środa, 27 kwietnia 2016

"Jedyna rzecz, jaka nie podlega przegłosowaniu przez większość, to sumienie człowieka."



„Zabić drozda” ma już swoje doczesne miejsce w klasyce literatury amerykańskiej. Mówi się, że to nie tylko jedna z pierwszych powieści napisanych o rasizmie, ale też jedna z najlepszych. Harper Lee napisała tę powieść, bo uważała, że tak powinna uczynić. Potem przez trzy dekady nie stworzyła już nic, by na chwilę przed śmiercią wydać drugą książkę – „Idź, postaw wartownika”.
Bohaterami powieści jest dwoje dzieci – Smyk i jej starszy brat. Mieszkają w małym miasteczku w Alabamie, gdzie wiodą zwykłe życie (no, może nie tak zwykłe, jest przecież szalony Boo Radley) do momentu, aż ich ojciec, Atticus zostaje prawnikiem czarnego mężczyzny, oskarżonego o gwałt na białej kobiecie.
„Zabić drozda” jest niewątpliwie świetną powieścią. Porusza zastosowana tam narracja. Całą sprawa gwałtu zostaje przefiltrowana i podana nam z perspektywy kilkuletniego dziecka. Dziecka, które nie może uwierzyć, że ludzie potrafią być tak straszliwi dla tych, których uważają za „innych”. Jest to opowieść o ludzkim okrucieństwie, o ignorancji, o niesprawiedliwości społecznej i dziejowej. Pięknie napisana, pozbawiona nieznośnego moralizatorstwa, a jednocześnie wciągająca i nie pozwalająca się oderwać. To ten rodzaj klasyki, który nie jest nudny.      
Z drugiej strony nie jest wolna od wad. Kto oczekuje li i jedynie historii o rozprawie sądowej dotyczącej gwałtu dokonanego przez czarnego na białej kobiecie, ten się rozczaruje. Trzy czwarte książki stanowi opis codziennego życia w Maicomb – pożaru w domu panny Maddie, chodzenia do szkoły i sposobu spędzania wakacji w latach trzydziestych XX wieku, lepienia bałwana ze śniegu i błota. Opis samej rozprawy sądowej to tylko niewielki ułamek całej historii.
Czy „Zabić drozda” pozostaje dziś aktualna? Owszem, jest nieznośnie, boleśnie aktualna. Nawet w czasach, w których zdaje się, że sytuacja się odwróciła. Dziś każdemu człowiekowi o ciemnym kolorze skóry wolno do białego powiedzieć „ty białasie” i ten nie ma prawa czuć się obrażony, natomiast gdy wypowie się słowo „czarny” lub (nie daj Boże!) „czarnuch” zaraz się jest rasistą. Dziś żyjemy w czasach, gdy w imię poprawności politycznej mówi się o „nazistach”, z premedytacją pomijając ich narodowość. W czasach, gdy nie można o terrorystach mówić, że są terrorystami, bo przecież to tylko radykałowie, za których wyznawcy tej samej religii nie ponoszą winy. W czasach, gdy wszystko, co złe lukrujemy, bo boimy się nazywać rzeczy po imieniu właśnie w imię jakiejś chorej poprawności politycznej. W czasach, gdy ten, który nie jest uciskany, nic nie znaczy. W czasach, kiedy dobrze jest być uchodźcą, Żydem, Muzułmaninem, czarnym, gejem, albo kobietą, a najbardziej przegwizdane mają biali heteroseksualni mężczyźni. I zauważcie, że mówię to ja, która uważam się za feministkę i twierdzę, że kobiety nadal pod wieloma względami mają gorzej niż mężczyźni (podobny wątek pojawia się w powieści Harper Lee – kobiety nie mogą być ławnikami, bo się nie nadają, są rozwrzeszczane, głupie i na pewno zadawałyby za dużo pytań!, nóż się na takie myślenie w kieszeni otwiera).
„Zabić drozda” niewątpliwie dostanie znaczek jakości „Edgar poleca”. Od siebie mogę dodać jedynie, że świat byłby o wiele piękniejszy, gdybyśmy nie przeginali w żadną stronę. A najlepiej, gdybyśmy interesowali się samymi sobą, a nie sobą nawzajem.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz