wtorek, 12 września 2017

Cormoran i Drozd na tropie Kukułki



„Wołanie kukułki” ukazało się w 2013 roku i stanowiło pierwszy tom przygód Cormorana Strike’a, byłego żołnierza, syna gwiazdora muzyki rockowej i prywatnego detektywa. W następnych latach na rynek wydawniczy trafiły także „Jedwabnik” oraz „Żniwa zła”. O wszystkich trzech książkach pisałam na łamach Biblioteki Edgara. Gdy publikowałam trzecią ze wspomnianych recenzji, wiadomo już było, że BBC nakręci ekranizację przygód londyńskiego detektywa. I cóż? „Strike. Wołanie kukułki”, trzyodcinkowy serial, miał swoją premierę pod koniec sierpnia.
            Cóż mogę powiedzieć? Na początku tyle, że kocham historyjki o Strike’u, więc z całą pewnością nie jestem obiektywna. Mam świadomość, że kryminalnie nie stoją na najwyższym poziomie, że to raczej historie obyczajowe z wątkiem kryminalnym, niż rasowe powieści detektywistyczne. Ale dla mnie te historie zawsze opierały się przede wszystkim na fenomenalnie napisanych bohaterach – zarówno Cormoranie, jak i jego asystentce, Robin, o której sama Rowling mówi, że jest najlepszą spośród napisanych przez nią postaci. Nie sposób się z nią nie zgodzić. Tylko, czy dobrze napisane postaci wystarczyły, by pociągnąć tę historię?
           
W pierwszej odsłonie swoich przygód Cormoranowi przyjdzie zmierzyć się z samobójstwem supermodelki, Luli Landry. Czy też może z jej zabójstwem. Tak w każdym razie twierdzi brat zmarłej, który zjawia się u detektywa, by zlecić mu zbadanie sprawy. Czy Lula sama wyskoczyła, czy ktoś jej pomógł?
            Serialowi bohaterowie dość dobrze oddają książkowe pierwowzory. Tom Burke jest dość postawny i miśkowaty, wzbudza respekt. Choć moim zdaniem jest zbyt przystojny jak na Cormorana. Patrząc na Holliday Grainger można mieć wrażenie, że taka mogłaby być Robin Ellacott wyciągnięta wprost z kart powieści. Z tym, że oboje wydają się nieco zbyt mało charyzmatyczni. Książkowe pierwowzory miały w sobie znacznie więcej życia. Tych dwoje tylko snuje się po ekranie, a widz ani im nie współczuje, ani nie kibicuje. Są mu doskonale obojętni.
A może to w ogóle jest kłopot całego tego serialu? Ma w sobie mało ikry. Wydarzenia się dzieją, ale jak na kryminał mało w tym wszystkim akcji. Ma się wrażenie, że śledztwo dotyczące Luli Landry schodzi na dalszy plan, zepchnięte w cień w stosunku do zatargów Cormorana z Charlotte, ojcem, siostrą oraz kłopotów Robin namnożonych wokół zmiany miejsca zamieszkania.
            Plusem jest niewątpliwie przedstawienie miasta. Nieodłączną częścią książki były małe zadymione puby, bary, ale też prywatne domy, bogate apartamenty i ekskluzywne sklepy. I tutaj wszystko to dostajemy, łącznie oczywiście ze sztandarowym w przypadku Strike’a „Tottenham”.

            Gdyby do następnej odsłony przygód Cormorana, „Jedwabnika”, wprowadzić więcej akcji, byłoby już bardzo dobrze. A tak jest tylko dobrze. Chwilami nudnawo, chwilami zabawnie („Dzisiaj jest dzień zupy”). Ja jednak obejrzałam z przyjemnością i odczuwam niedosyt. Czekam na więcej!       

4 komentarze:

  1. Nie czytałem,ale sądząc po opisie na pewno by mi się spodobała,bo lubię takie książki. Jeśli kiedyś znajdzie się w zasięgu mego wzroku na pewno po nią sięgnę. Pozdrawiam cię serdecznie i zapraszam do siebie stasiekgorny.blogspot.com Będzie mi bardzo,bardzo miło jeśli zaobserwujesz i zostawisz komentarz :-)

    OdpowiedzUsuń
  2. Oczywiście obserwację również u mnie masz :-)

    OdpowiedzUsuń
  3. Nie wiem czy chcę się zmierzyć z serialem, chociaż książki trafiły w mój gust ;)

    OdpowiedzUsuń
  4. Czytałam na razie dwie części. Ale nie oglądałam! I na pierwszy rzut oka rzeczywiście zgadzam się z Tobą co do aktorów. Nie wiem czemu, ale Cormoran kojarzył mi się z jakąś blizna na twarzy... Ale zgadzam się, że w serialu jest za przystojny! :)

    OdpowiedzUsuń