wtorek, 19 kwietnia 2016

Świt Sprawiedliwości, zmierzch reżysera



Mogłam napisać parę zdań o „Batmanie versus Supermanie. Świcie sprawiedliwości” w kilka godzin po tym, jak go obejrzałam 29 marca. Było to w zasadzie w dniu premiery i kto wie, może wtedy podbiłabym sobie liczbę wejść na blogu. Nie zrobiłam tego jednak. Od dnia, kiedy go obejrzałam, minęły trzy tygodnie. Co można napisać o filmie po tak długim czasie od obejrzenia? Nic, a zarazem wiele. Gdy chwilę po seansie zostałam zapytana: „Podobało ci się?”, odpowiedziałam pochopnie „Tak, ale…” Z tym, że nie potrafiłam jeszcze sprecyzować owego „ale”. Dziś już chyba potrafię.
Snyder nie jest moim ulubionym komiksowym reżyserem i nie ma tu nic do rzeczy fakt, że wolę uniwersum Marvela (twierdzę, że Marvel robi lepsze filmy, DC sprawdza się natomiast znacznie lepiej w serialach). Uważam, że „Człowieka ze stali” zniszczył koncertowo. A jednak „Batman versus Supermen” zaczął dobrze. Już w pierwszej minucie wrzucił nas w wir akcji. Oto Bruce Wayne jest świadkiem walki Supermana z Zoddem, w trakcie której niszczą część Gotham City. Czy można się dziwić Batsowi, że się wkurzył i postanowił spacyfikować gagatka? Właściwie nie, a przecież musi się ustawić w kolejce. Przeciwko Supermanowi nagle jest cały świat – Kongres chce go nadzorować, Lex Luthor (wszyscy wieszają baty na tej postaci, że jego motywacja kuleje, że nie wiadomo, co nim kieruje; cóż, dla mnie to jedna z mocniejszych kreacji filmu – taki Mark Zuckerberg z kompleksem boga, który pragnie zbudować broń sprawiającą, że nawet Supermen w niczym mu nie przeszkodzi- moim zdaniem motywacja jak ta lala).
Dla mnie tu właśnie następuje główne pęknięcie filmu. Supermena wszyscy nienawidzą, a jednocześnie Snyder serwuje nam blade obrazki tego, jak równocześnie wszyscy go kochają, podziwiają, jak to jest symbolem nadziei (a Chrystusowe kadry, czy scena końcowego zmartwychwstania zastosowane po raz kolejny – powtórka z „Man of Steel” – odbiją nam się chyba czkawką). Z jednej strony widzimy Superemna, którzy robi jedną wielką rozpierduchę, by ratować dupę Lois Lane (i jakoś wtedy nie liczy się z kosztami, ludzkim życiem, ect.; wchodzi i bierze, co chce), z drugiej ciągle słyszymy, jaki to jest „super”. Tylko dlaczego taki właściwie jest, to nie bardzo wiadomo. Reżyser nie potrafi nam tego pokazać. Kłopot w tym, że nie lubię Supermena w tym filmie. Nijak nie kojarzy mi się z bohaterem, symbolem nadziei, jest raczej samozwańczym materiałem na despotę i tyrana. Nie dziwię się, że wszyscy po kolei chcą go usunąć. We mnie też wzbudzałby strach.
Znacznie lepiej w tym zestawieniu wypada Batman. Bałam się Bena Afflecka w tej roli (koncertowo zmarnowany potencjał Daredevila, jak kilka lat później udowodnił Netflix), ale okazuje się, że doskonale daje radę. Ponieważ to Batman Franka Millera – facet od dwudziestu lat w zawodzie, zmęczony faktem, że wyrywa te chwasty, wyrywa, a one, kurde, ciągle odrastają. I to jest fajne. I jeśli wziąć to pod uwagę, taki przyciężkawy Ben Affleck rzeczywiście się sprawdził.
I wreszcie Wonder Woman. Niewiele wiem o tej postaci, nigdy nie robiła na mnie wrażenia. Ale tutaj, no, czapki z głów. Przyznam uczciwie, że czekam na więcej. Zwłaszcza, że Diana, choć dostała tak mało czasu antenowego, wypada o niebo lepiej o Amy Adams. Przy całej mojej sympatii dla tej aktorki, jest chyba najgorszą Lois Lane jaką przyszło mi oglądać, mdłą i bezbarwną.
Rzeczywiście, robiąc swój film, Snyder chciał zbyt chwycić zbyt wiele srok za ogon. Film ma pełno wątków i postaci, jest takim długim wstępem do „Ligi Sprawiedliwych”. Szkoda, bo miałam nadzieję, że jak sugeruje tytuł, skupi się na Batmanie i Supermenie. A tymczasem, zaprezentował nam nowego Batmana, obrzydził jeszcze bardziej obecnego Supermana (niech pokajają się ci, którym przeszkadzał Smallvillowy Superman, nie wiedzieliście jeszcze, co szykuje Wam Snyder), dorzucił Wonder Woman, Flasha, Aquamana, Cyborga… Długo by wymieniać. Cóż, co za dużo, to niezdrowo. I nie, nie jestem zwolenniczką zabiegów Marvela, by każdemu bohaterowi dać osobną trylogię, a potem dopiero skleić ich w drużynę. Uważam po prostu, że pewne rzeczy należy robić z głową.
Myślę, że pod płaszczykiem komiksu, Snyder planował zrobić coś lepszego. I w tym upatruję klęskę tego filmu. Czy taki zabieg jest możliwy? Moim zdaniem tak (dla mnie sztandarowym przykładem będzie „Jessica Jones” Netflixa). Tak, to właśnie w tym kierunku powinny iść komiksowe filmy. Lubię te psychologiczne pytania – „co wolno bohaterom”, „co czyni ich <<super>>”, „gdzie leży granica między wymierzaniem sprawiedliwości, a byciem samozwańczym mścicielem, czyli właściwie przestępcą”, „czy bohaterów należy nadzorować”. Te kwestie bardzo mnie interesują. Tyle, że nie w wykonaniu Zacka Snydera. Bo on chcąc zrobić „coś więcej”, położył własny film, nie udźwignął tematu. Szkoda.
Miało być wielkie, pierwsze w historii, spotkanie komiksowych gigantów. Miało być „wow”, a wyszło „how”. How it’s possible, że z historii, w której mamy razem Kryptończyka I Nietoperza wyszedł tak wielki komiksowy przeciętniak? Cóż, najwidoczniej komiksowe filmy też trzeba umieć zrobić. Zack Snyder po raz drugi udowodnił, że nie umie, a oni chcą mu jeszcze dać wyreżyserować „Ligę Sprawiedliwych”? Cóż, aż chciałoby się krzyknąć, „Kończ, waść, wstydu oszczędź”.

2 komentarze:

  1. Nie lubię Marvelowskich superbohaterów w filmach, Superman zawsze mnie irytował, no, Batman był czasem fajną postacią, ale powiem szczerzę, że pewnie nie obejrzę tego filmu jak wielu poprzednich, wolę komiksy i animacje :D
    Brakuje Ci z w zmierzchu :) jest zmierch
    LeonZabookowiec.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
  2. Serdeczne dzięki, zaraz naprawię tę usterkę :). To już jest nas dwie, jeśli chodzi o niechęć do Loczka. To oczywista oczywistość, że komiksy rządzą.

    OdpowiedzUsuń