czwartek, 3 lipca 2014

Czy przyciąganie "Grawitacji" nie zawiodło?



Słyszałam same dobre słowa o „Grawitacji”. Film dostał nawet parę Oscarów. Obejrzałam i co się okazało? Cóż, na pewno potrafi zdołować, to bez dwóch zdań.
            Bohaterką filmu jest doktor Ryan Stone, która zostaje wysłana na stację Explorer żeby zainstalować tam prototyp nowego urządzenia. Pech chciał, że w trakcie misji bazę bombardują odłamki rosyjskiej satelity. Na skutek bombardowania giną wszyscy członkowie misji, poza doktor Stone. Badaczka rozpoczyna dramatyczną walkę o przetrwanie.
            „Grawitacja” jest w zasadzie filmem jednej aktorki. Filmem Sandry Bullock. Nie można Bullock odmówić, że jest bardzo dobrą aktorką z dużym dystansem do siebie (gdy otrzymała Złotą Malinę nie tylko pojawiła się na rozdaniu nagród, ale też wręczyła wszystkim obecnym na gali krytykom DVD z filmem, twierdząc, że go chyba nie oglądali). Otrzymała także Oscara za rolę w „Wielkim Mike’u”, filmie moim zdaniem bardzo przyjemnym, choć nie wybitnym. Jeśli chodzi o mnie, Sandra Bullock pozostanie już zawsze Lucy z „Ja cię kocham, a ty śpisz”.  Po tej obszernej dygresji wróćmy do głównego tematu. „Grawitacja” jest filmem, którym Sandra Bullock całkowicie zawładnęła, pozostawiając w tyle nawet pięknego Gorge’a C. I nie mówię tu wcale o fakcie, że przez godzinę na ekranie widzimy tylko ją, miotającą się z jednej tragicznej sytuacji w drugą. Bullock gra tak, że podczas seansu można załapać totalnego doła. Przecież ta biedna Stone tak bardzo się stara, tak bardzo pragnie żyć. Nawet człowiek, na którego kino nie oddziałuje emocjonalnie, musiałby (no musiałby!) zacząć jej współczuć. „Grawitacja” jest opowieścią o dramatycznej walce o przetrwanie, o zmaganiach z samym sobą oraz o tym, ile jesteśmy w stanie znieść, by przetrwać.

            „Grawitacja” jest niewątpliwie piękna wizualnie. Ujęcia kosmosu rzeczywiście niesamowite. Tyle, że mimo, iż ujmujący i szarpiący emocjami, to tak naprawdę jest to film pusty niczym wydmuszka. Mocniej naciśniesz i skorupka pęka, odsłaniając pustkę. Ryan Stone miota się od jednej stacji kosmicznej do drugiej, mnożą się trudności, które stają na jej drodze. Paczkują niczym drożdże również scenariuszowe absurdy. Bohaterka powtarza, że nie ma już tlenu, a mimo to funkcjonuje jeszcze jakiś czas bez niego (klasyczne „zabili go i uciekł”), w chińskiej stacji, do której w końcu dociera, wiatr hula i ani jednego astronauty. Już nie mówiąc o tym, że po takiej ilości odbić i uderzeń, jakie zalicza, powinna umrzeć od urazów wewnętrznych, a tymczasem (uwaga spojler!) ona wyczołguje się ze statku, wstaje i odchodzi na własnych nogach (sic!).
            „Grawitacja” jest w zasadzie filmem dla fanów Sandry Bullock i tych, którzy lubią historie o kosmosie. A pozostałe tygryski? Nie wiem, czy znajdą w nim coś, co uda im się polubić. Koniec końców - obejrzeć można, jeśli ktoś ma wolne 90 minut, z którymi nie ma co zrobić. Ale tylko raz, bo to nie jest film, do którego chce się wracać. 

3 komentarze:

  1. Witam!
    Miła recką, choć muszę przyznać, że osobiście byłem pod dużo większym wrażeniem tego filmu. Uważam, że akcja jest poprowadzona wręcz genialnie. Wielu mogłoby się uczyć od twórców "Grawitacji". Akcja zaczyna się już po 5-10 minutach seansu (nie pamiętam dokładnie, film widziałem w okolicach premiery) i już do końca cały czas coś się dzieje. A mimo to i tak udaje się bardzo dobrze przedstawić główną bohaterkę. Nie jest tylko kobitką w kosmosie, a człowiekiem z krwi i kości, ze swoją historią i problemami pozostawionymi na Ziemi. Clooney mimo, że więcej go nie ma niż jest, gra fantastycznie. Choć pojawia się krótko, nie da się nie lubić postaci przez niego wykreowanej. Film nie jakiś ambitny, ale bardzo, bardzo dobrze zrealizowany.
    Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
  2. Mnie również ten film rozczarował. I ta zwyciężająca na końcu amerykańskość ... O wiele więcej się spodziewałam.

    OdpowiedzUsuń
  3. Wzrokowo film rzeczywiście przyciąga i chyba na tym polega jego jedyny urok. Jednym się spodoba a drugich rozczaruje, na pewno nie jest arcydziełem.
    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń