poniedziałek, 20 lutego 2017

Zgniły zapach urokliwych przedmieść



„Dziewczyna z pociągu” to powieść Pauli Hawkins, która w zeszłym roku zawojowała rynek wydawniczy w Polsce. Jest to opowieść o Rachel, która co dzień jeździ do pracy pociągiem. Przez okno przedziału obserwuje pewne młode małżeństwo, na którego temat zaczyna sobie wymyślać różne historyjki. Pewnego dnia mieszkanka przydrożnego domu znika, a Rachel zaczyna zastanawiać się, czy nie była świadkiem wydarzenia, które mogłoby pomóc policji w wytropieniu zabójcy.
Powieść Hawkins jest niezła. Nie wybitna, ale niezła. To modny ostatnimi czasy thriller feminocentryczny, w którym opowieść otrzymujemy przefiltrowaną przez myśli i uczucia głównej bohaterki. W tym przypadku trzech bohaterek, których losy zostaną ze sobą nierozerwanie złączone – Rachel, zaginionej Megan i Anny, której dzieckiem zaginiona się opiekowała, i która jest jednocześnie nową żoną byłego męża Rachel.
Co trzeba Hawkins oddać, to że stworzyła bardzo interesująca gamę postaci. Rachel z jednej strony jest alkoholiczką, przedstawianą przez autorkę jako osoba wręcz odpychająca. Z drugiej wiemy o niej, że pięknie rysuje i ma niesamowitą wyobraźnię. To chyba najbardziej niejednoznaczna postać z całej trójki. Również Megan jest jednocześnie odpychająca, jak i godna pożałowania. Jedynie z pozoru kryształowa Anna, dobra matka i żona, tak naprawdę okazuje się godna pogardy. Co więcej narracja z trzech punktów widzenia daje nam wielowymiarowy obraz sytuacji. Widać jednak, że autorce zabrakło warsztatu. Wszystkie trzy bohaterki, różniące się przecież wiekiem i pochodzące z innych środowisk, posługują się dokładnie tym samym słownictwem.
Thriller Pauli Hawkins może nie trzyma bardzo mocno w napięciu, ale aż do końcowych stron trudno się domyślić, co tak naprawdę miało miejsce i kto zawinił. Jako opowieść z dreszczykiem „Dziewczyna z pociągu” może nie do końca się sprawdza, jednak jako historia obyczajowa o stereotypowym postrzeganiu rzeczywistości, broni się świetnie. Oto dostajemy historię o tym, że rzeczywistość, którą tworzymy we własnych umysłach jest zupełnie inna dla nas wszystkich. Wydarzenia się dzieją, ale ich interpretacja zależy już od indywidualnych jednostek i wszystko jest kwestią punktów widzenia. Kto jest bardziej wiarygodny – alkoholiczna, zmęczona matka czy zadbana, piękna, młoda blondynka? Czy to, co z boku wygląda na wielkie uczucie, rzeczywiście nim jest? Co tak naprawdę kryje się za fasadami pięknych wiktoriańskich domów na przedmieściach?
Jak każdy bestseller, „Dziewczyna z pociągu” natychmiast dostała się w ręce filmowców z Hollywood. Rolę Rachel powierzono Emily Blunt. Może nie pięknej, ale bardzo ładnej. Ktoś taki miał zagrać Rachel – grubą, zaniedbaną, odpychającą Rachel? Emily Blunt okazała się jednak strzałem w dziesiątkę. W zasadzie film staje się obrazem jednej aktorki. Blunt jest w nim opuchnięta, ma wiecznie zaczerwienioną twarz, a fakt, że była w ciąży, dodał jej sylwetce ciężkości i powolności. W „Dziewczynie z pociągu” trudno w Blunt poznać tę samą dziewczynę, która zagrała w „Połowiu szczęścia w Jemenie” czy choćby w „Królowej śniegu i łowcy”. Za to jak gra! Reżyser w zasadzie mógłby pokazywać tylko i wyłącznie jej twarz i to w zupełności by wystarczyło. Pełna gama emocji. 

Poszatkowanie opowieści na trzy bohaterki, które świetnie sprawdza się w książce, niekoniecznie wychodzi na dobre filmowi. Tutaj również otrzymujemy trzy punkty widzenia, co sprawia, że ostatecznie film jest chaotycznym patchworkiem, w którym w zasadzie przeskakujemy ze zdarzenia na zdarzenie. Widz nadal musi sam poskładać historię, ale przez większość seansu może czuć się zdezorientowany. Podobnie jest z napięciem. To, co w książce nie przeszkadzało, w filmie staje się poważnym minusem. Pierwsza jego część to w zasadzie dramat psychologiczny, opowieść nabiera tempa dopiero po ujawnieniu zwłok.
Czy warto polecić „Dziewczynę z pociągu”? Zarówno książkę, jak i film, tak. Książkę, bo dobrze czasem sobie uświadomić, jak potrafimy zakłamywać rzeczywistość. Film… dla Emily Blunt. Po prostu. Bo właśnie dla niej się go ogląda. Taka jest prawda.   

3 komentarze:

  1. Książkę mam zakupiona i czeka w kolejce do przeczytania. Czytając twoja recenzja, myślę, że będzie to dobra książka. Na temat filmu niestety się nie wypowiem, bo mam zamiar go dopiero obejrzeć.
    dorisssblog.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
  2. Ciekawie połączyłaś recenzję książki z opinią o filmie. Mam ten tytuł na liście do przeczytania, a szczególnie zachęca mnie nie główny wątek, ale fakt, iż wady tytułowej dziewczyny z pociągu są bardzo wyraźnie zarysowane. I tu pojawia się chęć sprawdzenia, czy autorka udźwignęła temat alkoholizmu. No i jest jeszcze perspektywa kolejnych dwóch kobiet, a to musi stanowić pewne urozmaicenie dla historii.

    Pozdrawiam :)
    Czytanie nie boli

    OdpowiedzUsuń