piątek, 22 kwietnia 2016

Złota Trójka Filmów o... - moja prywatna historia kina



Już od jakiegoś czasu przymierzam się do nowego cyklu na blogu. Chciałam pisać o filmach. Ale nie tylko o tych ostatnio obejrzanych, o filmach w ogóle. Kiedyś nawet próbowałam, tworząc „Wybiórczą historię kina według Madame Intueri”, ale pomysł umarł jakoś po pierwszym „odcinku”. Cóż, spróbujmy go reaktywować. Dwa razy w miesiącu będę Wam podrzucać moje „Złote Trójki”. Zwykle nie będą to filmy wybitne, bo żaden ze mnie krytyk i klatek w kadrze na minutę liczyć nie umiem, ale będą to też filmy, które w jakiś sposób mnie poruszyły. Złote Trójki zawsze będą wokół czegoś oscylowały. Przygotowałam już Złotą Trójkę Filmów na poprawę humoru (nią startujemy), Złotą Trójkę Filmów o szczęściu, ZTF o gotowaniu i Złotą Trójkę komedii romantycznych.  Pracuję właśnie nad ZTF o czasie. 

Wszyscy gotowi? Można zaczynać? Zatem otwieram nasz program już…

Złota Trójka Filmów na poprawę humoru:

1. „Deszczowa piosenka”
Musical z 1952 roku. Nie dajcie się jednak zwieść. Ani trochę się nie zestarzał i cudownie się go dziś ogląda. A poza tym to bomba energetyczna. Don Lockwood jest aktorem. Właśnie nakręcił kolejny film. Wszyscy spodziewają się, że obraz okaże się sukcesem. Ale producenci podjęli decyzję, by po raz pierwszy do filmu z jego udziałem podłożyć dźwięk. Niestety, Lina Lamont, aktorka, z którą pracuje Don, ma głos jak żaba. Co więc zrobić? Zatrudnić dublerkę. Przecież to takie proste! No właśnie, czy proste?  Cudowne piosenki, kultowa scena w deszczu. (Choć przyznaję, że na fragment z piosenką „Good morning, good morning” patrzy się zupełnie inaczej, gdy już się wie, że Debbie Reynolds była przez Gene Kellyego terroryzowana, zarzucał jej bowiem, że nie potrafi tańczyć. Krzyczał na nią podobno tak głośno, że doprowadził ją do łez i ucieczki z planu. Po chwili taką płaczącą i biską histerii Debbie spotkał Fred Aster i obiecał, że udzieli jej tanecznych korepetycji. I jeszcze te śliczne niebieskie buciki. Buciki, w których Reynolds śpiewa, tańczy, podryguje i przepięknie się uśmiecha, jakby wpuszczała do pokoju słońce, a tak naprawdę, po nagraniu tej sceny, znoszono ją z planu, bo stopy tak jej krwawiły, że nie mogła ustać. Ach, magia kina. Dlaczego śliczne buciki są zwykle torturą dla kobiecych stóp?). A gdyby tego Wam było mało, to na koniec anegdotka. Prowadziłam ostatnio w gimnazjum lekcję biblioteczną o musicalach. Pokazałam uczniom właśnie scenę z piosenką „Good morning, good morrning”. Po wszystkim jeden z nich wyszedł z klasy, nucąc melodię. Chyba nawet nie zdawał sobie z tego sprawy. Magia kina :).

2. „Zacznijmy od nowa”
Ona (Keira Knightley) pisze piękne teksty piosenek. Także dla swojego chłopaka, który robi wielką karierę, pozostawiając ją gdzieś w tyle. Dochodzi do rozstania, jakich wiele.  On (Mark Ruffalo) jest producentem muzycznym, któremu od dawna się nie wiedzie. Zarówno w życiu zawodowym, jaki i prywatnym. Owszem, stworzył kiedyś kilka gwiazd, ale teraz współpracownicy raczej go nie szanują, a rozwód z żoną dawno stał się faktem. Spotykają się w barze. On słyszy skomponowaną przez nią piosenkę. Ze świetnym tekstem. Postanawiają razem coś stworzyć. Owym „czymś” będzie kilka utworów, nagrywanych zupełnie na dziko, z bandą muzyków zebranych z ulicy. Czy odniosą sukces? Obejrzyjcie, przekonajcie się. To film o wielkiej pasji i wielkiej nadziei, ale zupełnie nie przesłodzony, bo inaczej byłby nie do strawienia.
To historia o drugich szansach. Nie udało ci się? Trudno. Spróbuj jeszcze raz. Upadłaś? Powstań, popraw koronę i zasuwaj. I uśmiechnij się, będzie lepiej. Zacznij od nowa, zawsze jest szansa. To także prześliczna pocztówka z Nowego Jorku. Pod względem muzycznym również jest bardzo dobry. Warto jest go obejrzeć choćby dla śpiewającej Keiry. Gdy próbuję teraz sklecić na jego temat parę słów, uświadamiam sobie, jak bardzo chciałabym go znów obejrzeć. Czy to nie dostateczna rekomendacja? Kto nie widział, marsz przed ekrany, telewizory, tablety. Kto widział, niech ponownie obejrzy.  

3. „Smażone zielone pomidory”. Ten film, w przeciwieństwie do poprzednich, nie ma nic wspólnego z muzyką. Występują w nim za to trzy silne kobiety (rewelacyjna Kathy Bates). Postać Nanny, cudowna, przesłodka. Nanny to nieodżałowana Jessica Tandy z „Wożąc panią Dasy” w jednej ze swoich ostatnich ról. Chciałabym się tak zestarzeć, choć pewnie będę gderliwą, a nie promienną, staruszką (bo niby dlaczego na starość miałoby mi się odmienić?). Uwielbiam relację między Nanny i Evelyn. Poza tym mamy tam pięknie pokazaną miłość dwóch kobiet (tak, tak, homoseksualizm początku XX wieku, kto chce, już może się oburzać, tylko po co, skoro to niezwykły związek?). Miłość mądrą, pełną oddania. Jest też wątek kryminalno-spożywczy, trochę straszny, trochę zabawny. I ta knajpka z gulaszem z wkładką i smażonymi zielonymi pomidorami. Czy jest ktoś, kto po tym filmie nie miał ochoty dowiedzieć się, jak one naprawdę smakują? Dawno, dawno temu na Boże Narodzenie L. podarowała mi książkę. Wyznała wtedy z rozbrajającą szczerością: „Wiesz, nie obrażaj się, że podarowałam ci książkę za 9 złotych, wydawaną w serii dołączanej do jakiejś gazety. Uważam, że to cudowna powieść, spodoba ci się”. Miała rację, pokochałam „Pomidory”. (Choć w zasadzie mamy 1:1, bo do kompletu dostałam jeszcze „Sto lat samotności”. Przeczytałam, ale do dziś uważam, że ani nie rozumiem, ani co gorsza, nie lubię tej książki) A potem ta sama L. wyszperała dla mnie w jakimś koszu z przecenami w supermarkecie film na podstawie powieści (zastanawia mnie często los takich perełek, dlaczego lądują w koszu „Każdy film za 9 złotych”, bardzo to przykre, że najpiękniejsze filmy nie należą do najczęściej kupowanych). Odkąd dostałam tę płytę, oglądałam „Smażone zielone pomidory” już wielokrotnie. Książkę też mam wciąż tę samą, gazetowe wydanie. Choć wielokrotnie wyszły już wydania piękniejsze. Do tej mam wyjątkowy sentyment. A na koniec jedna z moich ulubionych scen w historii kina – Towanda! („Może jesteście piękne i młode, ale ja mam lepsze ubezpieczenie”). Jest na youtube, sami zobaczcie:     

1 komentarz:

  1. Nie kojarzę Smażonych pomidorów, a myślałam, że znam tego typu (chociaż z zobaczenia :> plakatu) filmy :D No, cóż, to czeka mnie on, jestem go niezmiernie ciekawa :D

    LeonZabookowiec.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń