środa, 15 lutego 2017

Strzelając do wroga brylantami

„Dziewczyny z Powstania” Anny Herbich to jedenaście opowieści zebranych od uczestniczek Powstania Warszawskiego. Niektóre z nich były sanitariuszkami, inne należały do ludności cywilnej. Jedne walczyły, inne starały się utrzymać przy życiu siebie, swoje rodziny i dopiero co narodzone dzieci.
    Powstanie Warszawskie i słuszność decyzji o jego wywołaniu to temat trudny i kontrowersyjny. Nie ulega wątpliwości i tego nie neguję, kobiety, które przedstawiają Annie Herbich swoje relacje, wykazały się niezwykłą odwagą i odpornością psychiczną. Z całą pewnością należy je podziwiać. Niektóre z nich po prostu zostały rzucone w wir powstania, inne świadomie podjęły tę decyzję, przystępując do konspiracji. Wszystkie przeszły przez piekło.
    Nie neguję faktu, że uczestnicy Powstania Warszawskiego byli bohaterami. Tego, że wykazywali się heroicznymi czynami w parszywym, okrutnym, nieludzkim świecie. Jednakże czytając relacje uczestniczek Powstania, miałam wrażenie, że wszystkim im przeprano mózgi. Wszystkie w zasadzie mówią to samo. Halina Jędrzejewska wspomina, że była sanitariuszką. Transportowała wraz z kilkoma cywilami rannego. Gdy padły strzały, cywile się przestraszyli i chcieli zostawić rannego i uciec, by ratować własne życie. Zagroziła wtedy, że ich zastrzeli. „Czy gdyby wtedy nie posłuchali, to bym strzeliła? Tak, strzeliłabym. Są w życiu takie sytuacje, w których człowiek jest zdeterminowany i gotowy na wszystko. Wojna jest bez wątpienia jedną z nich. Ten biedny chłopak konał, a ja miałam go ratować. Za wszelką cenę. Taki miałam rozkaz i obowiązek. A to dla żołnierza Armii Krajowej były rzeczy święte” (s. 14). Nieważne, że dwaj cywile, transportujący nosze mogli zginąć. Ona miała ratować powstańca. Święty obowiązek. Rozkaz. Ślepa ufność. Żadnych pytań. Żadnych wątpliwości. Straszne.
    Większość rozmówczyń Anny Herbich wzdycha za czasami, kiedy żyły w świecie dworków ziemiańskich i pałaców, pędząc sielskie i anielskie dzieciństwo, gdy bawiły się z potomstwem pokojówek, bo przecież ich ojcowie i matki byli tacy dobrzy dla służby! Jedna z kobiet wspomina nawet, iż jej rodzina trafiła do niewoli razem z księstwem Radziwiłłami i biedna księżna Anna zachodziła w głowę, kto jej w tym małym pokoiku będzie pomagał się rozbierać. Ale przecież to był kwiat inteligencji polskiej, same najznamienitsze rody. Z jedenastu przedstawionych historii, tylko dwie kobiety miały odwagę powiedzieć, że powstanie było pomyłką, od początku skazaną na porażkę, źle przygotowaną i przeprowadzoną. Wszystkie pozostałe wciąż mają na ustach Boga, honor i ojczyznę. Wszystkie uważają, że zrobiłyby to jeszcze raz. Bo dla ojczyzny trzeba ponosić ofiary, ginąć, jeśli trzeba. Nieważne, że przy okazji całe miasto obróci się w perzynę. Cóż z tego, że zginęło tyle ludzi? Liczyło się, że walczyli. Moim zdaniem to straszny pogląd. Myślę, ze nie sztuką jest umierać. Sztuką jest żyć. Czytając „Dziewczyny z Powstania”, miałam wrażenie, że wszystkie zostały poddane straszliwej indoktrynacji, w której rzeczywistość nie przystawała do ich wyobrażeń. Młodzi chcieli walczyć. Zadaniem dorosłych było im uświadomić, że walka to nie jest śpiewanie powstańczych piosenek, lecz krew i ból, a tymczasem puszczali ich z Bogiem na ustach na śmierć. Banda młodych, nieświadomych zapaleńców, pociagneła za sobą biedną stolicę, a dorośli ich do tego zachęcali. To był rodzaj zbiorowej paranoi, od samego początku skazanej na porażkę. Dowód na to, że Polacy zawsze robią wszystko „na hurra”. Najpierw rzucą się umierać, bo „Bóg, honor i ojczyzna”, a dopiero potem zastanowią się nad konsekwencjami.  Nie jest sztuką zginąć, strzelać do wroga z brylantów, gdy nie ma się jak i czym walczyć. Sztuką jest przeżyć, przetrwać i nieść dalej pamięć o tym, co się stało.
    Mimo, że darzę wielkim szacunkiem uczestników Postania Warszawskiego i doceniam to, co zrobili dla Polski, mam wrażenie, że nie potrafią przyznać, że się pomylili, a cała ta sprawa była wariactwem. Poza tym, o co tak naprawdę walczyły, skoro dziś niemal zgodnym chórem twierdza, iż dzisiejsi ludzie są gorsi, głupsi, a prawdziwie życie istniało tylko w okresie II Rzeczpospolitej? A dzisiejsza Polska nie zna honoru, patriotyzmu i świętego prawa własności. I kto wie, biorąc pod uwagę niniejszy tekst, może nawet tak jest.

2 komentarze:

  1. Czytałam tę książkę i moim zdaniem jest genialna. Bardzo mi się podobała i będę czytała pozostałe książki Pani Anny Herbich.
    Pozdrawiam :)
    www.differentworldsofficjal.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
  2. Wspaniała książka, ale przede wszystkim niezwykłe dziewczyny i kobiety!

    OdpowiedzUsuń