Avengers. Koniec gry [spoilery]


„Avengers: Koniec gry” to zdecydowanie koniec jakiejś epoki, zwieńczenie dziesięciu lat starań różnych reżyserów, domknięcie historii kilkunastu bohaterów i odpowiedź na oczekiwanie milionów widzów, którzy zdążyli pokochać owe postaci.  „Avengers: Wojna bez granic” pozostawił nas z otwartym zakończeniem, a „Koniec gry” miał być ostatecznym domknięciem. Czy był?
            W sytuacji, gdy pewien tyran postanowił wybić połowę populacji, by rzekomo ocalić resztę, jedyne, co można zrobić, to postarać się odwrócić skutki jego działania. Gdy okazuje się to niewykonalne, obserwujemy, jak grupa niezwyciężonych dotąd bohaterów, radzi sobie z faktem, że oto nie dała rady czegoś naprawić. Thor pogrąża się w depresji. Nie chce być już bohaterem. Za dużo w tym celu poświęcił – rozstał się z Jane, utracił matkę, brata, oko. Teraz chce już tylko siedzieć na kanapie, drapać się po brzuchu i żłopać kraftowe piwo. Chce być człowiekiem, nie bogiem. Nie ma już ochoty być odpowiedzialny za kogokolwiek. Kapitan Ameryka wręcz przeciwnie. Sensu swojego istnienia będzie upatrywał w pomaganiu innym, ale już nie jako bohater. Jako bohater zawiódł. Teraz chce być bliżej ludzi. Wciąż wszystkim powtarza, że trzeba sobie radzić, trzeba żyć dalej. Mimo, że sam ewidentnie natrafił na sytuację, w której sobie na radzi. To dla niego o jeden raz za dużo, nie potrafi już żyć dalej. Natasha z kolei kurczowo uchwyciła się przeszłości, kultywuje tradycje drużyny, której już nie ma, gdyż jak sama mówi, „jest to jedyny dom, jaki ma”. A swoją drogą, jak pokazać, że Czarna Wdowa ma się kiepsko? Zabronić jej farbowania włosów. Clint po utracie całej rodziny skupił się na wybijaniu ludzi, którzy jego zdaniem nie zasłużyli na to, by nie zostać wymazanymi. Bruce wreszcie pogodził się z Hulkiem i stali się jednym. Paradoksalnie najlepiej z całą sytuacją poradził sonie Tony Stark. Żył dalej. Ożenił się, założył rodzinę. I tylko śmierć Spidermana ciążyła mu na sumieniu. W takim położeniu znajduje ich Scott Lang, który mówi, że jeszcze nie wszystko stracone. Można jeszcze raz spróbować. 

            Choć czuć w filmie, że gra toczy się o bardzo wysoką stawkę i jest w tym wszystkim coś niesamowicie ostatecznego, a niektóre sceny naprawdę łapią za serce (jak choćby ta, kiedy Scott przechadza się wśród obelisków z nazwiskami poległych), „Koniec gry” jest też dużo śmieszniejszy, niż poprzednia część. I to zaskakuje, bo skonstruowano go tak, że dowcip nie kłóci się tu z ową ostatecznością, zaznaczoną nawet w samym tytule. A przyznać trzeba, że dowcip był tu potrzebny. Ostatecznie przecież żegnamy bohaterów, którym poświęciliśmy wiele godzin z naszego życia. Patrzyliśmy jak się zmieniali, jak dojrzewali. Stawaliśmy po różnych stronach w razie konfliktów. A teraz doczekaliśmy momentu, gdy mogliśmy zobaczyć, że Kapitan wreszcie pocałował Peggy, a Tony był szczęśliwy u boku Pepper. Czas otwierać szampana i się rozejść? No właśnie, nie bardzo.
              Wieloletni widz filmów Marvela podczas seansu „Końca gry” otrzymuje swoje małe nagrody. Reżyserzy puszczają do niego oko, ewidentnie mówiąc: „Widziałeś wcześniejszy film, będziesz wiedział”. I tak otrzymujemy choćby ponowne spotkanie z Jane Foster, matką Thora, mentorką doktora Strange’a. Widzimy na ekranie „dowód, że Tony Stark ma serce”, który Iron Man podarował Pepper w swoim pierwszy filmie… 11 lat temu. Otrzymujemy nawet króciutkie spotkanie z ledwo zawiązaną drużyną Avengers. Granie siebie samych sprzed siedmiu lat wychodzi aktorom naprawdę świetnie. Mogli na tych scenach polec, a tymczasem wszyscy pokazali na co ich stać, doskonale się bawiąc. A żart o pierwszym kostiumie Kapitana bezcenny. Otrzymujemy także dwa bardzo ważne powroty. Tony ma szansę wyjaśnić sobie pewne kwestie z Howardem, swoim ojcem, natomiast Kapitan, podczas wykonywania misji, niechcący wchodzi do gabinetu Peggy Carter i dzięki temu możemy ją jeszcze raz zobaczyć. Osobiście bardzo mnie to ucieszyło, bo ogromnie lubię tę postać. Wszystkie te zabiegi uświadamiają nam jednak jak przez lata rozrastał się ten świat i jak przeogromny się stał. 

            Jeszcze kilka słów o postaciach kobiecych (wybaczcie, nie mogę sobie darować). Czarna Wdowa jako jedyna kobieta tworzyła główny skład Avengers. A tymczasem, co scenarzyści dla niej mieli? Przez dziesięć lat znęcali się jedynie nad jej włosami, obdarowując ją koszmarnymi fryzurami i wikłając bohaterkę w romanse z kolejnymi męskimi członkami obsady. Przez chwilę próbowano jej nadać głębi, opowiadając o jej przyjaźni z Clintem oraz przeszłości w Rosji, ale nie była to opowieść, na którą ta postać zasługuje. Kapitan Marvel. Rozumiem, dlaczego jest jej w filmie tak mało i dla samej historii to bardzo dobrze, ale chciałabym jej na ekranie więcej. Bardzo żałuję, że pozbawiono nas sceny, w której przylatuje na Ziemię i poznaje drużynę. Film zdecydował się na wersję „wszyscy doskonale wiemy, kto kim jest i już się znamy”, co mnie mocno zabolało. Scarlet Witch otrzymuje zaledwie jedną scenę z Thanosem, w której zostaje przez niego wyśmiana: „Nawet nie wiem, kim jesteś”. Wasp praktycznie nie ma. Tylko Gamora i Nebula mają tu bardziej znaczące role, co jest przykre, bo członkinie Avengers odstawia się na bok, by promować nowych Strażników Galaktyki. Zresztą przywrócenie do życia Gamory, poprzez wyciągnięcie z czasu jej wcześniejszej wersji, przy zabiciu Wdowy, wydaje się tandetne i złe. Ot, Gamory potrzebujemy do następnego filmu, a pierwotną drużynę Avengers wygaszamy, więc wybaczcie. W tym momencie kartki scenariusza szeleszczą aż miło. W sumie wiedząc to wszystko, moment, kiedy podczas bitwy w kadrze ustawiono wszystkie bohaterki Marvela, wydaje się raczej tandetny niż znaczący. Jakby komunikowali „są, ale nie mamy dla nich żadnych znaczących zadań”. 

            „Koniec gry” jest dokładnie tym, co zapowiadał tytuł. Końcem. Pożegnaniem. Odejściem pewnych bohaterów. Ale też podziękowaniem. Laurką wystawioną widzom. Ludziom, którzy wiedzieli, że to „zegarek siostry kolegi, limitowana edycja, zepsujesz, odkupujesz”. I był to koniec ładny. Podniosły, wzruszający, nieco zabawny. Ale był to też początek. Bo każdy koniec, jest też początkiem czegoś nowego.

PS Przyznajcie się, w jakie figurki funko pop pobiegliście się zaopatrzyć, wiedząc, że tego bohatera nigdy już nie zobaczycie? (Odpowiedź: ja nabyłam Wdowę i Kapitan Marvel. Wzięłabym jeszcze agent Carter, ale ma kosmiczną cenę).
                                                                                                                   

Komentarze

  1. Film oglądałam, faktycznie postacie kobiece zdecydowanie odgrywają zbyt małą rolę. Ale ogólnie film zrobił na mnie dobre wrażenie

    OdpowiedzUsuń

Publikowanie komentarza

Popularne posty

Etykiety

Pokaż więcej