niedziela, 17 stycznia 2016

Cormoran Strike na tropie

Nigdy dotąd nie czytałam żadnej „dorosłej” powieści J. K. Rowling. Obejrzałam co prawda serial nakręcony na podstawie powieści „Trafny wybór” i byłam pod wielkim wrażeniem opowiedzianej tam historii, ale do samej książki nigdy nie zajrzałam. Podobnie było z „Wołaniem kukułki”. Książka stała na półce i bardzo długo nie mogła się doczekać na swoją kolej. Bałam się, że w twórczości Rowling dla dorosłych nie odnajdę tego, co urzekło mnie w „Harrym”.
                Cormoran Srkite jest prywatnym detektywem. Z jednej strony jego postać to kalka klasycznych prywatnych detektywów. Nie układa mu się w życiu prywatnym, właśnie rzuciła go narzeczona. Życie zawodowe też nie jest usłane różami – brak klientów, ciągła, paląca potrzeba gotówki, długi. Znamy to, prawda? W tylu kryminałach znajdowaliśmy już ten schemat. Zła passa zostaje jednak przerwana. W życiu Cormorana pojawia się nowa postać, dziewczyna przysłana z agencji pracy tymczasowej, Robin. Przez kilka tygodni ma być jego asystentką. Wreszcie trafia się też klient, John Bristow, brat słynnej supermodelki, Luli Landry, która kilka miesięcy wcześniej popełniła samobójstwo, wyskakując z okna swojego mieszkania. Brat twierdzi jednak, że to było morderstwo i zleca bohaterowi zbadanie sprawy. Cormoran nie wierzy w tę tezę, ale ponaglany przez rosnącą stertę rachunków, zgadza się przyjąć zlecenie.
                Jakie są moje refleksje po przeczytaniu pierwszego tomu przygód Cormorana Srtike’a? Dawajcie „Jedwabnika”, już, natychmiast! Chcę kontynuację! Czytając „Wołanie kukułki”, byłam pod wielkim wrażeniem. Przekonałam się, już nie jako nastoletnia dziewczynka, ale dorosła kobieta, że J.K. Rowling potrafi nie tylko wymyślać świetne historie, ale ma też doskonały warsztat. Potrafi pisać, bardzo dobrze pisać. Co stanowi o sile przyciągania „Wołania kukułki”? Właściwie trudno orzec. Mamy tu bowiem wciągającą akcję, dziejącą się w sferach angielskiego high-live. Dodajmy do tego cudowne, pełnokrwiste postacie. Zarówno główny bohater, jak i jego asystentka muszą wzbudzić zachwyt czytelnikach (kocham Robin, uwielbiam Robin, szkoda, że nie jestem jedyna, mogę się jedynie ustawić w kolejce). Dołóżmy do tego jeszcze świetne opisy. Właściwie Londyn, jego uliczki i zaułki, jak i piękne domy bogatych ludzi, studia fotograficzne i pracownie projektantów mody, został opisane tak, że wierzymy Rowling, wierzymy jej w każde zdanie opowiadanej historii. A miasto staje się pełnoprawnym bohaterem. Majstersztyk.
                Kryminały to jednak kłopotliwe książki. Nawet najlepiej napisane, mogą polec w dwóch momentach – kiedy czytelnik przed czasem domyślił się, kto zabił lub gdy rozwiązanie zagadki okazuje się zbyt trywialne. Wtedy nawet najbardziej wciągający kryminał, najlepiej napisany, jest złym kryminałem. Obawiałam się, jaką drogą podąży autorka „Harry’ego”. Na szczęście mimo zakończenia, które nie do końca mnie zadowoliło, odetchnęłam z ulgą, że udało jej się wybrnąć z twarzą.
                Cormoranowi Strike’owi mówię jednoznaczne: „tak”. Jeśli jeszcze nie czytaliście, koniecznie przeczytajcie. Ja natomiast biegnę poszukiwać dalszych tomów, żałując, że gdy zobaczyłam „Jedwabnika” w Empiku za 19,90, nie kupiłam go. Póki co czytam i czekam na ekranizację.   

2 komentarze:

  1. Przed chwilą czytałam recenzję, która przekonała mnie do tej serii, a Ty dodatkowo podsyciłaś mój apetyt

    OdpowiedzUsuń
  2. Od jakiegoś czasu nastawiam się na kupno tej książki i recenzja z pewnością mnie zachęciła do sprawdzenia. Chociaż z drugiej strony, za to co Rowling zrobila dla mnie pisząc Harrego, jestem gotowy dać jej zarobić, nawet jeślinapisze romans :-)

    OdpowiedzUsuń