piątek, 3 lutego 2012

Zeznania gorszycielki

Postmodernistyczne teorie twierdzą, że wszystko już było. Zatem nie można napisać nic nowego, skazani jesteśmy na opowiadanie wciąż tych samych historii w nowych wariantach, możemy jedynie powtarzać i powielać teksty już zaistniałe. Paradoksalnie, właśnie w tych czasach powieść i opowieść, patrząc na ilości wydawanych pozycji, mają się całkiem nieźle. Ale czy na pewno? Pisząc ten tekst pomyślałam, że to jego lekturze niektórzy będą mieli ochotę rzucać we mnie zgniłymi jajami. Ale potem przyszło mi do głowy, że to tylko moje pobożne życzenie (chciałabyś, co?). Zatem do dzieła, oto kilka przemyśleń gorszycielki na temat literatury, wydawania książek, pisarzy, krytyki literackiej (zawodowej i amatorskiej), a nawet czytelników.
Książek jest coraz więcej. Nie sposób orientować się choćby w nowościach wydawniczych, o szerszej perspektywie nie wspominając. Powieść pod pewnymi względami wydać łatwo, pod innymi bardzo trudno. Nowoczesne technologie sprawiły, że książkę można wydrukować i dostarczyć do księgarń w trzy miesiące. Trudniej, bo tekstów do wydawnictw przychodzi multum i naprawdę niełatwo jest się przebić debiutantom (wiem, przechodzę to). Martwi mnie też nasilająca się tendencja, że pisarz nie musi koniecznie umieć pisać po polsku. Od tego, by tekst był „po polsku” jest korekta i redakcja. Tylko, że coraz częściej robi się jedną, dwie korekty, zamiast jak kiedyś, cztery. I tym sposobem mamy w książkach coraz więcej błędów i literówek. Nie mówcie mi, że nie ma w tym nic złego, że wszystko w porządku.
Literatura wysoka ucieka w formę. Niemal odrzuca fabułę, którą z kolei kocha jej pogardzana siostra, literatura „popularna”. Literatura ta zawłaszcza fabułę. Dla niej liczy się niemal jedynie opowiadana historia. Żadne tam udziwnienia formalne. Nic, tylko opisywane wydarzenia (to także wiem z autopsji, próbowałam po swojemu, nieco inaczej, niemal się nie daje). Patrzę na to, co się dzieje i myślę, że fabuła przeżywa kryzys. Może nie przeżywa się, może jeszcze nie dogorywa, ale nie jest już też zdrowa i pełna wigoru. Powieści są coraz grubsze. Coraz grubsze, coraz bardziej rozwlekłe i coraz bardziej… o niczym. Dziś nierzadko pojedyncza książka (ach, te tomiszcza literatury fantasy!) ma 600-700 stron. Nikogo to nie dziwi. Bywa, że pisarz ma pomysł na dobrą, ciekawą fabułę, która mogłaby się zamknąć w 300 stronach. Więc dlaczego się w tylu nie zamknie? Po co sztucznie rozwlekać powieści, rozpychać je do granic możliwości? A kontynuacje? Twórca planował trylogię, ale wyszło mu siedem, osiem, dziewięć części. Myślę, że naprawdę trzeba wiedzieć, kiedy ze sceny zejść, by móc zejść niepokonanym. Bo nie ten się liczy, kto świetnie zaczyna. Zapamiętają tego, który świetnie finiszuje. Trzeba umieć sobie uzmysłowić, że należy skończyć! Gdy pisarz zaczyna powtarzać sam siebie, nie jest dobrze. Potem powstaje tysiąc scen o pieczeniu ciasta. Mea culpa, ja też nie jestem bez winy. Mnie również się to zdarza. Ostatnio, podczas przeglądania starszych tekstów, zauważyłam, że w dwóch powieściach zupełnie ze sobą niezwiązanych odwołuję się do postaci Elizabeth Bennet z „Dumy i uprzedzenia” Jane Austen. Zazgrzytałam zębami, jak ognia staram się unikać powtarzania się. Owszem, trudno się tego wystrzec. Niemożliwe jest zupełnie oddzielić od siebie samego pisany tekst. W każdym z nich jest coś „mojego”, nawet jeśli bohaterki nie są do mnie podobne. Ale z drugiej strony nie będę zaprzeczać. Łatwiej jest napisać, że bohaterka kocha filmy z Redfordem, niż anime. W tym celu musiałabym bowiem usiąść, poczytać o anmie, pooglądać je. To wymaga czasu i wysiłku.
Pisarz powinien szanować czytelnika. To jego święty (a zarazem psi) obowiązek. To nieprawda, że można czytelnikowi wcisnąć każdy kit. Niektórzy pisarze wypuszczają trzy/cztery książki rocznie. Niektórzy z nich wysyłają nieskończony tekst wydawcy, nawet nie czytając i na gwałt dopisując zakończenie (a potem się tym chwalą). Myślę i mówię to z całą stanowczością na jaką mnie stać, że nie można napisać czterech dobrych tekstów rocznie. Pisanie jest zawodem, jak każdy. I poza Wielkimi Wybranymi, raczej zawodem kiepsko płatnym lub nawet takim, do którego się dopłaca. Niewykonalne jest mieć jeden za drugim rewelacyjny pomysł. Jeśli nic mi nie przeszkadza i mogę siedzieć przy komputerze po dziesięć godzin dziennie, jestem w stanie napisać trzystustronicową powieść w trzy tygodnie. Robiłam to już. Ale potem minimum sześć, a czasem i dziewięć miesięcy ją poprawiam. Poprawiam, dopisuję, wykreślam, cyzeluję każde zdanie. I nigdy nie jestem zadowolona. Bo chciałabym oddać czytelnikowi jak najlepszą powieść. A nie po prostu jakąś powieść. Pisarzu, szanuj Czytelnika swego jak siebie samego. Bo to nie on cię potrzebuje, lecz ty jego. On sobie bez ciebie poradzi – kino, kręgle, telewizja, Internet, nawet teatr. Ale ty, kimże jesteś bez swojego Czytelnika?
Więc dlaczego coraz więcej pisarzy obraża się na swoich Czytelników? To, że obraża się na krytyków, z pośród których niektórym wydaje się, iż pozjadali wszystkie rozumy i że jeśli im książka się nie spodobała, to z całą pewnością nikomu się nie spodoba, jeszcze potrafię zrozumieć. Zwłaszcza, jeśli krytyk napisał recenzję powieści, której nie przeczytał. Tak, są i tacy (nawet wśród zawodowych krytyków!), którzy uważają, że nie trzeba przeczytać książki, by móc o niej napisać. Przyznam, że w głowie mi się to nie mieści. Ale odbiegłam od tematu. Obrażanie się rozumiem, obrażania ich już nie. Myślę, że jeśli człowiek decyduje się wydać swój tekst, musi mieć twardy tyłek. I nie tylko dlatego, że zawsze znajdzie się na pęczki tych, którzy nam źle życzą (to też prawda, ale zarazem gówno prawda, jak stwierdziłby Tischner). Zawsze znajdą się tacy, którzy nas nie lubią i ocenią nas, a nie tekst. Nie lubię go, wiec napiszę zjadliwą recenzję, zupełnie abstrahując od tekstu. Po co mi do niego zaglądać, przecież i tak nie mógłbym przyznać, że wyszło mu coś fajnego, bo go nie cierpię!
Ale z drugiej strony, lubimy się tak tłumaczyć! Bywa po prostu, iż pisarze źle reagują na krytykę, wykłócają się z czytelnikami. Czasami dostaję od czytelników maile z linkami do recenzji. Zawsze dziękuję za czas poświęcony powieści, czasami korzystam z rad (jak choćby wtedy, gdy Sujeczka zwróciła mi uwagę na błąd w zastosowanym przeze mnie w powieści hiszpańskim słowie; nie znam hiszpańskiego, zawierzyłam pewnemu amerykańskiemu filmowi i to był błąd, ale dzięki niej miałam czas nieco zmodyfikować tekst, by wilk był syty i owca cała, dziękuję!). Mimo to zawsze zaznaczam, że recenzji nie przeczytam. Dlaczego? Bo każdy czytelnik, nie tylko ten, z myślą o którym piszę, ma prawo myśleć o niej, co mu się tylko podoba (okładka beznadziejna, bohater kretyn, nudne, głupie, ect.). Co czytelnik myśli o mojej książce, to nie moja broszka. Ma prawo mieć własne zdanie. Jeśli jest pochlebne, świetnie, ale niekoniecznie muszę o tym wiedzieć, gdyż groziłoby mi samozachwyt. Jeśli bardzo krytyczne, murowana depresja. Zatem nie czytam, śpię spokojnie, piszę najlepiej jak potrafię, ufając, że może jednak się spodoba. 

Chcę, by pisarze pisali książki, a nie je produkowali. Chcę, by pisali po polsku, a nie w języku, który inni potem pracowicie przekładają na polski. Chcę, by nie uważano literówek w książkach za „normalne” i „nieistotne”. Chcę, by krytycy czytali powieści, zanim wydadzą o nich jakikolwiek sąd. Chcę, by książki znów miały prawo być jednotomowe, a pisarze wiedzieli, kiedy skończyć. By opowieściom nie groził już powolny zgon, a czytelnik nie umierał z nudów. Bo wszystko dobre i tylko to dobre… co się kiedyś kończy! 


_______________________________________________
 * wszystkie fotografie pochodzą z filmu Władca Pierścieni. Powrót Króla, reż P. Jackson, 2003.
Jak widać nawet Elfy czytały książki ;).                 

4 komentarze:

  1. A mnie strasznie irytują literówki! Choć może nie tyle irytują, ile śmieszą, bo przecież zdarzają się każdemu, ale w przypadku produktu, za który trzeba jednak sporo zapłacić, takie coś działa na nerwy:) Gorzej, kiedy trafi się błąd ortograficzny, na to jestem uczulona:)
    Pozdrawiam serdecznie!

    OdpowiedzUsuń
  2. Bardzo zdrowe podejście, podpisuję się pod wszystkim co napisałaś rękoma i nogami. AMEN

    OdpowiedzUsuń
  3. To, że nie czytasz - bardzo bardzo zdrowe. Widziałam już kilka żenujących przepychanek, bo dyskusją tego nazwać nie można było.
    Życzę nieustających sukcesów.

    OdpowiedzUsuń
  4. Podpisuję się pod tym tekstem! I też strasznie denerwuje mnie, jesli książka jest niedopracowana! Natomiast podziwiam profesjonalizm Autorki posta ;)

    OdpowiedzUsuń