środa, 8 lutego 2017

3 x Langdon


Kiedy dziesięć lat temu na ekrany kin wchodził pierwszy film o Robercie Langdonie, panował wokół niego wielki szum medialny. W Polsce dostojnicy kościelni szli na niego tłumnie, by potem odżegnywać film od czci i wiary i grozić z ambony, że pójście do kina zostanie biednym owieczkom poczytane za grzech. A jak wiadomo, zakazany owoc smakuje najlepiej, więc bardziej to filmowi pomogło, niż zaszkodziło. Kilka lat później pojawiła się kontynuacja w postaci „Aniołów i demonów”. Również tę książkę czytałam, ale do adaptacji filmowej jakoś mnie nie ciągnęło. Zobaczyłam ją dopiero ostatnio, gdy ukazało się wydanie DVD „Inferno”. Postanowiłam wtedy zapoznać się z całą trylogią o profesorze.
Pamiętam, że kiedy byłam nastolatką, „Kod” zrobił na mnie ogromne wrażenie. Zarówno książka, o której zawzięcie dyskutowałam z moim nauczycielem etyki na lekcji religii, jak i film. Poza tym posiadał dodatkowe wabiki w postaci Toma Hanksa (przecież Tom Hanks jest jak pudding, wszyscy lubią Toma Hanksa), Audrey Tautou (byłam krótko po obejrzeniu „Amelii” , na etapie „chcę obejrzeć wszystkie filmy Tautou”) i Iana McKellena (Gandalf!)
Gdy zabrałam się za niego teraz, dekadę później, już mi się taki dobry nie wydał. Owszem, pozostała genialna obsada, piękne dzieła sztuki i świetne plenery. Poza tym to nadal moja ulubiona historia ze świata Langdona. Choć przyznaję, że nie jest ani tak wciągająca, ani tak wzbudzającą dreszczyk emocji, jak dziesięć lat temu mi się wydawało.
„Anioły i demony”  obejrzałam w tym roku po raz pierwszy. Książkę czytałam zaraz po ukazaniu się, więc również około dziesięć lat temu. Mgliście pamiętałam zarys historii. Uznaję ten film jednak za najlepszy z całej trylogii. Niezła intryga, napięcie, którego w „Kodzie” niestety nie uświadczymy. A do tego wszystkiego Wieczne Miasto i przepiękne posągi Berniniego oraz archiwum watykańskie. Dorzućmy jeszcze dwa polskie smaczki, oglądając, poszukajcie.
„Inferno” z kolei czerpie z „Piekła” Dantego. To jedyna z książek o Langdonie, której nie czytałam. I o ile nieznajomość treści książek w niczym nie przeszkadza w przypadku dwóch poprzednich filmów, to historia przedstawiona w „inferno” bez znajomości powieści rozłazi się w szwach. Twórcy postanowili zafundować Langdonowi wstrzyknięcie środków wywołujących halucynacje, przez co czasami trudno połapać się w przedstawionej historii. Jest tempo, dużo się dzieje, ale opowieść staje się chaotyczna i dla tych, którzy nie czytali Browna, chwilami niezrozumiała. W pewnym momencie nie wiadomo już, kto kogo goni, kto przed kim ucieka i o co w tym
właściwie chodzi. Bardzo trudno też określić, kto jest dobry, a kto zły. Mierzi zmiana zakończenia w stosunku do tego, które przedstawiono w książce. Ale to oczywiście Hollywood. Jeśli w życiu zamiast cukierka od nieznajomego otrzymasz kopniaka, to nie jest to dla nich dobra historia. Nie zawodzą jedynie Tom Hanks i Felicity Jones, ale to trochę za mało dla niemal dwugodzinnego filmu.
Jeśli miałabym uszeregować filmy o Langdonie, powiedziałabym, że najlepsze są „Anioły i demony” (niezła historia, dobre tempo, napięcie, iluminaci). Następnie „Kod da Vinci” (świetna trójka głównych aktorów, dobra historia, piękne obrazy, niestety brak napięcia). „Inferno” plasowałoby się na samym końcu (coraz mniej Langdona w Langdonie, dziwaczne halucynogenne wizje, chaotyczna historia i Dantego jakby bardzo mało).    

2 komentarze:

  1. Filmy są dobre, ale jakoś nie Tom Hanks nie pasuje mi do roli Langdona ;)

    OdpowiedzUsuń
  2. Czytałam wszystkie książki i oglądałam filmy i podobnie jak Ty, uważam, że najlepszą adaptacją filmową był film "Anioły i demony". Ale ogólnie trzeba przyznać, że filmy źle nie wypadły, mi się bardzo dobrze każdy oglądał, choć często jest tak, że film jest dużo, dużo gorszy od oryginału książkowego.
    Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń