poniedziałek, 30 maja 2016

Złota Trójka Filmów o czasie



                Jak już pewnie zdążyliście zauważyć, nie jestem zbyt systematyczna w blogowaniu (ale się staram, naprawdę!). Znacznie bardziej systematyczna jestem w codziennym życiu, ale oczywiście zdarzają mi się spektakularne wpadki (Gdzie ja położyłam te cholerne bankowe kody?!). Notatka o kolejnej Złotej Trójce miała być w piątek. Ale był dzień wolny, nie było zatem internetów (a wierzcie mi, znacznie trudniej się bloguje, gdy się od roku nie ma domowego internetu). No nic, lecimy. Tym razem Złota Trójka Filmów o czasie. Bardzo różnie rozumianym…

1. „Time Lapse”
Trójka współlokatorów. On jest dozorcą osiedla, ale ma aspiracje. Ona jest kelnerką, wciąż marzy o tym, by jej się oświadczył. Ten trzeci niby jest ich przyjacielem, ale jakimś takim szemranym. Lubi nielegalne zakłady. Pewnego dnia młodzi odkrywają, że jeden z mieszkańców osiedla, którym się opiekują, nie odbiera poczty ani gazet. Wchodzą do jego mieszkania, by sprawdzić, co się stało. Znajdują aparat robiący zdjęcie… z następnego dnia. Co byście zrobili, gdybyście dysponowali taką wiedzą? Obstawili lotto, by wygrać miliony? Zabawili się w superbohatera? Bardzo ciekawy thriller science fiction. Trzyma w napięciu do ostatniej sceny. Dowód na to, że mimo oszczędnej scenografii i niewielkiego budżetu, można zrobić świetny film.

2.  „Dom nad jeziorem”
Sandra Bullock i Keanu Reeves po raz drugi razem na ekranie w głównych rolach. Tym razem bez pędzącego autobusu, za to z pięknym domem w tle, którego oboje są właścicielami. Ona, wyprowadzając się, zostawia list dla następnego właściciela posesji. I tak narodzi się ciekawa korespondencyjna znajomość. Igrająca z czasem znajomość, gdyż okazuje się, że on wcale nie wprowadził się do domu po niej, lecz przed nią. Dla niego jest rok 2004, dla niej 2006. Dorzućmy do tego urokliwe budynki Chicago oraz wspólnego psa. Chwytająca za serce historyjka, warta poznania.


3.  „Nie opuszczaj mnie”
Carey Muligan w jednej ze swoich najlepszych ról. Szkoła na angielskiej prowincji. Wszystkie dzieci w takich samych mundurkach. Niby zwyczajny obrazek, ale im głębiej wchodzimy w tę historię, tym bardziej czujemy, że coś jest nie tak. To, co początkowo braliśmy za szkołę z internatem, okazuje się placówką, w której wychowuje się ludzkie klony, żywe pojemniki na organy do przeszczepu dla „prawdziwych” ludzi. „Nie opuszczaj mnie” to smutny, melancholijny film stawiający trudne pytania. Gdzie leży granica tego, do czego można się posunąć, by przeżyć? Czy można uznać, że jedno życie jest więcej warte od drugiego?  Czym jest ludzka dusza? „Przyjeżdżam tu i wyobrażam sobie, że w tym miejscu wszystko, co straciłam, zostanie wymazane. Wmawiam sobie, ze to prawda, i że jeśli będę cierpliwie czekać, to daleko na horyzoncie pojawi się maleńka figurka, która powoli będzie rosła, aż okaże się Tomym. Kiwnie na mnie ręką, a może zawoła. Nie pozwalałam fantazji posunąć się dalej, nie mogę. Tłumaczę sobie, ze miałam wielkie szczęście, mogąc z nim obcować. Nie jestem pewna, czy nasze życie tak bardzo różni się od życia ludzi, których ratujemy. Wszystkich czeka koniec. Być może nikt nie rozumie tego, co przeżył. I nie ma poczucia, że żył wystarczająco długo.”

3 komentarze:

  1. 2 i 3 oglądałam, do "Domu nad jeziorem" wracam co jakiś czas :)

    OdpowiedzUsuń
  2. O czasie to bym zamiast Nie opuszczaj mnie proponowała "Czas na miłość" <3

    OdpowiedzUsuń
  3. Agato, oglądałam, choć mnie nie zachwycił. W przypadku "Nie opuszczaj mnie" chodziło mi raczej o coś innego, teraz myślę, że nie zaznaczyłam tego w notce dość wyraźnie. W przypadku tego filmu interesował mnie przede wszystkim akcent innego rozwoju historii ludzkości. Mamy lata 90., a ludzie już żyją ponad 130 lat, w najlepsze trwa klonowanie. Świat poszedł zupełnie innym torem.

    OdpowiedzUsuń