzed dekady, jedna z pierwszych, z którymi mógł się zetknąć polski czytelnik. Pewnie dlatego oszczędzono nam rzeczy dziś powszechnej – czytania do góry nogami, od tyłu. Wiem, powiecie, tak ma być, trzeba zachować klimat japońskich oryginałów, ale mnie akurat nie przeszkadzałoby czytanie mangi na europejski sposób.
            Bardzo dobrze narysowane, z dbałością o detale. Fakt, że manga jest czarno-biała zupełnie (a jestem przecież miłośniczką komiksów superbohaterskich, gdzie kolory są zwykle dość krzykliwe) nie przeszkadza. Niektóre rysunki potrafią nawet zachwycić. Tłumaczenie też niezłe, nie stwierdziłam większych wpadek, kilka drobnych potknięć, ale da się przeżyć (okazuje się, że tendencja do używania dłuższej formy zaimków istniała już przed dekadą; jak ja tego nie lubię!). Papier raczej kiepski, gazetowy, miękki, szarawy i mało estetyczny. Daleko mandze sprzed dziesięciu lat do jej dzisiejszych, pięknie wydawanych koleżanek.
            „Mars” to pozycja zdecydowanie dla nastoletnich czytelników. Zawierająca wszystkie plusy i minusy tego typu literatury. Raczej tylko dla miłośników gatunku i nastoletnich czytelniczek.     

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz