Jest tylko jednorożec i właśnie jego nie ma



Kilka dni temu na stronie bloga na Facebooku wspomniałam już, że piątego kwietnia na platformę Netflix trafił film w reżyserii Brie Larson, „Sklep z jednorożcami”. Parę dni wcześniej, przeglądając listę kwietniowych zapowiedzi, trafiłam na ten film, a ponieważ zaintrygował mnie tytuł i z reguły nie omijam niczego, co „końskie”, od razu w piątkowy wieczór zasiadłam przed ekranem.
            Kit jest młodą kobietą, którą poznajemy w momencie, gdy zostaje wyrzucona z uczelni artystycznej. Jej zamiłowanie do jaskrawych kolorów i brokatu źle rezonowało z podejściem wykładowców. Kit, bez pracy i perspektyw na przyszłość, zostaje zmuszona, by wrócić do domu rodziców. Ci natomiast wciąż stawiają jej za wzór znacznie bardziej ogarniętego życiowo kolegę z lat dziecinnych – Kevina. Podłamana Kit postanawia wyrzucić na śmietnik historii wszystko to, czego pragnie i przeistoczyć się w osobę prawdziwie dorosłą, co w jej mniemaniu oznacza wyrzucenie wszystkich maskotek, założenie przyciasnej garsonki matki i dostanie nudnej pracy w wielkim korpo, gdzie przez cały dzień zajmuje się… robieniem ksero. Tak jest aż do momentu, gdy Kit otrzymuje zaproszenie do Sklepu, w którym Sprzedawca obwieszcza jej, ze dostanie na własność jednorożca, jeśli tylko spełni kilka warunków. 


            Debiut reżyserski Brie Larson, doskonałej aktorki (Oscar za rewelacyjną rolę w filmie „Pokój”, kto nie widział natychmiast nadrabia) wypada nieźle. Mamy tu właściwie prostą fabułę o dążeniu do realizacji własnych marzeń oraz o tym, że nie należy rezygnować z tego, kim się jest tylko po to, by spełnić oczekiwania innych ludzi. Jest to też film, który ludziom, starającym się być aż do szpiku kości dorosłymi, powinien przypomnieć, że nawet osobom z bagażem doświadczeń potrzeba jest w życiu odrobinę magii i zwyczajnej radości. To film, który w spokojny i zabawny sposób opowiada o tym, że dorosła kobieta ma prawo lubić maskotki Troskliwych Misiów i brokat i nie powinna się z tym kryć. Jest to wreszcie film o potrzebie zrozumienia dla małych ludzkich dziwactw. Bo jeśli one nikogo nie krzywdzą, to dlaczego inni na silę starają się nam ich zabronić? Jest to film o tym, jak ważne jest, by akceptować swoje dziecko, a nie próbować na siłę uczynić je takim, jakim chce się je widzieć. Jest też to wreszcie film o tym, że czasami w życiu, by coś zmienić, trzeba się po prostu odważyć.
            Dla mnie jest to przede wszystkim film o tym, jak współczesny świat widzi osobę dorosłą. „Dorosły” to właśnie ten, który na co dzień wbija się w garniak lub garsonkę i popyla do pracy w korpo, uczestniczyć w wyścigu szczurów. „Dorosły” to z całą pewnością nie ten, który kolekcjonuje figurki pop i uczestniczy w konwentach, przebierając się za Kapitana Amerykę. Dorosły to nie ten, który ni z tego, ni z owego przychodzi do swojej dorosłej pracy w tęczowych włosach. Nie, wręcz przeciwnie. Film przypomina nam wyraźnie, że dorosłość to nie jest tylko zarabianie pieniędzy i robienie kariery. Dorosłość to ponoszenie porażek i podnoszenie się. Dorosłość to układanie sobie życia wciąż na nowo, jeśli zachodzi taka potrzeba. Dorosłość to odwaga bycia sobą. A wreszcie dorosłość to oddanie komuś swojego jednorożca, bo czujemy, że już się pozbieraliśmy i już nie potrzebujemy go tak bardzo jak ta druga osoba. Choć przecież całe Zycie tak bardzo pragniemy go mieć.  
            „Sklep z jednorożcami” to film zaledwie dziewięćdziesięciominutowy. A naprawdę próbuje opowiadać o wszystkim tym, co wymieniłam. To oznacza też, że każdy z tych tematów traktuje nieco po macoszemu. Gdyby wziął sobie na warsztat nieco mniej problemów, zdecydowanie wyszłoby mu to na dobre.
            Próżno szukać w „Sklepie z jednorożcami” ról na miarę „Pokoju”. Widać jednak, że Brie Larson i Samuel L. Jackson świetnie się swoimi kreacjami bawią, a to wystarcza, by swoją pozytywną energię przekazali także widzom.
            „Sklep z jednorożcami” to film bardzo prosty i kameralny będący przyjemnym seansem na wieczór. Zwłaszcza dla tych, którzy potrzebują sobie poprawić samopoczucie. Za Brie Larson i jej przyszłe poczynania jako reżyserki i aktorki będę trzymać kciuki. Bo jest utalentowana, bo ma odwagę bronić swoich poglądów, narażając się na ostracyzm. Bo ma klasę. Jestem przekonana, że może nam jeszcze sporo zaproponować. A ja tymczasem idę przeliczyć wszystkie moje popy, bo nie jestem przekonana, czy któryś nie uciekł, by zagrać w „Toy Story”.  

Komentarze

  1. Świetny wpis. Bardzo, bardzo mi się podobał. Film wydaje mi się bardzo zachęcający. Też jestem za jednorożcami. Strasznie mi się spodobała na początku zwiastuna ta kolorowość bohaterki. Też muszę sobie kiedyś zrobić takie tenisówki popryskane farbą :) I twarz :)

    Pozdrawiam serdecznie. Idę popaść jednorożca.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bardzo serdecznie dziękuję za miły komentarz i czas poświęcony na przeczytanie wpisu. A film naprawdę polecam. My nigdy nie do końca dorośli musimy trzymać się razem. Serdeczności :).

      Usuń

Publikowanie komentarza

Popularne posty

Etykiety

Pokaż więcej