piątek, 7 kwietnia 2017

Bez rewelacji



Olga Rudnicka znana jest jako autorka lekkich powieści z wątkiem kryminalnym. Mimo młodego wieku ma na swoim koncie kilkanaście powieści - „Zacisze 13”, „Cichy wielbiciel”, „Diabli nadali”, „Fartowny pech”, „Granat poproszę”. „Martwe jezioro” to jej debiut literacki.
            Beata wynajmuje prywatnego detektywa, gdyż podejrzewa, że jej rodzice niekoniecznie są jej rodzicami. W wieku osiemnastu lat wystawili jej walizki za drzwi i kazali radzić sobie samej. Gdy po latach milczenia z obu stron dziewczyna dostaje zaproszenie na ślub siostry, wietrzy podstęp.
            Wiem, że Olga Rudnicka ma swoich zagorzałych fanów. „Martwe jezioro” to druga książka autorki, którą  mam okazję czytać i podobnie jak poprzednia, nie zrobiła na mnie wrażenia. Nazwanie książek pani Rudnickiej kryminałami, to grube niedopowiedzenie. „Martwe jezioro” to powieść obyczajowa z wątkiem… hmmm, sama nie wiem do końca jak to określić, ale bardziej sensacyjnym, niż kryminalnym. Czyta się ją przyjemnie, ale nie można nie zwrócić uwagi, że wydarzenia są mało autentyczne, postaci płaskie i papierowe, a dialogi tchną sztucznością. Główna bohaterka i otaczający ją ludzie są dobrzy, sympatyczni, prawi. A cała reszta jest „be”. Żadnych, absolutnie żadnych odcieni szarości. Bogaci oczywiście piją na umór, ćpają i robią przekręty finansowe. A biedni zawsze mają dobre serca, są otwarci, pomocni i każdego przyjmą w poczet własnej rodziny. Już nie mówiąc o tym, że w świecie Olgi Rudnickiej strażacy mogą zakładać firmy komputerowe, a na główną bohaterkę lecą wszyscy napotkani faceci. I mój ulubiony motyw. Ponieważ rodzice okazywali jej oziębłość, Beata wysnuła z tego wniosek, że albo matka miała romans, albo jest adoptowana. Nie ma ku temu żadnych innych przesłanek. Żadnych. A jednak z tym dowodem, za przeproszeniem, z dupy, idzie do detektywa.
            Przyznam, że nie rozumiem fenomenu pisarstwa Olgi Rudnickiej. Nie wiem, skąd taki szał na te książki. Nie mają porywającej fabuły, nie są też dobrze napisane, tego sławetnego humoru też w nich jak na lekarstwo. Ot, zagadka.    

1 komentarz:

  1. Ooo, co prawda ja czytałam "Były sobie świnki trzy", które uważam za naprawdę przyjemną lekturą. Bardziej komedia kryminalna, niby w stylu Chmielewskiej, ale nie naśladująca Chmielewskiej. W każdym razie, ja jeszcze pewnie po Jej książki sięgnę, może bez zachwytów, ale żeby się przyjemnie odmóżdżyć.

    OdpowiedzUsuń