wtorek, 27 czerwca 2017

Rudnicka na bis



Mam za sobą dwie kolejne książki Olgi Rudnickiej. Pisałam już o obu tomach „Zacisza” oraz „Martwym jeziorze”. Wszystkie trzy pozycje raczej mi się nie podobały. Tym razem na warsztat wzięłam „Lilith” i „Cichego wielbiciela” i odkryłam, że książki Olgi Rudnickiej mogą mi się podobać.
            Bohaterką „Lilith” jest Lidka, która przeprowadza się wraz z mężem, Piotrem do Lipniowa, małego miasteczka gdzieś w Polsce, gdzie podobno miał miejsce ostatni w historii naszego kraju proces czarownic. Miasteczko znalazło swoją niszę i wyciska ten fakt jak cytrynę, przyciągając turystów na organizowane kilka razy do roku sabaty. W Lipniowie nasza bohaterka poznaje Edytę, właścicielką księgarni. Razem wpadają na trop afery, w którą zamieszane mogą być najbardziej prominentne lokalne rodziny.
            Natomiast „Cichy wielbiciel” jest opowieścią o losach Julii, która pewnego dnia w pracy otrzymuje bukiet kwiatów. Następnie zaczynają się w głuche telefony, SMSy. To, co rozpoczęło się niewinnie, jako wydawałoby się zaloty cichego wielbiciela, przeradza się w nękanie. Julia zaczyna czuć się osaczona. Ma kłopoty w pracy, w domu, w związku. A cichy wielbiciel nie ustępuje. Wkrótce zaczynają przychodzić prezenty na adres domowy.
          
  Przyznaję się bez bicia. „Lilith” dobrze się czyta. Cała ta otoczka zbudowana wokół legendy pierwszej żony Adama jest naprawdę nieźle pomyślana. I jeśli ktoś lubi tego typu historie, a ja się do tego grona zaliczam, perypetie Lidki i Edyty powinny przypaść mu do gustu. Reszta, no cóż, lepiej zbyt głęboko nie zaglądać pod podszewkę, bo okaże się, że wiele w tej historii jest grubymi nićmi szyte. Kochający mąż i ojciec, który wyczekuje swojego potomka, bo raz się już nie udało, więc chucha i dmucha na żonę, nagle postanawia zabić własne dziecko. Grupa trzymająca władzę słucha zwariowanej baby, której się wydaje, że jest reinkarnacją Lilith. Wszędzie wokół giną młode dziewczyny, a potem już nie tylko dziewczyny, a jednemu, dosłownie jednemu facetowi udaje się to tuszować. Porwania, zaginięcia, oszustwa, szantaże, morderstwa, egzorcyści, stuknięte hrabiny… Nie za dużo tego jak na jedno małe miasteczko?
            Natomiast w „Cichym wielbicielu” nie ma do czego się przyczepić. Widać, że autorka długo pracowała nad tą powieścią. Przemyślana konstrukcja. Poczucie osaczenia, zagrożenia. A jednocześnie, ze strony czytelnika, nieodparta chęć dowiedzenia się, jak to wszystko się skończy. Dobra książka, może nie rewelacyjna, ale na przyzwoitym poziomie.
            Niezaprzeczalnie „Lilith” i „Cichy wielbiciel” mają jedną cechę wspólną, która sprawia, że mi się podobają. Są powieściami na serio. Brakuje w nim humoru Olgi Rudnickiej, za który wielu z Państwa pokochało jej pisarstwo. Mnie on natomiast doprowadza do szewskiej pasji. Ot i cała tajemnica.

2 komentarze:

  1. Witam, ja wysłuchałam audiobooka "Wielbiciela" i bardzo mi się podobał. Na początku irytowała mnie ta historia, ale z czasem okazało się, że powoli czuję się jak ta prześladowana bohaterka i wtedy zdałam sobie sprawę, że to przecież celowy zabieg autorki, której niesamowicie się to udało!

    Zapraszam też na mój blog, który dopiero zaczyna raczkować, ale od czegoś trzeba zacząć, prawda?
    http://ksiegozbiorkasiny.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
  2. Olga Rudnicka sprawdza się i w komediach i w poważniejszych fabułach, za jedne i drugie bardzo lubię tę autorkę :)

    OdpowiedzUsuń