piątek, 20 maja 2016

O uczuciach bez przesady?



„Gargulec” jest debiutem literackim Andrew Davidsona. To opowieść o miłości sięgającej poza granice czasu i przestrzeni. Brzmi jak bał, prawda? Czy tak jest rzeczywiście, można się przekonać tylko podczas lektury.
            Główny bohater książki to bawidamek, który na skutek nieszczęśliwego wypadku zostaje poparzony i na długie miesiące trafia do szpitala. Tam odnajduje go Marianne Engel, rzeźbiarka, sądząca, że żyje już ponad 700 lat, a poparzony jest kolejnym wcieleniem jej ukochanego. Ekscentryczna rzeźbiarka gargulców zaczyna opowiadać mężczyźnie o ich wspólnym życiu w XIV wiecznej Moguncji. Według jej relacji, była zakonniczą w osławionym niemieckim klasztorze Engelthal. On natomiast miał być najemnikiem, który trafił tam poparzony, niemal bez szans na przeżycie.
            W „Gargulcu” wyczuwa się solidną literacką robotę. Andrew Davidson wiele miesięcy spędził nad analizowaniem tekstów źródłowych, przygotowując się do realizacji własnych zamierzeń. Nic dziwnego, że opisane przez niego życie klasztorne, czy praca w skryptorium nad przepisywaniem tekstów tchną autentycznością. Te fragmenty tekstu Davidsona mają w sobie moc i magię „Imienia róży” Umberto Eco.
            Zarówno część historyczna, jak i ta dziejąca się współcześnie na oddziale oparzeniowym są podbudowane solidną wiedzą teoretyczną i naprawdę interesujące. Pozostałe fragmenty to halucynacje głównego bohatera, mocno związane z „Piekłem” Dantego. Nasz bezimienny bohater, niczym włoski poeta, wybiera się w wędrówkę po wszystkich kręgach własnego piekła, by odrodzić się jako nowy człowiek. Te fragmenty powieści są niestety nudne i mocno naciągane.

            „Gargulec” przepełniony jest literackimi nawiązanymi oraz średniowiecznymi wierzeniami połączonymi powracającymi motywami (grot strzały, oczyszczenie przez ogień, gargulec). Chciałby zapewne pretendować do czegoś więcej, niż jest w rzeczywistości. Chciałby być powieścią z nutką tajemnicy. Historią człowieka, który poprzez swoje traumatyczne doświadczenie utraty własnego piękna, poprzez stanie się tytułowym, powstałym w ogniu „gargulcem”, musi przedefiniować siebie i odkrywa, że to, co do tej pory cenił, jest w rzeczywistości mało ważne. Pragnie być historią rzeźbiarki chorej na schizofrenię, w której opowieść jednocześnie chcemy i nie możemy wierzyć. Mimo tego, powieść Andrew Davidsona to tylko i wyłącznie kilka wyświechtanych, górnolotnych historii miłosnych, które występują w takim natężeniu, że w pewnym momencie zaczynają denerwować. Niestety, mimo że chcielibyśmy wierzyć, iż jest inaczej, to wszyscy zdajemy sobie sprawę, że ludzie tak nie kochają. Nie w ten sposób, nie tak mocno, tak bezwarunkowo.  Mimo intelektualnej otoczki, to właśnie miłość jest tematem przewodnim „Gargulca”. Miłość w czasach zarazy, miłość zakazana, miłość homoseksualna, miłość silniejsza od śmierci. Z powodu tego natężenia, powieść staje się w pewnym momencie ciężkostrawna.        
            Wyczuwa się, że „Gargulec” to książka, której autor poświęcił sporo czasu. Gdy się jednak dobrze przyjrzeć, okazuje się ona jedynie romansem. Ubranym w historyczny płaszczyk, dobrze napisanym, ale mimo wszystko romansem, napełnionym nieznośnie patetycznymi frazesami o uczuciu, które istnieje tylko w literaturze.

1 komentarz: