piątek, 4 listopada 2016

"Harry Potter i przeklęte dziecko" - dramat sceniczny czy metaforyczny?




John Campbell swego czasu wysnuł teorię, że mity muszą być opowiadane wciąż na nowo. A czy jest bardziej archetypowa opowieść, niż ta o walce dobra ze złem? Dla jednych ulubionym przedstawieniem tej historii będą bóg i szatan, dla innych Barman i Joker, Luke Skywalker i lord Vader. Dla mojego pokolenia była to historia walki Chłopca, Który Przeżył z Lordem Valdemortem. „Harry Potter i przeklęte dziecko”, zapis sztuki scenicznej, której premiera odbyła się latem tego roku na West Endzie, jest kolejną odsłoną tej historii.
Harry Potter ma czterdzieści lat. Pracuje w Ministerstwie Magii. Wraz z Ginny mają trójkę dzieci – Jamesa, Lilly oraz Albusa Severusa. Ten ostatni okazuje się nie pasować do wszystkiego, co powinno odpowiadać nazwisku „Potter”. Tiara przydziału wyznacza go do Slytherinu, zaprzyjaźnia się z potomkiem Malfoya, nie gra w quidditcha. Słowem jest z wszech miar przeciętny. Przez lata konflikt między ojcem a synem narasta, aż Albus postanawia wziąć sprawy w swoje ręce i nieco pobawić się zmieniaczem czasu.
Czy „Harry Potter i przeklęte dziecko” to dobra historia? W zasadzie nie. To całe skakanie po różnym czasie i alternatywne historie rzeczywiście przypominają średniej jakości fan fik. Co więcej, postaci czasami pojawiają się tak bardzo deus ex machina, że człowiek aż zgrzyta zębami. Mimo to czyta się dobrze, a gdyby to jeszcze oglądać na scenie, mogłaby nawet robić wrażenie. I pewnie robi, sami popatrzcie. 

Czy przeszkadza mi, że „Harry Potter i przeklęte dziecko” to kiepska historia? W zasadzie… nie. Ponieważ czytanie tego dramatu przypomina trochę odwiedzanie dawno niewidzianych przyjaciół. Ostatnią powieść o przygodach Harry’ego czytałam osiem lat temu. Od tamtego czasu postarzeliśmy się wszyscy. Dorośliśmy, mierzymy się z życiem. Miło było dowiedzieć się, że Hermiona została ministrem magii i ma kłopot z uzależnieniem od słodyczy, Ron z wiekiem nie spoważniał, a Draco daje się lubić. Poza tym jest coś pokrzepiającego w myśli, że nawet dziecko Pottera może być zupełnie przeciętne (chociaż może to wpływ krwi Wesleyów).
Czy to wszystko już było? Ależ tak, było. Ale my, fani, jesteśmy dość dziwni. Czy wielbiciele „Gwiezdnych wojen” oglądając najnowszy epizod, nie pomyśleli, że to już było? Czy fani „Władcy Pierścieni”, patrząc na „Hobbita”, nie łapali się za głowę? Tyle, że skrytykujemy, będziemy psioczyć, a potem kupimy kolejną książkę, gadżet, zafundujemy całkiem niezły box office w pierwszy weekend w kinie. Zatem do zobaczenia na seansie „Fantastycznych zwierząt”.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz