wtorek, 12 kwietnia 2016

Pyrkon 2016 - relacja



Pyrkon to największy festiwal fantastyki w Polsce i jedna z największych tego typu imprez w Europie. W tym roku Międzynarodowe Targi Poznańskie odwiedziło 38 tysięcy osób. Poznań przeżył prawdziwe oblężenie ludzi fantastycznie zakręconych.
            Nie był to mój pierwszy konwent. Na ostatnim Pyrkonie byłam jednakże cztery lata wcześniej. Przez ten czas impreza nieco się zmieniła. Przede wszystkim przybyło uczestników. Z jednej strony wpłynęło to na fantastyczną atmosferę (zarówno dosłownie, jak i w przenośni), bo wszyscy są równie mocno fantastycznie zafiksowani i traktują się z sympatią. Pyrkon to chyba jedyne miejsce, gdzie Elza, Lord Vader, Ciri, Power Renger, Denerys, Gandalf i Pikachu mogą sobie zrobić wspólną fotkę i nikogo to nie dziwi.   

Z drugiej, niestety, działa to też na minus. Organizatorzy, mimo znacznego poszerzenia obszaru, na którym odbywa się impreza, ewidentnie wpuścili więcej ludzi, niż mogli przyjąć. Jeśli o mnie chodzi, konwenty to przede wszystkim prelekcje. Chodzę na nie, by od mądrzejszych od siebie dowiedzieć się czegoś na temat współczesnej fantastyki i komiksu superbohaterskiego. Pamiętam czasy, gdy biegałam od prelekcji do prelekcji i dostawałam się na niemal wszystkie. Tegoroczny Pyrkon, niestety, był kolejkonem. Słowa „DC” i „Marvel” działają jak wabik. Mimo odstania swojego w przeogromnym ogonku, na prelekcję o Batku i Supku dostałam się rzutem na taśmę, a na tę o psychicznych problemach postaci Marvela nie weszłam w ogóle. Pyrkon stał więc kolejkami i tłokiem. Kolejki na prelekcje, kolejki po gry, kolejki do… toalety. Kolejki, kolejki, kolejki.   

Koniec końców udało mi się zobaczyć trzy z prelekcji, które sobie zaplanowałam i wszystkie były na przyzwoitym poziomie (co do Ćwieka, zdania nie zmienię, lepiej się go słucha, niż czyta, zobaczymy, co ma do zaproponowania „Grimm City”, bo „Dreszcz” jest średni, a cykl o „Chłopcach”, moim zdaniem, fatalny).
            Ale Pyrkon to nie tylko prelekcje. To także wystawy. W tym roku mogliśmy obejrzeć prawdziwe arcydzieła z klocków Lego, kolekcję fantastycznych kobiecych ubiorów inspirowaną „Gwiezdnymi Wojnami”, instalacje z gier i filmów, z którymi wszyscy bardzo chętnie się fotografowali (heeeej, no serio, kto nie chce mieć zdjęcia ze smokiem?). 

Wielki szacunek należy się Bibliotece Uniwersyteckiej w Poznaniu (dziękujemy, dyrektorze Jazdon!), która udostępniła nam zbiory specjalne. Dzięki temu miałam w rękach „300” Franka Millera, „Mausa” Arta Spiegelmana i wielkie innych komiksów, o których dotąd tylko czytałam. Pyrkon to także jaskinia cudów (ale w przeciwieństwie do Biedronki, nie jest to jaskinia cudów dla biedaków). Koszulki, gry, książki, komiksy, anime, figurki, rysunki, piny, nakrycia głowy, gorsety. Mnie interesowała przede wszystkim fantastyczna biżuteria. No i funko Daenerys. Śliczności.
            Pyrkon bywa cudowny. Bywa wkurzający. Czy za rok znów się tam pojawię? Niewykluczone. Może nawet, jak za dawnych lat, znów się przebiorę.  

1 komentarz:

  1. Na Pyrkonie niestety w tym roku nie mogłam być, ale mam nadzieję, że za rok uda mi się tam pojawić :) LeonZabookowiec.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń