Pierwsza (i nie pierwsza) superbohaterka
Przyznaję,
mocno trzymałam kciuki, by pierwszą bohaterką MCU, która otrzyma własny film,
była Czarna Wdowa. Uważałam (i nadal jestem tego zdania), że to bohaterka,
która pojawiła się już w tylu filmach jako postać drugoplanowa, iż zasłużyła na
swój własny film (choćby przez zasiedzenie). Potem poznałam Scarlet Witch i
poprzednia Scarlett musiała jej ustąpić miejsca w moim sercu. Ale i ona, potężna
wymiataczka, nie otrzymała zielonego światła do solowych występów (no ok,
dostanie własny serial na Disney+ i to jest cudowna wiadomość, bo Elizabeth
Olsen jest wspaniała). Wreszcie gruchnęła wiadomość, że swój własny film,
pierwszy superbohaterski film z kobietą w tytule otrzyma Kapitan Marvel. Choć z
samą bohaterką nie miałam wcześniej styczności, to lubiłam aktorkę mającą się w
nią wcielić, a poza tym, hej, to nadal miał być film o kobiecie, więc za samo
to plus na starcie.
![]() |
Kapitan Marvel |
Carol Danvers jest bohaterką, która
ma potencjał, tego jej odmówić nie można. Ma zestaw mocy stawiających ją ponad
większością znanych nam bohaterów. Teoretycznie jak przywali, to pozamiatane.
Poza tym do roli wybrano naprawdę pierwszorzędną aktorkę, która ma na koncie
Oscara za film „Pokój”. Na dodatek partnerować jej miał Samuel L. Jackson. Czy
to wystarczyło, by z „Kapitan Marvel” zrobić dobry film? I tak, i nie.
![]() |
Scarlet Witch |
Zdecydowanym plusem jest też
aktorstwo. Brie Larson jako Kapitan Marvel sprawdza się świetnie, bardzo ją
polubiłam w tej roli (choć nadal moim absolutnym numerem jeden pozostaje
Scarlet Witch). Samuel L. Jackson jako młodsza i wygładzona wersja Nicka
Fury’ego wydaje się świetnie bawić. Poza tym w tym filmie udowadnia, że potrafi
mieć chemię nawet z kotem.
Kolejnym plusem są zdecydowanie
wszelkie mrugnięcia do fanów. Znaczy ja przynajmniej takie nawiązania lubię. Świadczą
o tym, że doskonale wszyscy wiemy, w co się bawimy i w jaką gramy grę. I tak,
dowiemy się choćby w jaki sposób Nick Fury stracił oko, dlaczego drużyna, która
w 2012 roku uratowała Nowy Jork, nosi miano Avengers.
![]() |
Czarna Wdowa |
Choć z drugiej strony nie był to
wybitny film. Fabuła jak na każdą genezę przystało. Kim jest Carol, co się
stało, że otrzymała moce, kim są jej przyjaciele, a kim wrogowie. Trochę
nawiązań do różowych lat dziewięćdziesiątych, bo wiadomo, powiew nostalgii
zawsze w cenie. A na koniec obowiązkowa rozwałka z dużą ilością efektów
specjalnych. Zatem trochę
przewidywalnie, trochę nudno z powodu różnych dłużyzn, a antagonista płaski tak
bardzo, że nie ratuje go nawet twarz Jude’a Law.
Ostatecznie „Kapitan Marvel” bliżej
do ja wiem… filmów z początkowej fazy. Uplasowałaby się ładnie gdzieś między
„Kapitanem Ameryką: Pierwszym starciem”, filmami Raymiego i „X-menami” (i tak,
wiem, że tylko pierwszy z wymienionych zaliczany jest do MCU). O mogłaby też zupełnie spokojnie stanąć obok
„Black Panthera”. Wiem, że wielu z was się ze mną nie zgodzi, bo uznajecie film
o władcy Wakandy za znacznie lepszy niż w moich oczach, ale to właśnie tego
typu film. Ot, poznaj kolejnego bohatera. Ale dziś, gdy dostaliśmy takie filmy
jak „Kapitan Ameryka: Wojna bohaterów” czy „Infinity War” to już chyba trochę
za mało.
Komentarze
Prześlij komentarz